Zakosami po lesie

Ileż to można biegać według sztywnych zasad? Ile razy wychodząc na trening mogę sobie mówić: Paweł, robisz tyle i tyle kółek na tej i tej pętli w takim a takim tempie?? Można tak biegać, bo w końcu myślę o maratonie. Ale przecież bieganie ma sprawiać mi przyjemność. Tak więc w ramach odbicia się od monotonnych treningów maratońskich, wróciłem do lasu. To mogą być ostatnie wypady do lasu w tym sezonie, czy roku.

REKLAMA

Czysta przyjemność. Wychodzisz z domu. Dochodzisz do ulicy, czas start i biegniesz. Jeszcze nie wiesz, gdzie i ile będziesz biegł. Jest późne popołudnie, więc siłą rzeczy ciemność w końcu cię z lasu wygoni. Biegniesz i podejmujesz decyzję na żywo. Na każdym z rozwidleń możesz biec w prawo lub w lewo. Na skrzyżowaniach masz jeszcze więcej możliwości. Możesz pobiec wygodną, szeroką i łatwą drogą, a możesz skręcić w małą wąską, wijącą się między drzewami ścieżkę. Zawsze możesz trafić na coś niespodziewanego, jak bajoro czy przewrócone drzewo. Będziesz mógł zawsze zawrócić, bo przecież jakoś tu dotarłeś. I będziesz mógł też pobiec dalej. To zależy już tylko od twojej ambicji i wyobraźni.

Któregoś wrześniowego popołudnia wybrałem się na taki bieg. Przed wyjściem zerknąłem na mapy Google, gdzie by tu można biegać, ale nic konkretnego nie wymyśliłem. Jedyne, co zerknąłem, to potencjalne przejście przez tory na drugą stronę, do którego nigdy nawet się nie zbliżyłem. Odkąd zaorali obwodnicę, najlepsze przejście na drugą stronę zostało czasowo zdezaktywowane.

Początek dosyć standardowy. W końcu, w tej chwili, jeśli chodzi o las przed obwodnicą, nie ma wielkiego wyboru. Nie dość, że mało ścieżek, to jeszcze mało lasu. Dopiero za obwodnicą zaczyna się zabawa. Powtórzę się, ale to jest tak samo jak w Ostródzie, kiedy koleżanka powiedziała, że jeśli spotyka biegacza czy biegaczkę za mostem na jeziorze, to już jest prawdziwy Biegacz przez wielkie ?B?. W moim lesie taką granicą niedługo stanie się obwodnica. I odkąd biegam, a po lesie zrobiłem już kilkaset kilometrów, to poza ciągiem nowej drogi, jeszcze nie spotkałem biegacza. Spotykam ich dosyć regularnie, ale albo jeszcze na domkach, albo w bliskim lesie. Czy to oznacza, że jestem najlepszym biegaczem tej części miasta? Może?

Przeciąłem obwodnicę. Droga prosta i szeroka. Biegnie się dosyć przyjemnie. Urozmaiceniem, co jakiś czas, są kałuże, czasami nawet na szerokość drogi. Nic specjalnego, bo akurat na tej drodze, tego się można zawsze spodziewać. Można się zacząć rozglądać. Biegnę z nastawieniem na Freestyle, więc jak się uda wypatrzeć jakąś ciekawą ścieżkę, to można skręcić.

Nie udało się wypatrzeć, ale jest ta, którą oglądałem z satelity. Lecimy. Po stu metrach zaczęły się krzaki. Nie jest dobrze, ale daje radę. Kawałek dalej jest bajorko. Przebiegam po gałęziach rzuconych na jego brzegu. Coraz gorzej. Zaczynam widzieć, że ładuję się w bagno. Dosłownie bagno. Jeszcze trochę i to już jest niezaprzeczalny fakt. Dalej się nie da, a przynajmniej nie dziś. Zawracam.

Wróciłem na główny szlak i wbiegam coraz głębiej w las. Mijam pas bagien i tuż za nim zauważam szeroką drogę. Wiem, że powinna prowadzić prosto w bagna, ale nie wygląda na taką. W ogóle nie powinno jej tu być, jak na moje oko. No dobra. Dalej tą główną, las mi się skończy, więc skręcam. Nie wiem czy dobiegłem tyle, co tą poprzednią i znowu władowałem się w bagna. Może nie tak drastycznie, ale droga była coraz bardziej rozmięknięta i zarośnięta trawą, a w dalszej perspektywie nie zanosiło się na jakąkolwiek poprawę. Wyglądało, że moje przewidywania, o zakończeniu drogi na bagnach, zaczęły nabierać realnych kształtów. Znowu zawróciłem.

Trochę zły na siebie, bo jak na razie, dwa razy zawracałem. Przebiegłem główną drogą przez bagna i skoro nie dało się obiec ich z jednej strony, to spróbujemy z drugiej. Szukamy coś w lewo. Widzę pierwszą ścieżkę. Nie zdecydowałem się. Coś za bardzo zarośnięta, a lekko licząc muszę się przedrzeć przez las, co najmniej kilometr, by spotkać najbliższą znajomą trasę. Druga ścieżka. Nawet szeroko i prosto. Ryzyk fizyk, jest na tyle daleko od bagien, że ryzyko ponownego wdepnięcia w nie jest raczej małe. Skręcam. Miło i przyjemnie, jak to na bocznej leśnej ścieżce.

Zielona droga przez las

Ale zaraz miało się zacząć najciekawsze.

Dobiegłem do polanki i? nie widzę ścieżki! Biegnę na czuja prosto. Ścieżka jest, ale w tej chwili jest to wąska ścieżynka zarośnięta trawą. Pięknie. Wpadłem w brzozy. Dróżka się dalej wije. Trawa łaskocze mnie w łydki. Momentami sięga do pasa. Spodenki już mam całe mokre od leśnej wilgoci. Po rękach też czuję gałązki, patyki, czasem trawę. Zbieram pajęczyny.

Myślę sobie, że to już chyba jednak szaleństwo i chcę tylko wybiec stamtąd. Przyznaję się, że na chwilę straciłem poczucie kierunków świata. Ale dopóki nie było bagien, było dobrze. Trawa się przerzedziła. Zaczął się zagajnik świerkowy. To jest plus tego lasu, że co kawałek jest inaczej. Oczywiście to w dużej mierze ludzka ręka, ale urozmaicenie jest. Nie da się biec dłużej, non stop, przez taki sam las. Za świerkami ścieżka znormalniała i poszerzyła się.

Wybiegłem w końcu na znajome skrzyżowanie. W tym miejscu miałem kolejny wybór, albo dalej brnąć wąską ścieżką, albo dać sobie odpocząć na , co prawda zarośniętej, ale szerokiej drodze. Byłem bardziej psychicznie niż fizycznie zmęczony, więc dałem sobie trochę luzu. Kawałek dalej, kolejne rozwidlenie. Prosto ? drogę znam, w lewo ? wrócę na wąską ścieżkę, a w prawo ? nie mam pojęcia. Poleciałem w lewo na wąską ścieżką. Tamtędy można zrobić pętle i wrócić w kierunku miasta. Prawie mi ta pętla wyszła. Prawie, czyli dobiegłem do końca tej ścieżki i zamiast dać sobie możliwość pobiegania po równym, płaskim i szerokim ? zawróciłem.

Zawróciłem z jedną myślą. Pobiegnę na tamtym skrzyżowaniu w tą ostatnią, nieznaną mi drogę. Wróciłem i pobiegłem. Największą niespodzianką było to , że po 100 metrach droga się kończyła i było albo prawo albo lewo. Celowałem w inną małą ścieżkę, która gdzieś w tamtym rejonie powinna się znajdować, a na moje oko, aby do niej dotrzeć powinienem skręcić w lewo. Myślałem dobrze, skręciłem dobrze.

Jedyną, ale za to jak oryginalną niespodzianką, był fakt, że dosyć szybko zgubiłem ścieżkę, po której biegłem. Tak po prostu. Biegłem po niej, widziałem ją, a już po chwili jej przede mną nie ma i biegnę między drzewami. Na szczęście, kawałek dalej przed sobą zobaczyłem znajomą ścieżkę i biegnąc po krzakach i korzeniach, udało mi się na nią trafić.

Znowu wąską dróżka i gęste drzewa. Ale jak się bawić, to się bawić. Od tego miejsca biegłem już w kierunku miasta. Skręciłem jeszcze dwa razy w ścieżki, którymi dotąd nie biegałem, ale im tereny bliższe miastu, tym zakończenia ścieżek, bardziej przewidywalne.

Ostatnie kilometry minęły w wieczornej szarówce. Nie powiem, lubię tak biegać. Kolejna adrenalina do kolekcji. Jednak już w tym momencie, racjonalizm wziął górę i do wybiegnięcia z lasu wybrałem jedną z lżejszych ścieżek. Już bez szaleństw i eksperymentów. Bez ryzyka spotkania nieoczekiwanego korzenia czy śliskiego igliwia.

Gdy wybiegłem na osiedle, było już całkiem ciemno. I mimo że zmęczony i że można było mieć tego biegu dość, to i tak wiem , że jak będę miał okazję pobiegać za dnia i nie będę miał lepszych pomysłów, to znowu pobiegnę w las. I znowu zrobię improwizację po krzakach. A jeszcze zima się zbliża.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *