XII Cross Maraton „Przez Piekło do Nieba”, czyli 3x warto

Sielpia to takie miejsce gdzie miło jest wracać. Wróciłem po kilku latach przerwy. Tym razem nie miałem szans na pudło (kiedyś byłem tu 4 w kategorii wiekowej) ale pomysł miałem przedni. Pojechać do Sielpi rowerem, przebiec Maraton, wrócić także rowerem.

REKLAMA

Warto po raz pierwszy

Pierwsze „warto” było najprostsze. Jechać do Sielpi w świętokrzyskim – nic prostszego, to tylko jakieś 120 km w jedną stronę. Nie spiesząc się w 6 godzin powinienem być na miejscu. Z dwóch opcji trasy przejazdu wybrałem tą przez Białą Rawską, Nowe Miasto i Drzewicę.

Wyjechałem po obiedzie. Do Białej Rawskiej bez niespodzianek i cały czas „na swoich śmieciach” bo to już objeżdżona trasa. Dalej na Nowe Miasto. Też prosto i przyjemnie. Czasami pojawiają się lekkie górki, bo im bardziej na południe tym teren bardziej pofalowany. Bardziej od pagórków wkurza słońce, które grzeje mnie niemiłosiernie cały czas z prawej strony.

Rowerem - Nowe Miasto nad Pilicą

W Nowym Mieście powiało też już końcem podróży bo pojawiły się znaki na Końskie. Na pierwszym z nich było jakieś 50 kilometrów do celu. Można było zacząć odliczanie.

Po drodze była jeszcze Drzewica. Sympatyczne miasteczko z bardzo charakterystycznym zamkiem. A raczej ruinami zamku. Nie da się ich nie zobaczyć jadąc przez miasto. Są przy głównej drodze.

Rowerem - Drzewica

Za Drzewicą zaczęła się zabawa i zmienił krajobraz. Na horyzoncie zaczęły pojawiać się coraz większe górki. Nie były bardziej strome od tych w rejonie Białej czy Nowego Miasta, ale za to zdecydowanie dłuższe. Górka nie trwała już tylko 100 czy 200 metrów ale 500 metrów a nawet i kilometr. Poza tym to cały odcinek od Drzewicy do granicy województwa świętokrzyskiego to powolne podjeżdżanie w górę.

Od granicy województw już było blisko. Pagórkowato ale blisko. W Sielpi czyli w miejscu gdzie jutro pobiegnę maraton byłem na 20:00. W nogach miałem 120,2 km i 5:34 jazdy.

Warto po raz drugi

XII Cross Maraton „Przez Piekło do Nieba” to impreza trochę już kultowa. Nazwana tak bo jej trasa prowadzi przed dwie małe wioski – Piekło i Niebo. Byłem na niej czwarty raz. Czternastokilometrową pętlę po koneckich piachach miałem pokonywać po raz dziesiąty, jedenasty i dwunasty. Nie zmieniła się tylko pogoda, która jak zwykle ugościła nas tym co najlepsze – słońcem!

Ugościł nas też gospodarz – Wojtek Pasek, dla którego był to 300 maraton. Ale wcale nie był tego dnia rekordzistą. Pewien Czech, Peter, miał tych maratonów 512! A być może był jeszcze ktoś z bardziej okazałym wynikiem. Z moimi dwudziestoma kilkoma byłem trochę jak debiutant.

XII Maraton-przez Piekło do Nieba - medal

Bieganie po piaszczystych lasach i górkach po wczorajszych 120 kilometrach nie było jednak najlepszym pomysłem. Od samego początku czułem to w udach i nawet choć biegłem wolno to było ciężko. Gdybym nie jechał tu taki kawał drogi to mógłbym po pierwszym, czternastokilometrowym kółku, zejść i wsadzić nogi do jeziora.

Pozostałe dwa kółka to już nie tyle bieg co marszobieg. Z punktów z wodą korzystałem solidnie. Wszelkie górki, które znałem już na pamięć, podchodziłem. Truchtałem tylko na zbiegach i czasami na płaskich odcinkach. Do mety doczłapałem w pięć godzin.

XII Maraton przez Piekło do Nieba - meta

To też na mecie powstało określenie „2 razy warto”. Bo kiedy na mecie spiker (pozdrawiam panie Jacku!) zapytał się czy warto było, odpowiedziałem, że warto podwójnie bo wczoraj jechałem tutaj na rowerze 5 godzin, a dziś na trasie maratonu spędziłem kolejne 5 godzin. Zapomniałem tylko dodać, że ostatniego dnia mam jeszcze jedne 5 godzin do wykonania…

Następnego dnia dołożyłem „trzecie warto”

Warto po raz trzeci

Droga powrotna to już miała być formalność. Planowałem pobudkę o szóstej i wyjazd o siódmej. Nawet jak z jakiegoś powodu miałem mieć czasową obsuwę to i tak obiad miałem zjeść w domu. Żeby jednak nie było za prosto nie wyjechałem z Sielpi na Końskie normalną asfaltową drogą. Wyjechałem po trasie maratonu. A więc jeszcze raz, tym razem rowerem, wpakowałem się w piach i sielpeckie górki.

Zajechałem jeszcze raz do Piekła.

Rowerem - Piekło

Oraz do Nieba.

Rowerem - Niebo

A potem już prosto do domu. Tą samą drogą. Nawet postoje zrobiłem w tych samych dwóch spożywczakach co w drodze do Sielpi. Jedyne co się zmieniło to wiatr. W tamtą wkurzało, ale nie przeszkadzało jechać, słońce. W drodze powrotnej słońca nie było. Za to wiało. Całą drogę, równomiernie i praktycznie prosto w twarz. Dlatego też powrót był o prawie pół godziny wolniejszy. Powrotne 121,5 km zrobiłem w 5:58. Mało brakowało ale poniżej sześciu godzin się wyrobiłem.

PS dla niedowiarków: Piłkę, którą wylosowałem po biegu przywiozłem rowerem do domu. Większy problem miałbym z siekierą…

Ale też dałbym radę!

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *