X Cracovia Maraton – tak złamałem 4 godziny!

Mówią że drugi maraton jest prostszy… Jasne! Drugi maraton wcale nie jest prostszy. Nawet jest pod pewnymi względami trudniejszy, bo już wiesz z czym go się je. Wiesz co zrobiłeś źle za pierwszym razem i wiesz jak zrobić to lepiej. Poza tym to miał być pierwszy wyjazd na maraton połączony z noclegiem. No i przede wszystkim druga próba złamania magicznych 4 godzin na mecie.

REKLAMA

Podróż do Krakowa

Droga minęła szybko, sprawnie i przyjemnie. Ale tak zawsze bywa jak się jedzie ze znajomymi. Można pogadać o mniej lub bardziej poważnych rzeczach i czas od razu szybciej upływa. Tak w ogóle, to nie tylko my w przedziale jechaliśmy do Krakowa na maraton. Tak w ogóle, tylko jedna osoba z przedziału NIE jechała na maraton. Więc, jak nie między sobą, to można było zamienić kilka słów z innymi. Ale czy to ze sobą, czy z innymi, to i tak 300 kilometrów gadania o butach, biegach i bieganiu.

Do Krakowa dojechaliśmy 20 minut przed czasem! Jakaś maratońska promocja, że PKP zamiast się spóźniać zaczęło się śpieszyć? Zaczęliśmy żartować, że teraz pewnie pociąg stanie kilkaset metrów przed peronami, by przeczekać te brakujące minuty, ale na szczęście nic takiego miejsca nie miało. A dodatkowe 20 minut – ja tam nie mam nic przeciwko.

Na punkt zbiorczy i odżywczy zostało wyznaczone KFC w Galerii Krakowskiej. Z trzyosobowej grupy biegaczy szybko zrobiła się grupa sześcio-, a następnie siedmio- i w końcu ośmioosobowa. Jak na naszą roztrzepaną organizację, to i tak dosyć sprawnie nam poszło.

Ja osobiście w tej galerii miałem mały kryzys żołądkowy. Stres, podróż i wczorajszy makaron się chyba nałożyły. Niby nie było tragicznie, ale w duchu plułem sobie w brodę, że swojej apteczki nie wziąłem i że kiedyś tak się zaczynały akcje, które kończyły się przyjazdami karetek pogotowia lub w szpitalu. I to musi się dziać w przeddzień maratonu!

Poszedłem ze znajomymi w kierunku miasteczka maratońskiego ulokowanego na krakowskich błoniach. Po drodze liznęliśmy nieco starówki. Ale liznęliśmy tak na szybko, bo w końcu mamy bardziej biegać, niż zwiedzać.

X Cracovia Maraton - na starówce

 

Miasteczko maratońskie jak miasteczko maratońskie. Kilka mniejszych lub większych białych namiotów na gigantycznym krakowskim trawniku. Pierwsze kroki, tradycyjnie, po upragnione pakiety startowe. Torba z gadżetami, kupon na jedzenie i oczywiście najważniejsze, czyli numer z chipem pomiarowym. Dostałem 1606 – mam nadzieję, że to będzie szybki numerek.

Mieliśmy już dosyć tego ciągłego łażenia, więc rozłożyliśmy się na trawniku. Kto chciał to zwiedzał namioty, kto chciał kawę – szedł na kawę, kto nie chciał robić nic – nie robił nic. Ja, jako że ostatnio stałem się amatorem frotek na nadgarstki, to do białych Nike’owych dokupiłem sobie czarne New Balance’a. Na pewno się przydadzą, a poza tym, jaka może być dla biegacza pamiątka z Krakowa? Figurka Kościoła Mariackiego?! Blee…. A frotki kupione na Cracovia Maratonie?! Oczywiście!

Potem odbyliśmy krótki wypad na miasto i powrót na 18:00 na Pasta Party. Od tego czasu skład zaczął się wykruszać. Najpierw jedni znajomi pojechali na swoją kwaterę, potem drudzy, aż w końcu została Nas czwórka. Trójka przy stole, już po makaronowej wyżerce, sącząca jedno piwo na troje i koleżanka-wolontariuszka pomagająca w organizacji.

To, że zostałem nie było takie złe. Załapałem się na pokaz odzieży sportowej Asicsa. Załapałem się na prezentację elity biegaczy. Normalka, że praktycznie sami czarnoskórzy. Bez Afrykanów nie ma wyników, bez wyników nie ma sponsorów – logiczne! Polak w czołówce tylko jeden, jeden Włoch, kilku Rosjan i Ukraińców. No i my! Całe stado biegaczy wcinających makaron, dla których ten maraton jest przeżyciem dużo większym niż dla nich – zawodowych biegaczy.

Prawdę mówiąc, mi się wtedy po raz pierwszy tak naprawdę ujawniła atmosfera zawodów. Taki wewnętrzny spokój, ale jednocześnie taka pewność siebie, że jestem w dobrym miejscu i w dobrym czasie. Że jestem dobry! Że jestem najlepszy! Że zrobię te 4:00, które widzę na tabliczce, którą jutro będzie niósł pacemaker. I że ja będę chociażby o włos przed nim. Byłem gotowy!

Nocleg

Ale jeszcze czekała mnie noc. Udałem się na halę Wisły Kraków. Blisko od błoń, dosłownie rzut beretem. Hala całkiem sympatyczna. Miałem wybór: dół, czyli parkiet i góra, czyli antresola. Wybrałem górę, dokładniej zachodnią stronę, aby mi słońce nie świeciło w twarz samego z rana i nie przy oknie, aby mi nie wiało po plecach. Będąc pewnym, że zajmuję najlepszą z możliwych miejscówek, rozłożyłem karimatę, śpiwór i cały ten niewielki majdan, z jakim przyjechałem. Kurna mać, co tu robić teraz? Za ciemno, by coś poczytać, a nic innego mi nie przychodziło do głowy. Oprócz spania oczywiście. Obszedłem halę namierzając, co bardziej strategiczne punkty na rano (toalety, prysznice), potem zjadłem kolację. No i co?. No i się w końcu zawinąłem w ten śpiwór jak świstak w sreberko i próbowałem zasnąć. Cały czas coś było słychać (następnym razem biorę zatyczki) i ciężko to spanie widziałem. Ale uparcie próbowałem, bo już czułem, że po tym całodniowym podróżowaniu, potrzebowałem odpoczynku. O dziesiątej w końcu zgasło światło, zrobiło się względnie cicho, więc zasnąłem. A jeszcze zanim zasnąłem, zdążyłem usłyszeć gościa z dołu, który krzyknął:

– Cicho tam!

Prawie jak w wojsku, że o 22:00 capstrzyk i do pobudki. Tylko, że tam na zaprawie się nie biegało 42 kilometrów.

Obudziłem się o 5:00. Pierwsza myśl… „Po jakiego grzyba nastawiałem budzik na 7:00?!”. Nie chciałem wstawać, ale po kilkunastu minutach przewracania się w śpiworze, musiałem wstać, bo bym zwariował. Jeszcze jakoś po tej godzinie piątej, jakiś za przeproszeniem baran (albo baranina), odpalił suszarkę do włosów czy coś wydającego podobny hałas. Ja się nie odezwałem, ale fala niezadowolenia przetoczyła się przez halę żwawym nurtem. I suszarka, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyjątkowo szybko zamilkła.

Co tu robić do staru? Przynajmniej widno było, więc tym razem poczytałem Runnersa. W międzyczasie zamieniłem kilka słów z ekipą w spod okna obok. Miałem ochotę się poczęstować gorącą wodą, ale nie miałem herbaty, a kawy nie pijam. Więc podziękowałem.

No, a potem nieśpieszna organizacja czynności porannych.

Toaleta – rzecz ważna. O ile z umyciem się w zlewie o szóstej rano problemu nie było, to już skorzystanie z toalety o godzinie siódmej zajęło trochę czasu. A to i tak było wcześnie, więc kolejka się jeszcze nie ustawiła. Tylko cztery osoby były przede mną. Później widziałem, że bywało gorzej. Znacznie gorzej. Szczególnie pod prysznice…

Śniadanie – przed maratonem ma być przede wszystkim lekkie. No tak! Taka jest teoria, a jak się przedstawia praktyka? Miałem dwie paczki płatków z pakietu, dwa batony proteinowe i butelkę tymbarka. Nienajgorzej. Zjadłem jednego batona i mniejsze płatki.

Czy to, aby nie będzie za mało?

Otworzyłem drugą paczkę płatków. Druga paczka jest znacznie większa. Znowu je jeść na sucho? Nie! W holu jest automat z kawą, który pewnie daje też gorącą czekoladę. A to już do płatków pasuje. Więc na drugie śniadanie miałem płatki z pitną czekoladą. Smakowicie!

Ostatnie, co mi zostało do zrobienia przed startem to przebranie się. Tu akurat było najprościej, bo nie musiałem czekać w kolejkach czy kombinować, co z czym da się zjeść. Wszystko miałem gotowe. Po kolei, jak według instrukcji obsługi: slipki, spodenki, skarpetki, buty, frotki, czapka i oczywiście koszulka w drużynowych barwach. Na wierzch bluza z długim rękawem, żeby nie zmarznąć do startu. A zimno jest! Byłem już na dworze, więc wiem.

Na starcie byłem pierwszy ze znajomych. Skoro nikogo jeszcze nie było to wykorzystałem czas na małą rozgrzewkę. Taki tam trucht i trochę rozciągania. W sumie bardziej interesowało mnie nie tyle rozgrzanie się, co nie doprowadzenie do wychłodzenia.

Maraton

A prawie najważniejsza chwila weekendu zbliżała się wielkimi krokami. Jeszcze parę minut i wystartujemy. Już chyba wszyscy są gotowi do startu. Zaczyna się stres i wątpliwości. Jak to będzie? Czy dam radę? Muszę dać z siebie wszystko, bo po to właśnie tutaj przyjechałem, ale… jest tyle rzeczy, nad którymi mogę nie zapanować przez najbliższe 4 godziny, że się boję!

Stres zaczął mijać od momentu strzału startera. Teraz już nie ma co myśleć – teraz trzeba biec przed siebie. Tylko nie za szybko. Początek na spokojnie. Mijając start zerkam na zegar: 1:15 mam straty do brutto. Przyjąłem to do wiadomości i biegłem. Początek ciasny, jak to start maratonu gdzie biegnie kilka tysięcy biegaczy. Schodzę do prawej, bo kółko wokół błonia będzie właśnie w prawo i biegnę. Mam pod frotką wydrukowaną ściągę międzyczasów na czas 3:50 – który byłby szczytem marzeń, bo walczę tylko o „trójkę” z przodu – i zaczynam dobrze, bo na 1km mam 1:30 straty do ideału. Czyli podobnie do tego, co straciłem na starcie.

X Cracovia Maraton - 5 km

Pierwsze 5 kilometrów stosunkowo ciężkie. Nic mnie nie boli, nie mam nawet najmniejszej zadyszki, tylko takie wszechobecne uczucie ciężkości. Tłumaczę sobie, że to efekt niedostatecznego rozgrzania się przed startem. Powinno przejść samo z czasem. Do piątego kilometra trzymam się w swoim tempie. Na 5 kilometrze mam taką samą stratę jak na pierwszym, czyli 1:30. Oby tak dalej! Nie myślę ile jeszcze przede mną…

Pierwszy punkt odżywczy. Pamiętny warszawskiej ściany i wszystkich błędów, jakie tam popełniłem złapałem całego Powerade, banana i mandarynkę. Ugryzłem mandarynkę. Blee…. Nie, to nie dla mnie. Poza tym nigdy tego w biegu nie jadłem. Banan? Oczywiście, zjadłem całego. Do tego dwa łyki napoju i do przodu! Biegnę z butelką w ręku. Będę popijał po łyku, co jeden czy dwa co kilometry. Wiem, że butelka szczególnie pełna trochę waży, ale czasami biegam z butelką na treningach i nigdy mi się nic od tego nie stało. Aha… jeszcze jedno. Ani łapiąc jedzenie, ani je jedząc nie przeszedłem w marsz, ani tym bardziej się nie zatrzymałem. Biegnąc w luźnej przerwie między grupami na 3:45 i 4:00, mogłem sobie na to pozwolić i nie zostać stratowanym, tudzież samemu nikogo nie stratować.

Po jedzeniu w biegu, po raz pierwszy poczułem, że oddycham. Zarobiłem lekką zadyszkę. Chyba trochę za szybko chciałem te banany zjeść. Kilkaset metrów nieco wolniej i powrót do swojego tempa. Na następnych punktach trzeba jeść wolniej!

Przebiegnięcie przez krakowską starówkę to podobno najładniejsze miejsce trasy. Podobno, bo biegnąc miałem inne wrażenie. Spytacie się, jakie? A takie, że owszem Krakowska starówka jest ładna, ale jak się po niej spaceruje, a nie jak się biegnie. Biegnąc ma się, co innego na głowie. Ja osobiście wolałem uważać na kostkę brukową, niż podziwiać architekturę.

Newralgicznym miejscem trasy było wybiegnięcie nad Wisłę. Na trasie biegu stały rozkoszne betonowe słupki. Można je ominąć bez większego problemu, ale według mnie, powinno ich nie być. Ktoś może na nie wpaść tym bardziej jak będzie biegła większa grupa. Aż się wzdrygnąłem. gdy sobie wyobraziłem siebie wpadającego na ten słupek… Brrr…. Gdzieś w tym rejonie dogoniła mnie koleżanka, z którą umawialiśmy się na wspólne robienie 3:50. Nie wiem czy czas jest realny, ale trójkę z przodu chcemy mieć.

No, a ja cały czas biegnę ze stratą 1:30 do ideału. Dobrze jest!

X Cracovia Maraton - na trasie

Dobiegliśmy do 15 kilometra. Kolejny punkt odżywczy. Ten był inny. Po pierwsze przechwyciłem pełną butelkę Powerade. Wyrzuciłem tą, z którą biegłem ostatnie 10 kilometrów i która była już bardziej pusta niż pełna. Po drugie zjadłem tylko jednego z trzech kawałków banana. Nie wiem dlaczego, ale miałem wrażenie, że nie zjem aż tyle, tym bardziej, że według mojej strategii (tak, tak, tym razem była dosyć szczegółowa) mam wchłonąć jabłkowo-węglowodanową energetyczną papkę. Zrobiłem według planu.

Droga do Nowej Huty minęła szybko. Ledwo się obejrzałem, a już byłem. Zasługą było to też biegacza z Wytwórni Papierów Wartościowych. Biegł idealnie moim tempem. Jak metronom co do sekundy. Wiec podczepiłem się pod niego i mogłem przestać tak intensywnie patrzeć na czas i tętno. A właśnie… Czas? Cały czas był zgodnie z planem. Tętno? Wyżej niż powinno być, ale jeszcze się czerwone lampki mi nie zapalają. Poza tym po tym jabłkowym żelu miałem wrażenie jakbym wrzucił wyższy bieg. Ta sama prędkość, a obroty silnika jakby spadły. Może to tylko takie wrażenie? Nie wiem, ale miałem nadzieje, że szybko nie minie.

Nowa Huta była nieco męcząca. Ogólny zarys miałem w głowie taki, że biegniemy do Nowej Huty i z powrotem. A tu nie ma tak łatwo. Jeden zakręt, drugi zakręt, trzeci, czwarty… Straciłem orientację ile jeszcze po tym osiedlu będziemy się kręcić. Wreszcie za zakrętem powitał mnie piękny widok półmetka. Strata mi wzrosła, do 1:50, ale to nic, nadal mam sporą przewagę. I nadal biegam po tym samym osiedlu…

Powrót na główną drogę do centrum powitałem z ulgą. Od teraz będzie już tylko bliżej mety. Około 25 km koleżanka została w tyle. Teraz musiałem już sobie radzić sam! Dam radę!

Tuż po kolejnym punkcie odżywczym, po raz pierwszy przestałem myśleć tylko o kolejnych kilometrach, a pomyślałem ile to jeszcze mam do końca. Pomyślałem „Paweł, jeszcze tylko 16 km!”. Prosiłoby się dodać jeszcze, że „Dasz radę!”, ale chyba bardziej wolałem konkrety niż puste banały.

Wiedziałem, że niedługo się zacznie najgorsze. W Warszawie na 28 mnie tak ścięło, że lepiej nie mówić. Zaczyna mi się to kołatać w głowie, że zbliża się TEN krytyczny moment. Ale dobiegłem do 28 km i nic! Biegnę dalej tym samym tempem. Czy może być aż tak dobrze? W Warszawie też było dobrze, by chwilę później mnie powalić.

Dobiegłem do 30 km i punktu odżywczego. Luz mam niesamowity, więc już z daleka machałem pustą butelką i krzyknąłem do wolontariuszek:

„Można całą butelkę!”

Można było całą. Wolontariuszka odkapslowała i podała. Miodzio, ta butelka starczy już do końca. Wybieg nad Wisłę pod górę. Uh! Mały, ale odczuwalny ten podbieg. Jeszcze po łuku pod górę. No nic. Wróciłem nad Wisłę. Gdzie ten Wawel? Czas na drugą porcję jabłkowej mazi. Normalnie nie jest specjalnie dobra, a połykając ją po trzech godzinach wysiłku, niemalże mdliła. Banana wyrzuciłem po jednym kęsie. Nie chcę jeść, bo będą sensacje.

Nad Wisłą miałem takie głupie myśli, że „W Krakowie to słabi Ci murarze. Nie potrafią postawić porządnej ściany!? albo ?No i gdzie jest ta ściana?”. Za to drugi głos z tyłu głowy mówił, że mnie jeszcze pokarze za taką paplaninę, ale zignorowałem go. Czułem kilometry, to fakt, ale cały czas biegłem i co ciekawe cały czas w granicach 2 minut straty. Już od dawna mnie nikt nie wyprzedził. Teraz wiem, co to za motywacja, gdy się kolejnych biegaczy wyprzedza jak tyczki. Piękne uczucie.

X Cracovia Maraton - pod Wawelem
fot: fotomaraton.pl

Na 35 km pod Wawelem sesja fotograficzna. Dostrzegłem kolegów czających się z aparatami. Pomachałem i pobiegłem. Niedługo potem mnie zaczęły ręce boleć. Niewiele myśląc, wylałem trochę napoju w trawę, by ulżyć rękom. Wyszedłem z założenia, że dużo już nie zostało i tak tego nie wypiję już. Pomogło, bo zrobiło się lżej.

Wbiegłem na błonie. Tutaj mnie i wszystkich innych biegaczy czekało najgorsze: pętla dookoła błoń. Od jakiegoś czasu ból rąk przeniósł się na plecy. Ból nasilił się właśnie na tej ostatniej prostej. I właśnie mając 4 kilometry pełnego okrążenia do mety, musiałem się po raz pierwszy i jedyny zatrzymać. Zrobiłem krok w bok i na trawie rozciągałem plecy. Prawo, lewo, tył, przód – wszystkie warianty, jakie mi przyszły do głowy. I na szybko, byle tylko nie za długo stać na tym trawniku.

X Cracovia Maraton - 30 km

Pomogło i pobiegłem dalej. Z początku szurając i dopiero z czasem nabiegając prędkości. Na dobre znowu rozpędziłem się w momencie, kiedy to ja byłem na ostatnim kółku, a Ci z drugiej strony mieli jeszcze do zrobienia całe okrążenie. Znowu zacząłem wyprzedzać. I tak już było do samego końca. Na ostatniej prostej już mi było wszystko jedno. Najchętniej bym się położył na asfalcie i już nie biegł dalej. Tylko wariaci biegają maratony! A jednak biegłem.

A gdy zaczynały się flagi i barierki i do mety zostały te ostatnie 195 metrów pomyślałem o finiszu. Nie, źle… To było tak, że zapaliła mi się w głowie lampka „Finisz!” i nie zastanawiając się czy mam siłę, i czy moje mięśnie i ścięgna to wytrzymają zacząłem gnać jak głupi. Poczułem każdy nerw na tym finiszu, niemalże czułem jak zrywają się włókna mięśniowe w łydkach i udach. Boli! Nie wiem już ilu jeszcze wyprzedziłem, nawet na zegar nie patrzyłem. Tylko ja i meta. Wpadłem z rękami w górze i od razu za metą na płot i asfalt. Dobiegłem!

X Cracovia Maraton - finisz
fot: fotomaraton.pl

Zegarek stop (sam się dziwię, że o tym nie zapomniałem), nie mam siły na niego patrzeć. Jakaś dziewczyna skanuje mój chip, a ja się kurczowo trzymam płotu i czuję, że jak się tylko ruszę to się przewrócę. Chwila przy płocie i zaczynam przebierać nogami dalej. Dostaję medal od wolontariuszki i idę dalej. Wcisnęli mi wodę w rękę. A może sam wziąłem?! Teraz już tego nie wiem. Wiem, że usiadłem na asfalcie obok dziewczyn z foliami termicznymi. Chciałem sięgnąć sam, sam sobie wziąć i sam się owinąć. Początek planu wypalił i poległem dopiero, jak miałem sobie folię rozwinąć. Miałem taką koordynację ruchową, że zamiast ja rozwinąć, porwałem ją i było po folii. Dobrze, że się dziewczyny zlitowały i któraś sama rozłożyła folię i nawet mnie w nią zawinęła. Mogłem się zapaść w kokonie i czekać na moment, gdy przepoczwarzę się w motyla. W moim przypadku oznaczało to, że będę się czuł na siłach chodzić.

Mogę spojrzeć wreszcie na czas na zegarku. 3:54:03! I to jest czas brutto!! Bomba! Nie mogło być lepiej. Dałem z siebie wszystko i się udało. Oj, bardzo się udało…

X Cracovia Maraton - medal

A teraz się nie ruszać… odpoczywać… i cieszyć…

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *