Wszyscy jesteśmy Bostończykami

Poniedziałkowe zamachy na mecie Boston Marathonu to rzecz, w którą ciężko było w pierwszej chwili uwierzyć. Święto biegania ktoś zamienił w jatkę. Ktoś wykorzystał fakt, że bieganie przyciąga coraz większe rzesze ludzi, by ich zabijać. Okazało się, że bieganie i maraton nie są nietykalne i że tak naprawdę to może zdarzyć się wszędzie. Na każdym maratonie.

REKLAMA

Z tą myślą stanę w niedziele na starcie Orlen Maratonu. To właśnie tą myśl będę miał podczas minuty ciszy. A potem wystartuję. Jak Bostończycy.

O zamachu dowiedziałem się przypadkiem. W poniedziałek wieczorem przeczytałem coś o wybuchu podczas Boston Marathonu. Przyjąłem to do wiadomości, ale nie uwierzyłem. Informacja zaczęła się powtarzać, ale nadal niedowierzałem  W końcu zobaczyłem zdjęcie, które w kolejnych godzinach obiegło świat setki razy i trafiło do milionów ludzi. Zdjęcie przedstawiające szeroką bostońska ulicę. Środkiem suną biegacze walczący z ostatnią prostą maratonu. Po bokach rzesze wspierających ich kibiców. I kula ognia na horyzoncie…

Od tej chwili informacje zaczęły płynąć szerokim strumieniem. To nie był jeden wybuch. Były dwa wybuchy. Są ofiary. Ile? Nie wiadomo. Każdy podaje co innego. Pierwsza liczbą jaką odnotowałem było 12 rannych. Ktoś gdzieś nazwał je ofiarami. Jest informacja o zabitych. Jedna ofiara, potem druga… Ilość rannych rośnie praktycznie, co chwilę. Jest informacja o wybuchu pod trybunami. Ofiary to głownie kibice. Ale czy na pewno? Detonacja nastąpiła w czasie 4:09 od startu. W czasie, kiedy na metę wbiega najwięcej biegaczy. W czasie, kiedy kibicuje im najwięcej osób…

Patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem. To się działo naprawdę, ale nie chciałem, nie potrafiłem tego zaakceptować. Jak może się dziać coś takiego na maratonie?!

Podobne uczucie miałem raptem kilka razy w życiu. Miałem tak podczas zamachów na WTC. Wtedy też siedziałem przed telewizorem i patrzyłem się na obrazy, które znałem z filmów katastroficznych. Ale to nie był film. To się działo naprawdę. To była rzeczywistość. Te wieże naprawdę płonęły i się waliły. Ginęli ludzie. Albo katastrofa smoleńska. Też nie wierzyłem, że to prawda. No, bo jak może spaść taki samolot? No jak?! Przecież samoloty z prezydentami nie spadają!

Oba te wydarzenia tak burzyły mój światopogląd, że nie potrafiłem i nie chciałem ich zaakceptować. Musiałem to zrobić, bo takie były fakty, ale były zbyt wstrząsające by przyjąć je bezboleśnie.

Teraz to samo, stało się w Bostonie. Działo się coś, czego nie mogę pojąć, bo atakuje coś, czego stałości byłem bardzo mocno przekonany. Sportu. Amatorskiego sportu zwykłych ludzi jak ja lub ty, którzy robią to tylko i wyłącznie dla samego siebie. Nie dla pieniędzy, nie dla sławy. Dla samego siebie. Poświęcają swój czas i trud, aby dobiec do mety. Aby móc powiedzieć: Tak, przebiegłem maraton. To uczucie jest spełnieniem wielu marzeń. A w poniedziałek te marzenia zostały brutalnie przerwane.

Uderza mnie to tym bardziej, że jest to zamach na coś mojego. Biegnie to mój mały świat, w którym żyję. Mój spokojny azyl, w którym się chowam. Azyl, który mimo że pozornie męczący, daje mi psychiczne ukojenie. I teraz ktoś ten azyl zaatakował. I nie robi mi różnicy czy stało się to w Bostonie czy stałoby się to gdziekolwiek indziej. Ktoś posłużył się ?moim? maratonem, aby zabijać ludzi. Niewinnych i zupełnie przypadkowych. Dzieci…

Wiem, tu nie chodziło o biegaczy. Nie chodziło o kibiców. Nie chodziło o nikogo konkretnego. Ale chodziło o ludzi. Chodziło o to, by ranić czy zabić jak największą ilość osób. Dlatego ładunki zostały umieszczone w rejonie mety. Dlatego zostały odpalone po 4 godzinach od startu. W ten sposób bieganie padło ofiarą swojej popularności. Ponad 35 tysięcy zawodników i dużo więcej wzdłuż trasy stało się łatwym i kompletnie przypadkowym celem.

Pojutrze ja sam stanę na starcie ma maratonu. Nikt mi nie wmówi, że to niebezpieczne i abym zrezygnował. Rezygnacja kogokolwiek z powodu zamachu byłaby największą porażką jego samego. Byłaby też największym zwycięstwem zamachowca.

Niemniej jednak pierwszy raz stojąc na starcie będę miał świadomość, że bieganie nie jest nietykalne. Jest to bardzo pozytywna impreza, lecz skoro zdarzyło się to w Bostonie, to tak naprawdę zdarzyć się może wszędzie. Maraton nie jest „świętą krowa”, której nikt nie ruszy. Maraton przyciąga nie tylko biegaczy. Maraton przyciąga ludzi! Wielu ludzi. Oraz tych, którzy chcą wyrządzić im krzywdę.

Oczywiście, Orlen Warsaw Maraton to impreza o nieporównywalnie mniejszej randze od Boston Marathonu, lecz przecież maratończycy są sobie równi. Maraton to maraton. W Warszawie będziemy mieli do pokonania dokładnie tyle samo kilometrów, co w Bostonie. Będziemy stali na tym samym starcie i mieli te same, przedstartowe rozterki. Będziemy wkładali w bieg ten sam trud i determinację. Będziemy mierzyć się z tą samą maratońską ścianą i będziemy doznawać tej samej euforii na mecie, po którą biegli bostończycy. I wreszcie… Na naszą euforię będą czekali nasi bliscy i na którą, cześć z nich w Bostonie się nie doczekała…

I pewnie zabrzmi to oklepanie, ale samo ciśnie się na usta powtarzane wielokrotnie stwierdzenie, że w najbliższą niedzielę wszyscy będziemy bostończykami.

Amen!

REKLAMA

Jedna myśl na temat “Wszyscy jesteśmy Bostończykami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *