Wspomnienie rowerzysty

Znowu biegłem po lesie. Prosto przed siebie. Bardzo prosto. Tak prosto, że prościej się nie da. I dosyć długo. A przede mną jechało dwóch rowerzystów. Nie śpieszyli się. Ot, jechali tak jak jedzie dwóch facetów wracających z miasta na wieś i jadących przez las. Jechali i jechali, a ja się do nich zbliżałem coraz bardziej.

REKLAMA

Wyprzedzać nie chciałem, bo miałem zrobić spokojny bieg, a wyprzedzenie ich, będzie oznaczało znaczne przyśpieszenie. Nie wyprzedzę ich tylko po to, by przestać biec 10 metrów za nimi, a biec 10 metrów przed nimi. To nie było to, co mnie interesowało. Więc biegłem… i biegłem… i biegłem…

I myślałem, jak to się czują ludzie, którzy jadą na rowerze, a za ich plecami biegnie człowiek. Biegnie! Nie jedzie na rowerze, nie jedzie na motorze, tylko biegnie. I w dodatku, wcale a wcale, nie wygląda, by go takie bieganie męczyło.

Takie sytuacje zdarzają mi się w lesie często. Drogi przez las są stosunkowo dobrze zadbane i sporo osób jeździ nimi z okolicznych wsi do miasta. W większości panowie i panie na składakach obwieszonych torbami z zakupami. Albo bez toreb. To zależy, w którą jadą stronę. Prędkości zawrotnych nie rozwijają, więc niemal zawsze ich doganiam i przeganiam. Normalka!

Czasem tylko, trafi się jakiś pasjonat MTB i to wtedy on mnie objeżdża jak tyczkę. I to nie tylko na tych szerokich drogach ale też na tych bardziej niedostępnych. To zdecydowanie nie jest ?normalka? i tego nie lubię.

Ale nie zawsze tak było…

Było to dwa, może trzy lata temu… Nie pamiętam dokładnie, kiedy. Na pewno dawno, dawno temu, w początkach mojego biegania.

Była raczej wczesna wiosna. Zimna, szara, bura i przyjazna jak wrzód na… plecach. Jeszcze zdecydowanie za wcześnie, by wypatrywać zieleni i kwitnących pąków. Lekki zachodni wiatr. I ja! Raczkujący biegacz, który co prawda już biega regularnie, ale gdy tylko widzi innego biegacza, to najchętniej schowałby się w mysiej norze. Bo biega wolno, bo biega w starych dresach, bo jest taki… nieprofesjonalny.

Ale biegałem i tamtego dnia postanowiłem się wybrać na asfaltową przebieżkę do Wiskitek. Już na pierwszym kilometrze zobaczyłem przed sobą rowerzystę. Jechał powoli. Ja biegłem powoli. Widziałem jak skręca w drogę wzdłuż lasu. Minutę później byłem w miejscu, gdzie on chwilę wcześniej. Również skręciłem w drogę wzdłuż lasu. Znowu go zobaczyłem. Tym razem bliżej. Asfalt ustąpił miejsca betonowym płytom.

Biegłem dalej wpatrując się w ten coraz bardziej zbliżający się do mnie kształt. Zanim zostawiłem Żyrardów za plecami, już widziałem go dokładnie i byłem raptem kilka metrów za nim. Chciałem go przegonić. Tak po prostu, dla własnej satysfakcji. Piaszczysto-szutrowa droga dawała mi przewagę. Więc przyśpieszyłem i dosyć szybko znalazłem się przed nim. W ten sposób… Wyprzedziłem rowerzystę! Pierwszy raz w życiu. Pierwszy raz w mojej biegowej karierze. Nie odwracałem się. Biegłem dalej.

Rowerzysta był gdzieś za mną. Nie oglądałem się na niego. Biegłem tak, jak gdyby to, że go wyprzedziłem, było najnormalniejszą rzeczą pod słońcem. Jakbym wyprzedzał rowerzystów codziennie.

Kilkaset metrów dalej wrócił asfalt. Długo nie musiałem czekać. Tym razem to on mnie wyprzedził. Zaczął się oddalać. Przestałem się w niego gapić. Biegłem dalej, ciesząc się krótką chwilą tryumfu…

Kilometr czy dwa dalej zauważyłem znajomy rower na poboczu. W chwili, gdy go mijałem rowerzysta wychodził z krzaków i przymierzał się do wsiadania na rower. Spotkaliśmy się wzrokiem. Na twarzy lekko się uśmiechnąłem. W duchu natomiast miałem uśmiech od ucha do ucha. Albo jeszcze kawałek dalej. Wyprzedziłem go drugi raz! To nic, że za pierwszym razem, dlatego że zamiast asfaltu była ziemia i betonowe płyty oraz, że za drugim razem zatrzymał się za potrzebą. Wyprzedziłem rowerzystę dwa razy! Byłem uradowany jakbym trafił szóstkę w totka.

Liczyłem, że za chwilę znowu mnie wyprzedzi. Jednak tak się nie działo. Pewnie, dlatego że droga tu ma więcej dziur niż ustawa przewiduje. Nadal, z powodu, o którym już pisałem, nie chciałem się odwracać, by zobaczyć gdzie jest.

Zaczęły się Wiskitki – cel mojej przebieżki. Miejsce, gdzie pod miejscowym gimnazjum, zawrócę i pobiegnę z powrotem. Nagle, kilkaset metrów przed skrzyżowaniem, widzę kątem oka rowerzystę. To ten sam, co wcześniej. Zrównał się ze mną. Spojrzał się na mnie, ja się spojrzałem na niego, a potem usłyszałem coś, co powtarzałem sobie przez cały powrót do Żyrardowa: „Pan to szybciej pieszo, niż ja rowerem!”. Coś odpowiedziałem, nie wiem co. A potem już bez żadnych ograniczeń się uśmiechnąłem. To był szeroki, albo i jeszcze szerszy uśmiech.

Tak wyglądała pierwsza moja biegowa przygoda z rowerzystami. I do tego, jaka sympatyczna. Nawet teraz na jej myśl się uśmiecham. Od tego czasu lubię rowerzystów.

A oni mnie? Chyba też…

REKLAMA

2 myśli na temat “Wspomnienie rowerzysty

  • 17.01.2012 o 20:51
    Permalink

    Gratulacje. Ja z rowerami nawet nie próbuję rywalizować, bo to walka nierówna i z góry skazana na porażkę. Ale jak widać zdarzają się wyjątki.

    Ps. Bardzo fajny blog. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    • 17.01.2012 o 22:29
      Permalink

      Dziękuję 🙂 Wolną chwilą zajrzę do Ciebie. Widziałem sporo przepisów, więc może mnie coś zainspiruje, a nie tylko makaron i makaron 😉

      Pozdrowienia!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *