Wielka Improwizacja

Powód był tylko jeden: Chęć nabrania ochoty na bieganie. A jak to wykonać? A no tak, że po prostu wyjść z domu i pobiec przed siebie. Bez celu, bez z góry określonej trasy. Tak po prostu poddać się naturze. Niech ona zadecyduje, niech mi pokaże ścieżkę, którą mam biec, niech mi rzuca wyzwania, niech mnie prowokuje.

REKLAMA
A ja będę biegł. Tak po prostu. Bez patrzenia na tempo, tętno czy mijający czas. Tego mi było trzeba na tydzień przed ostatnim wielkim startem. Oderwania się od treningu i bawienia się bieganiem.

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Czyli prostą drogą w las. Ale zamiast lecieć swoją „standardową” pętlę pomyślałem, że może by tak pobiec prosto do ambon. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Nie zastanawiałem się czy i jak da się przeciąć obwodnicę ani czy dalej droga nie rozmokła po ostatnich deszczach. Po prostu pobiegłem. Droga okazała się dobra. Odkąd na niej byłem ostatnio nic a nic się nie zmieniła. No może w jednym miejscu nasypali ziemi i ją wyrównali, bo dziury się robiły. Droga im głębiej w las tym węższa. Ziemia i piach ustępowały miejsca trawie i błocie. Ale biegnie się dobrze.

Już prawie pod sam koniec ścieżki zobaczyłem, że coś się z przeciwka zbliża. Rower? Nie… Za duże na rower. Zmarszczyłem brwi i zacząłem się wpatrywać. Quad! No to super, ale jak się miniemy? Ścieżka w sumie akurat taka, aby się quadem zmieścić. A gdzie ja? Uśmiechnąłem się pod nosem. Może być śmiesznie. Tamten zwolnił. Ja zwolniłem. On zjechał na bok. Ja zbiegłem na bok. Minęliśmy się bardzo blisko siebie, ale też spojrzeliśmy sobie w oczy i przez krótką chwilę miałem takie wrażenie, że patrzy na siebie dwójka leśnych wariatów.

Niedaleko ambon w prawo. Dróżka zaczęła meandrować w zaroślach. Wokół pełno rudych paproci. Czerwone liście na młodych drzewach. Chylące się ku zachodowi słońce na niemal bezchmurnym i perłowym niebie. A jakby jeszcze tego było mało, założyłem tego dnia okulary z… pomarańczowymi szkłami. Widziałem całą paletę żółci, pomarańczy, czerwieni i brązów. Wszystko takie jaskrawe i wyraźne. Po prostu coś wspaniałego. Dawno nie widziałem tak pięknego lasu.

Wybiegłem na asfalt. To w którą stronę teraz? Hmmm… Ułamek sekundy zastanowienia i biegnę na Sokule. A dalej się zobaczy. Białą kapliczkę, do której biegnę widać z kilometra (a nawet z półtora kilometra), a ja zamiast o drodze myślę o… sam nie wiem o czym myślałem. Myśli chyba tak po prostu sobie błądziły.

Kapliczka. W prawo droga do lasu. W lewo dalej przez Sokule. Prosto przez pola na Działki. A gdzie prowadzi ta mała droga za kapliczką? Zanim sobie odpowiedziałem na to pytanie, już tą dróżką biegłem. Po lewej miałem rów, za którym była polna droga, którą znałem. A ja biegłem po tej nieznanej stronie. Droga mnie prowadziła zakosami przez łąki i poprzez niskie świerki. Dobiegłem do skraju lasu. Kurna mać. Chyba ślepa i będę wracał… A tu nie! Obiegłem dookoła brzozowy zagajnik, zobaczyłem znajomą polanę, ale też jakiś prześwit. No to pobiegłem nim. Prześwit zmienił się w dróżkę. Potem w drogę. Biegłem skrajem lasu. Znałem tą drogę. Nie biegałem nią nigdy, ale wiedziałem gdzie wypadnie. A przynajmniej tak mi się wydawało. I nie myliłem się.

Obiegłem kawałek lasu i z powrotem dobiegłem do polany, którą widziałem jakieś 2 kilometry wcześniej. Ciekawe czy da się przebiec z tej strony polany tak, by wrócić do tego brzozowego zagajnika? Wypatrywałem ścieżki i… wypatrzyłem. A jak wypatrzyłem to skręciłem. Wąsko, mokro i zielono. Ale nie to było najgorsze. Najgorszy był zachód słońca, który miałem idealnie na wprost. Przez kilkaset metrów kląłem na swoje pomarańczowe szkła w okularach, bo co jak co, ale pod słońce wolę biegać bez okularów. Pomarańczowe szkła dodatkowo rozjaśniają, a to, w takich przypadkach, no nie oszukujmy się, nie pomaga! W międzyczasie kilka razy gubiłem nogi w mniejszych lub większych dziurach. Dopiero jak zaczął się gęstszy las zacząłem znowu widzieć gdzie biegnę. I po czym!

Wybiegłem zgodnie z przewidywaniami na brzozowy zagajnik. Super! Mam nową ścieżkę biegową. Powrót wzdłuż rowu z powrotem do kapliczki. Potem nawrót dookoła niej i znowu wzdłuż rowu. Tym razem z drugiej strony. Polną drogą, którą już znałem. Znowu widzę najpierw brzozowy zagajnik a potem polanę. Znowu biegnę wzdłuż polany. Tylko, że tym razem jest to znajomy widok „zza rowu”. Dziwne uczucie, gdy się wie, że przed chwilą się biegało w tę i z powrotem po tamtej stronie.

Potem chwila standardowego przedarcia się przez obwodnicę. Przedarcia?! A kto powiedział, że mam się przedzierać. A może bym tak się przebiegł obwodnicą do wiaduktu. A raczej na wiadukt. Budowniczych nie ma, asfalt wylali no i będzie ładny kawałek podbiegu. No to pobiegłem! A pięknie się biegło. Cała szerokość drogi moja. I asfalt bez żadnej łatki. Równy jak stół. Nogi od razu szybciej pobiegły. Nie kazałem im. Same chciały.

Okazało się, że jak się już rozpędziłem to dobiegłem do wiaduktu, wbiegłem na górę, skąd był świetny widok na zachodzące słońce i pobiegłem dalej. Tak zachęcająco wyglądał ten asfalt z drugiej strony wiaduktu, że żal było zawracać. Taki równy, taki szybki. Ciekawe gdzie się kończy i dokąd budowniczowie ten asfalt wylali? Jakoś nie przyszło mi na myśl, że wylali do samego końca obwodnicy, że dalej już nie ma żadnych zjazdów i że będę musiał biec aż do samego węzła z autostradą. Węzeł notabene też jest w budowie i nie wiedziałem, na jakim etapie aktualnie robota stanęła. Ale kto by się takimi rzeczami przejmował?!

Więc pobiegłem, a fakt braku zjazdów dotarł do mnie jakieś półtora kilometra za wiaduktem. Kurza twarz! Trzeba by jakoś zbiec stąd i się do Wiskitek przebić.

Więc biegłem wypatrując jakiegoś zejścia, zbiegu, czegokolwiek, co nie było skarpą z wielkim rowem burzowym. Zbliżałem się do kolejnego wiaduktu. Ten stoi w poprzek nad obwodnicą. Był oczywiście w budowie, jak wszystko inne dookoła. Ale dzięki temu było tam też więcej ziemi. Tam nie było nasypu i rowu. Tam był piach. Żółty i sypki. Jako że nie było chyba nic lepszego do wyboru, dałem nura w ten piach. O żesz… Ale plaża. Nogi uciekały, co chwilę. I jeszcze te wielkie koleiny (czy koleiny od gąsienic to też koleiny?!). Ale, całe szczęście, daleko nie było. Wybiegłem najpierw na małą asfaltową wiejską drogę, a chwilę później biegłem już krajową 50.

Krajową 50. dobiegłem do Wiskitek. Pod kościołem zorientowałem się, że zaczyna się robić szarówka i po raz pierwszy tego dnia spojrzałem na zegarek. Godzina i dwadzieścia minut. Szybko jakoś! Nie mam bladego pojęcia ile kilometrów przebiegłem, ale czas wydaje mi się niezły. No nic. Koniec zabawy na dziś. Słońce zachodzi czas się zwijać do domu. Teraz już prostą, znaną i obieganą drogą.

I znowu, mając asfalt pod stopami, rozpędziłem się. Ale żeby nie było tak smutno do końca to jeszcze raz zboczyłem z drogi. Tym razem tak po prostu skręciłem w drogę przez pola.

Bo ja kocham tak biegać! Kocham tak improwizować!

REKLAMA

2 myśli na temat “Wielka Improwizacja

  • 10.10.2011 o 09:31
    Permalink

    Jak zwykle fajnie się czyta 🙂 Czytając przyszła mi na myśl sentencja z Forresta Gumpa „Odtąd jak gdzieś szedłem to biegłem”
    pozdrawiam

    Odpowiedz
  • 10.10.2011 o 22:56
    Permalink

    A widzisz… Ten cytat jeszcze mi się nigdy w głowie podczas treningu nie kołatał. Ale skoro napisałeś, to pewnie przy kolejnej takiej improwizacji mi się przypomni 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *