W poprzek przez Las Radziejowski

Budzę się. Słyszę, że pada. Słyszę krople deszczu uderzające w rynnę. Naciągam kołdrę na głowę, jakby to mogło zatrzymać deszcz. W końcu wstaję. Podnoszę rolety. Pada. Chodniki są mokre. Ulica jest mokra. Samochody są mokre. Wszystko jest mokre! No tak… Akurat dziś, kiedy nie mogę ociągać się z wyjściem na trening musi tak padać?!

REKLAMA

Wczorajszego wieczora plan był taki:

Jak widać, przejmując się deszczem i zmieniając coś w godzinie wyjścia na trening, rozwalałem cały ten misterny plan. Nie miałem, więc wyjścia. Ubrałem się i wybiegłem w deszcz.

Aby wracać do Żyrardowa od strony zalewu musiałem zrobić wybieganie na południe od miasta. Na południe znajdują się pola oraz Las Radziejowski – jeden z kilku kompleksów leśnych w rejonie Żyrardowa i kompleks, który choć bliski jest przeze mnie mało poznany. A że lubię poznawać nowe miejsca, wybrałem się właśnie do owego lasu. Celem było przebiegnięcie przez niego trasą Artura. Trasę tę Artur pokonał tydzień temu. Była ona częścią większej 30 kilometrowej pętli. Ja aż tyle w planie nie miałem, więc ograniczyłem się do pokonania Lasu Radziejowskiego kompletnie mi nieznaną trasą.

Najciekawsze w tym wszystkim było to , że nie przygotowywałem się do tej trasy jakoś specjalnie. Trasę obejrzałem tydzień temu na zdjęciach satelitarnych. Zapamiętałem, że tutaj się biegnie tak, a tam się skręca i potem biegnie w tamtą stronę. I to wszystko. Reszta została zwalona na karb mojej improwizacji i orientacji w terenie.

Pierwsze kilometry były paskudne. Nie lubię biegać w deszczu, kiedy jestem suchy, bo wtedy moknę. A kiedy już zmoknę, to jest mi wszystko jedno. Mokłem przez pierwsze 2km. Potem byłem już tak przemoczony, że przestało mieć to jakiekolwiek znaczenie.

Początek trasy standardowy – do torów i skrajem lasu. Biegłem tak samo, jak Artur tydzień temu. Biegłem tak samo, jak zawsze biegam na magistralę. Bo tak się składa, że moja trasa i Artura trasa, to dokładnie ta sama trasa. To jedyna boczna, leśna droga do Korytowa.

Las Radziejowski - w deszczu

W Korytowie wzdłuż drogi krajowej i przy skraju lasu w lewo. Chwilę później w prawo i byłem w Lesie Radziejowskim. Las powitał mnie po swojemu. Ledwo minąłem pierwszy szlaban i utopiłem but w kałuży. Drugiego nie utopiłem, ale biegnąc po mokrej trawie też dosyć szybko puścił wodę.

Za Pisią Gągoliną mały podbieg, kawałek po płaskim lesie i dobiegłem do magistrali. To tu bardzo często robię podbiegi. Zerkam na zegarek ? poniżej 43 minut. Żwawo! Zawsze liczyłem sobie 45 minut na dotarcie do magistrali, a tu proszę… Niespodzianka!

Zbiegam w dół po płytach. Przebiegam pod mostem i wdrapuję się z powrotem na górę tylko po drugiej stronie nasypu. W połowie zwalniam i patrzę w prawo. Tu zaczyna się ścieżka, którą zawsze mijałem, a którą prowadzi trasa Artura sprzed tygodnia. Więc co?! Więc hyc w bok w nieznaną ścieżkę.

Ścieżka powitała mnie zwalonym w poprzek drzewem, które musiałem przeskoczyć. A potem było sympatycznie. Poczułem taką trochę dzicz, bo widać, że ludzie się tu często nie zapuszczają. A poza tym widzę tą ścieżkę pierwszy raz.

Łąką na Hamerni pojawia się szybciej niż przypuszczam. W deszczu wygląda bardzo ładnie. Mijam szlaban, przebiegam przez asfaltową drogę i znowu pakuję się w las.

Mam biec prosto, więc biegnę. Ta ścieżka nie chciała być gorsza od poprzedniczki, wiec skoro tamta powitała mnie zwalonym drzewem, to ta – kupą potłuczonych płyt chodnikowych i innych kamieni. Tego się nie dało przeskoczyć. To trzeba było obiec bokiem.

Potem prosto. Cały czas prosto. Mijam pierwsze skrzyżowanie. Mijam drugie skrzyżowanie. Zastanawiam się, gdzie jest skrzyżowanie z jedyną znaną mi w tym lesie drogą. Zanim się zastanowiłem, to do tego skrzyżowania dobiegłem. Trasa Artura prowadzi nadal prosto, ale wiem, że ma zakręcać po jakichś przecinkach czy młodnikach, wiec trochę się boję, czy znajdę drogę. Wariant powrotu znajomą drogą kusił, lecz ostatecznie nie skusił.

Las Radziejowski - trasa wybiegania

Pobiegłem prosto. Wypatrywałem ścieżki, w którą powinienem skręcić. Widząc jakieś małe ścieżynki wiedziałem, że to na pewno nie tu. Czekałem na tą odpowiednią. I doczekałem się. Widząc, że na wprost ścieżka zarasta, a w prawo prowadzi względnie dobry szlak wiedziałem, że to musi być tutaj. I było.

Kluczyłem zygzakiem po lesie, ale ścieżka nie znikała. Było mokro, ale nie przeszkadzało mi to. Napatoczyłem się w międzyczasie na sarnę, aż wybiegłem na skraj sporej wycinki. Jest dobrze! Tą wycinkę pamiętam ze zdjęć satelitarnych. Pobiegłem jej skrajem.

Zgrzyt miałem na jej końcu. Bo miało być prosto a mam rozstaje. Prawo czy lewo. Wybrałem, niestety, prawo.

Efekt był taki, że znowu biegłem skrajem wycinki. Gdy się zorientowałem, że nie tędy droga, zamiast zawrócić, skręciłem przy pierwszej okazji w lewo. A potem znowu w lewo. W końcu, kiedy znalazłem się na wielkiej szerokiej leśnej drodze ze znakiem „ograniczenie do 30km/h” zgłupiałem. Nie wiedziałem gdzie jestem. Nie chcąc kręcić się w kółko pobiegłem prosto w najbardziej zarośniętą ścieżkę.

Ścieżka naprawdę była zarośnięta. Rosło tam zielsko wszelakie, choć dało się biec. Najgorsze były pokrzywy. Smyrały mnie po kolanach aż miło. Dobrze chociaż, że miałem skarpety kompresyjne i obcisłe spodenki na udach. Przebiłem się przez pokrzywy i kiedy między drzewami widziałem już koniec lasu, ścieżka stała się nie do przejścia. Skręciłem… w lewo. Obiegałem na przełaj jakieś młodniki. Trzymałem się płotów, bo tam las był wykarczowany i dało się przedzierać. Przy kolejnym młodniku, miałem już serdecznie dosyć tych krzaków i kiedy tylko zobaczyłem pierwszą lepszą ścieżkę to, od razu nią pobiegłem. Zamurowało mnie dopiero, kiedy okazało się, że wróciłem do wycinki. Zrobiłem koło i znowu byłem na rozstajach.

Wyjścia były dwa: albo wracać po własnych śladach albo wybrać lewo. Wybrałem lewo i tym razem miałem rację. Droga, choć zarośnięta była przyzwoita i dosyć szybko wyprowadziła mnie z lasu. Byłem niemal pewien, że to właśnie tędy powinienem od razu pobiec. Jak się później okazało dokręciłem do trasy Artura całkiem niezłe ?ucho?.

Las Radziejowski - trasa Artua a moja

Za lasem czekała kapliczka i kolejne rozstaje. To tutaj nasze drogi się rozchodziły. Trasa Artura prowadziła prosto. Moja, w lewo.

Więc pobiegłem w lewo. Dosyć szybko potwierdziło się, że jestem na Podlasiu, a chwilę później, że zbliżam się do magistrali kolejowej. Wreszcie poczułem też trochę asfaltu pod stopami. Było lżej a przede wszystkim spokojniej, bo wiedziałem gdzie jestem. Teraz powstał inny problem: Czy zdążę na Maraton Pływacki? Nie miałem pojęcia, więc podkręciłem tempo.

Maraton zaczynał się o 12:00, a kiedy wybiegłem na główny asfalt w Korytowie, była godzina 11:40. Zostało mi 20 minut. Szacując, że do zalewu zostało mi jakieś 3km byłem niemal pewny, że zdążę na czas. Choć prawdopodobnie na styk.

Na szczęście nie było na styk. Nad Zalew Żyrardowski wpadłem dosłownie za pięć dwunasta, ale zawody się jeszcze nie zaczęły. Tym razem pomógł mi deszcz. Przestawał padać, a to dawało szanse na przeprowadzenie zawodów bez deszczu. I na to właśnie czekali organizatorzy.

Doczekali się. 20 minut po godzinie 12 przestało padać.

Rozpoczął się III Maraton Pływacki Zalewu Żyrardowskiego.

REKLAMA

Jedna myśl na temat “W poprzek przez Las Radziejowski

  • 26.08.2012 o 20:51
    Permalink

    Z opisów i z mapy widać, że masz sympatyczne i rozległe biegowe tereny w pobliżu domu 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *