Ulewa

Nie wiem dlaczego, ale bardzo często podczas biegania jestem takim, w pewnym sensie, masochistą. Im gorsza pogoda, i im cięższe warunki, tym lepiej. Co to za zabawa biegać w sterylnych warunkach? Zawsze w czystych bucikach i niemalże wyprasowany w kant. Tak to można, ale w szachy co najwyżej.

REKLAMA

Podczas biegania lubię się czasami upodlić i dosłownie zmieszać z błotem. Może to pochodna tego, że zawsze zaczynałem biegać porą jesienno-zimową lub wręcz zimową. W zimie, podczas śnieżyc lubię biegać, bo to jest próba charakteru. Wiosną już nie ma śniegu, ale pada deszczyk. I autentycznie miewam tak, że czasami nawet bym chciałby ten deszcz spadł i żebym zmókł.

Któregoś ładnego, choć pochmurnego dnia, wyszedłem na kolejny bieg. Postanowiłem zrobić agrafkę do sąsiednich Wiskitek. Trasa znana bardzo dobrze i w znakomitej większości asfaltowa, choć jakiś kilometr przez las przebić się trzeba. Nad lasem wiszą ciemnosiwe chmury, z których może padać, ale te chmury wiszą już tam od samego rana, więc nie ma się, co martwić.

No tak? Nie było się o co martwić przez pierwszą ćwiartkę agrafki, bo wtedy jeszcze nie padało. Tak koło półmetka drogi do Wiskitek zaczęło mi kropić na daszek czapki. Niech sobie kapie. Z każdym metrem kropiło mocniej. Niech kropi. Wbiegając w Wiskitki padał już równiutki deszczyk, a ja czułem, że przemakam. Nie poddając się deszczowi dotarłem do rynku w Wiskitkach. Tam to już nie była mżawka, to już nie deszczyk, tylko porządny deszcz. Momentalnie pojawiły się kałuże. Tego było już za wiele. Schowałem się pod daszek.

Daszek daszkiem, ale jak zacina, to i tak na mnie pada. A padać nie przestaje. Niebo, w którą by nie spojrzeć jednolicie siwe. Żaden horyzont nie daje nadziei na, chociażby małą, poprawę. Przestałem się ruszać i zacząłem marznąć. Myślę sobie: ?Mam do domu jakieś 5-6 km. W tym deszczu będą jaja.?. Ale miałem jakiś wybór? Dzwonić po brata z samochodem? No skąd?! Ja mam go fatygować tylko z powodu jakiegoś deszczu. Co to, ja jakiś mięczak jestem albo z innego cukru? O nie, tak nie będzie! Niedoczekanie wasze!

Fakt, nigdy nie byłem taki kawał od domu w takim deszczu, ale przecież da się dobiec nawet i w takich warunkach. Im dłużej myślałem, tym bardziej mi ciarki z zimna spacerowały po plecach. No nic. Żegnaj daszku lecę do domu.

Wybiegłem w deszcz. Na początku było ciężko, bo jednak z jakiej strony bym do sprawy nie podchodził, to nie było w tym bieganiu nic komfortowego. Kałuż już tyle, że nie ma sensu ich omijać, bo albo bym co chwilę musiał skakać, albo biegać takimi zakosami, że szkoda gadać. W butach momentalnie też zrobiły się kałuże. Mała różnica, bo z którejś strony buty musiały puścić wodę, jak nie z kałuż, to by rozmiękły od deszczu. Ale nic to, organizm się rozgrzał i już nie jest mi zimno. Można w miarę równo biec przed siebie.

Zbliżam się do Żyrardowa. Ostatnia przeszkoda przed swoim osiedlem to las, który się zbliża coraz bardziej. W poprzednią stronę było sucho, ale teraz boję się myśleć. O ile na asfalcie, głównym problemem były kałuże, to tam po półgodzinie deszczu pewnie jest błotna breja. Tym bardziej, że robią obwodnicę i regularnie rozjeżdżają leśne drogi.

Wpadam w las od razu w błoto. Teoretycznie powinno mniej padać no i mniej pada, choć to, czy dalej moknę, przestało mnie interesować już dużo wcześniej. Chcę dobiec do domu. Buty szybko pokryły się warstwą błota. Tutaj już muszę od czasu do czasu skakać, ale wprawę widać mam, bo ani razu nie leżałem. To już była by kompletna masakra, jakbym jeszcze w tym błocie zaliczył glebę. Przedarłem się przez las i wybiegam na znajomy asfalt.

A deszcz? A deszcz zrobił niespodziankę i zmienił się w ulewę. Ulica zmieniła się w rzekę, a cały świat w jeden wielki wodospad. Pięknie. Może, to głupie, ale uśmiecham się wbiegając w tą ścianę wody. Został ostatni kilometr i już nic mnie nie zatrzyma. Niech pada, niech leje, aby mocniej. Patrzę jak krople na kałużach wzburzają bąble z wody. To znaczy, że leje. Nikogo nie ma na ulicy. Miasto opustoszało bardziej niż w jakiejkolwiek, nawet najczarniejszą noc. Nawet nie mija mnie żaden samochód. Ba! Nawet nie widzę żadnego jadącego samochodu na jakiejkolwiek z poprzecznych ulic. Nawet autobusów na pętli nie ma.

Już prawie pod domem, widzę faceta w długim eleganckim i zapewnie nietanim płaszczu przemykającego się do samochodu. Nie wiem, co pomyślał widząc twardo biegnącego, zmokniętego, ale uśmiechniętego gościa, ale na tyle pomyślał, że uchylił szybę w tej ulewie i krzyknął do mnie: ?To nie lepiej w domu??. Ja, nadal z rozbrajającym uśmiechem, odpowiedziałem: ?Od pół godziny biegnę do domu!?.

W końcu dopadłem drzwi. Teraz trzeba się dosuszyć i po raz pierwszy w dzienniku treningowy w rubryce opady wpisać ?ulewa?.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *