Ucieczka przed burzą

Wrześniowy wieczór. Taki sam jak ten wczorajszy i prawdopodobnie taki sam, jaki będzie jutro. Nie za zimno, nie za ciepło. Lekki wiaterek i chmurki przemykające gdzieś tam na coraz bardziej zaciemnionym niebie. Dobry czas na bieganie. Dobry jak każdy inny.

REKLAMA
Rano, z racji niedawnego maratonu i chęci organizmu do regeneracyjnego snu, nie udało się pobiegać. Zwyczajnie swój treningowy czas przespałem. Nie mam z tego powodu wyrzutów. Idę teraz, wieczorem.

Wybiegłem z domu. Trzy i pół minuty później wbiegałem już do lasu. Kierunek – przydrożny krzyż. Trasa znana i obiegana do znudzenia. W lesie szarówka. Widoczność taka sobie, ale nie gnam, tylko truchtam sobie powoli. Gorsza widoczność mi nie przeszkadza. Przetruchtałem się przez obwodnicę. Szarówka coraz większa. Drzewa nieco gęściej. Zrobiło się strasznie. Żołędzie zaczęły spadać. Sam żołądź jak żołądź, krzywdy nie zrobi, nawet jak mnie w głowę trafi, ale gdy biegnie się wieczorem przez las, a dookoła słychać raz z jednej raz z drugiej strony szelest liści… Niby wiadomo, że to żołędzie spadają… Ale… Wyobraźnia… Nie śpi…

Do krzyża dobiegłem w 22 minuty. Wolno. Standardem jest czas około 20 minut. Ale przecież jestem po maratonie. Ma być spokojnie. Skręcam w równą, ładną szutrówkę przez las.

Biegnę powoli. Nagle się błysnęło. Idealnie na wprost, niebo z góry do dołu przecięła błyskawica i na krótką chwilę stało się jasno jak w dzień. Pół sekundy później znowu było ciemno, a ja się czułem jakbym nieostrożnie, bawiąc się aparatem, błysnął sobie fleszem po oczach. To była błyskawica? A może mi się tylko zdawało? Może umysł mi jakiegoś bzika sprawił? Przez kilka kroków się zastanawiałem aż potężny grzmot rozwiał moje wątpliwości. Oczy przyzwyczaiły się znowu do ciemności. Ciemności… Już nie było szarówki. Wyglądało jakby nagle zrobiła się noc.

Nie będę biegł całości pętli. Skręcę zaraz w stronę miasta i wracam najkrótszą drogą. Nad taką decyzją nie musiałem się zastanawiać.

Nie dobiegłem do skrętu. Drugi raz piorun uderzył. Może mniej efektownie, ale na pewno bliżej. Cholera! Gdzie ten zakręt?! Droga zaczęła mi się dłużyć.

Nagle lunęło! Bez ostrzeżenia. I bez ograniczeń. Lunęło jakby w chmurach puściły jednocześnie wszystkie zawory. Przyśpieszyłem. Już bez kalkulacji. Aby jak najszybciej dostać się do domu. W wyczekany zakręt wchodziłem niemal na pełnej prędkości. A z nieba lało! I grzmiało! Coraz bliżej i bliżej! Nie musiałem liczyć sekund od błysku do grzmotu. Przerwy skracały się w niesamowitym tempie. Dobrze, że znam tu każdą dziurę w drodze, więc mogę zasuwać. I zasuwam. A z nieba lało! I waliły pioruny!

Jakieś pół kilometra przed obwodnicą błysnęło tak, że serce mi do gardła podskoczyło. Podwójny czy potrójny błysk, prawie jak stroboskop w dyskotece i grzmot sekundę później. Przez krótką chwilę błysku widziałem wszystkie kamienie, liście i cały swój cień zatrzymany na chwilę na mokrej ziemi. Uderzyło bardzo blisko. Mam burzę nad głową. Cholera! Boję się! Staram się nie myśleć, że też jestem celem i że właśnie mam większą szansę na trafienie piorunem niż na kumulację w lotto. Biegnę najszybciej jak mogę.

Przez te oślepiające błyskawice i nieprzerwaną ścianę wody niemal nie widzę gdzie biegnę. W dodatku jest totalnie ciemno, co szczególnie widzę po uderzeniu błyskawicy. A raczej nie widzę, bo na kilka chwil ślepnę niemal całkowicie. Dopiero po sekundzie znowu coś widzę. Coś. Jakieś rozmazane kształty. Nawet lasu, przez który pędzę dobrze nie widzę. Jedna wielka czarna plama. Totalne szaleństwo gnać tak po omacku. Ale nie chciałem się zatrzymać. Nawet zwalniać nie próbowałem. Tylko gaz, gaz i gaz?

Za obwodnicą kałuże. Nic nowego. Tutaj wyjątkowo szybko się robią. Może i bym pomyślał, aby zwolnić gdyby nie kolejne pioruny uderzające gdzieś w pobliżu. W pierwszej kałuży utopiłem lewą stopę. W drugiej prawą. Czuję, że się zabryzgałem błotem po kolana. A co mnie to obchodzi?! Jeszcze kawałek i będę w Żyrardowie. Wpadam w kolejne kałuże, ale jakoś udaje się ustać na nogach i biec dalej. Wybiegam z lasu. Jakby mniej padało. Lecę w stronę pętli autobusowej. Może się w autobusie schowam? Nie ma żadnego! No żesz? No to może w sklepie? Może otwarty będzie? Był!

Wpadłem do sklepu robiąc małą sensację. Upaprany w błocie, cały mokry i z wywieszonym jęzorem musiałem wyglądać interesująco.

– Widzę, że ktoś tu zmókł – słyszę z ironią od sprzedawczyni.

„Deszcz jak deszcz, ale nie mam zamiaru robić za piorunochron” – pomyślałem.

– Jak wychodziłem to nie padało – odpowiedziałem i stanąłem przy oknie patrząc na kolejne błyskawice. Pioruny uderzały, co chwilę. Ale burza powoli odchodziła. Najgorsze już przeszło. I to dokładnie wtedy, kiedy uciekałem z lasu…

REKLAMA

2 myśli na temat “Ucieczka przed burzą

  • 01.10.2011 o 12:09
    Permalink

    Czytając ten wpis umacniam się w przekonaniu że masz talent do opisywania treningów i zawodów. Czekam na więcej.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *