Tatry – pierwsze spotkanie

Bardzo dobrze że nad Morskie Oko zajechaliśmy późnym wieczorem. W ciemnościach widziałem tyle co w piwnicy po zgaszeniu światła. Dopiero rano okazało się, że piwnica zbudowania jest z gór a na jej dnie znajduje się Morskie Oko.

REKLAMA

Dlatego też „Efekt WOW!” nastąpił rano. Widoku jakim powitało nas o poranku Morskie Oko nie zapomnę. Mięguszowiecki Szczyt wznosił się niczym pionowa ściana nad gładkim jak lustro jeziorem. Wszystko to w słabym porannym świetle i w czarno-białych odcieniach…

To jedna z rzeczy których nie da się opisać a które trzeba zobaczyć.

Mieguszowiecki Szczyt i Morskie Oko

W tym właśnie miejscu, w schronisku nad brzegiem samego Morskiego Oka miałem okazję spędzić trzy dni i dwie noce.

Schronisko

Internety podpowiedziały mi, że schronisko założone zostało w 1908 roku i działa nieprzerwanie od tej pory. Bardzo miłą gospodynię schroniska mieliśmy okazję poznać już pierwszego dnia. Pozostałą cześć obsady schroniska już podczas pierwszej kolacji.

Schronisko PTTK nad Morskim Okiem

Po schronisku można się było spodziewać wielu rzeczy. Spodziewałem się, że części wygód nie będę miał. Spotkało mnie natomiast całkiem miłe zaskoczenie. Łóżka wygodne. W łazienkach suszarki do butów, aż dwa gniazdka z prądem w pokoju i prysznic. Prysznic jeden na całe schronisko, ale ten jeden w zupełności wystarczał. Wracając z treningu był niezłą motywacją aby nie ociągać się i nie czekać na resztę, a być w schronisku kiedy jeszcze nie zacznie tworzyć się kolejka pod prysznic.

Gdzie biegać?

Apropos biegania. W ciągu trzech dni nad Morskim Okiem mieliśmy zaplanowany jeden wspólny trening, ale znalazłem też czas aby zrobić swój trening. Z perspektywy czasu był tym lepszym z dwóch.

Nie był natomiast zbyt ambitny pod kątem organizacji. Miałem jakąś godzinę. W górach leżał śnieg i wyglądały tak, że sam ich widok budził respekt. Nie odważyłbym się sam pójść w góry a co dopiero jeszcze w nich biegać.

Droga do Morskiego Oka

Pobiegłem więc jedną jedyną utwardzoną drogą w dół. Mając godzinę do dyspozycji postanowiłem że w dół polecę jakieś 20 minut a potem zawrócę. Pod górę będzie wolniej więc powinienem się wyrobić.

Jak pomyślałem tak zrobiłem. Droga w dół zajęła mi 20 minut i zrobiłem jakieś 4 kilometry. Gdybym chciał to przy takim spadku można było się tak rozpędzić że nawet i pięć bym zrobił. Nie chciałem przesadzać. Pod górę było oczywiście wolniej ale i tak 28 minut to był całkiem niezły czas. Na dole nie myślałem, że pod górę uwinę się w mniej niż 30 minut.

Takie zbieganie to też trening w trzech różnych strefach klimatycznych. Na górze i przez pierwszy kilometr miałem śnieg. W koleinach ubity ale śnieg. Speedcrossy dawały sobie w nim radę doskonale. Jakiś kilometr, półtora kilometra dalej zaczęła się śnieżno-wodna paćka. Po niej biegało się najgorzej. Było ślisko. Kolejny kilometr-półtora dalej asfalt robił się czarny. W miejscu gdzie zawracałem, ponad 200 metrów w pionie niżej niż schronisko asfalt był niemal suchy.

Droga do Morskiego Oka - sucha

Na szlaki w górę się nie wybrałem. Nie ten moment, nie ten czas, a sam widok wysokich gór wywołuje pokorę. To nie miejsce gdzie można sobie ot tak wejść czy pobiec. Tym bardziej, że wszytko pokryte było luźnym śniegiem. Nie jestem przygotowany. Nie dziś.

Może następnym razem.

REKLAMA

Jeden komentarz

  • Andrzej
    02.11.2017 at 10:56
    Permalink

    Kocham Tatry 🙂 Mogłbym stamtąd nie wyjeżdżać.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *