Sylwestrowa kontuzja

Pewnie już każdy wie (lub powinien wiedzieć), że biegając lubię sobie utrudniać życie. Czasami tylko zdarza się, że to utrudnianie przybiera taką formę, że gdyby mi ktoś coś takiego zaproponował jeszcze przed wyjściem na dwór, to powiedziałbym, że oszalał. A jak ja wpadam na taki pomysł w trakcie biegu, to najczęściej go realizuję bez zastanawiania się nad konsekwencjami.

REKLAMA

Gleby w błocie, piachu, śniegu oraz na lodzie, piach i woda w butach, zamarznięte buty, którymi można okno wybić to tylko pierwsze przychodzące do głowy. Niczego mnie nie nauczyły, bo ja po prostu lubię takie sytuacje i urozmaicenia. Dziś też sobie urozmaiciłem. Oj, bardzo sobie urozmaiciłem. Tylko, że dziś po raz pierwszy urozmaiciłem sobie tak, że bieg skończył się po niecałych 15 minutach? Potem, było jeszcze ponad pół godziny mordęgi, ale może od początku.

Przerwa świąteczna to w moim przypadku czas siedzenia w domu. No, może nie tyle siedzenia w domu, co nie chodzenia do roboty. Więc wyszedłem pobiegać rano… tfu… przed obiadem. A z resztą, niech sobie każdy pomyśli, co mu wygodniej. Była dokładnie dwunasta w dzień, czyli samo południe. Miało być rozbieganie i z taką myślą ruszyłem w stronę lasu. Mogę biegać w dzień, więc dlatego do lasu. Wieczorami się nie da, to muszę korzystać.

Dobiegłem do krzyża. Tego przy dawnej drodze na Wiskitki, jakby się kto pytał… Musiałem się przedostać przez obwodnicę. Nic nowego ? niemal zawsze jak biegam po lesie, przebiegam na jej drugą stronę. Miałem wybór. Mogłem dać w prawo. Tam będzie mniejsza dróżka, wijąca się między drzewami, która doprowadzi mnie do rury melioracyjnej. Rura jest na tyle duża i na tyle dostępna, że stanowi jedno z lepszych i na pewno bardzo oryginalne, miejsce na przecinanie obwodnicy. Alternatywą dla rury był skręt w lewo i przebiegnięcie się po nasypie obwodnicy aż do luksusowego przejścia na drugą stronę. W sumie w obie strony do przejść miałem jednakowy kawałek. A mi strzeliło do głowy, by zobaczyć jak to wygląda jak pobiegnę prosto

Wiedziałem, że obwodnica jest w dole, a po obu jej brzegach są nasypy. No i wiedziałem, że w tym rejonie nasypy od strony lasu może nie są wysokie, ale od wewnętrznej strony są i to nawet nie tyle wysokie, co strome. Wiedziałem też oczywiście, że w tym miejscu nasypy od środka, czyli od tej strony, co będą rowy przydrożne, wyłożone są plastykową matą. Wszystko to wiedziałem, a mimo to wbrew wszelkiej logice i racjonalizmowi, pobiegłem na wprost.

Dawna droga za krzyżem została, delikatnie mówiąc, zaorana, ale to nic. Dobiegłem do obwodnicy i stanąłem na nasypie. Poziom obwodnicy miałem jakieś 2 metry niżej. Będzie wesoło ? pomyślałem. Jak się dostać na dół? Zbiec? Po plastykowej macie pokrytej śniegiem? Samobójstwo! Połamane nogi jak nic!

Należy dodać tu jeden szczegół. Koncepcję jak się dostać na dół po tej macie, już kiedyś przerabiałem. Jak? Zjeżdżając po niej jak na placu zabaw. Jak na zjeżdżalni. Tak też zrobiłem. Hamowanie miałem bardzo dobre, bo zatrzymał mnie śnieg nawiany i napadany do przyszłego rowu. Kiedyś było gorzej, bo jak nie było śniegu, to trzeba było bardziej uważać na lądowanie. Teraz przynajmniej było miękko. No nic. Lecimy dalej.

Przebiegłem w poprzek przez obwodnicę do drugiego nasypu. Jeszcze zanim zjechałem na dół, przyuważyłem miejsce po drugiej stronie, gdzie nasyp jest minimalnie niższy. Tam też dobiegłem. Kurka wodna, będzie ciężko. Stałem tak chwilę dochodząc do wniosku, że to chyba nie był najlepszy pomysł. No nic. Zrobiłem kilka kroków w tył, aby mieć jakiś rozbieg. Zacząłem to muszę skończyć! Rozbieg w stylu skoczków wzwyż, czyli po lekkim łuku. Skoczyłem z rozbiegu na nasyp. Przyczepności na tym cholernym plastyku nie udało się praktycznie złapać żadnej. Ale dostać się udało! Górna część ciała jest na nasypie. Nogi się zaraz wciągnie. Wczołgałem się, wstałem i spojrzałem za siebie. No tak! Tylko ja potrafię biegać po nasypach na azymut.

Ruszyłem biegiem dalej. Zrobiłem kilka kroków i poczułem jakby mi ktoś wbijał nożyczki w kolano. O żesz… Przerwa na marsz. Uszedłem ze 100 metrów, czas stop i przerwa. Uwaliłem się w śniegu. Kolano wygląda jak kolano, ale nawet siedząc, przy zginaniu boli. Coś jakby łękotka czy coś w jej pobliżu. No ładnie! Nie ma sensu biec, bo je całkiem rozwalę. A jaka jest najkrótsza droga do domu? Prosto przez obwodnicę… Zjechać może i by się dało, ale wdrapać się po drugiej stronie na pewno nie. Nie z takim bólem.

Leśna droga zimą

Idę dookoła. Ta…. idę…. boli jak skurczybyk. Idę najkrótszą drogą do ?normalnego? przejścia przez obwodnicę. Ścieżka mało luksusowa i zawalona śniegiem. Trzeba nogi wyżej podnosić, a to z uszkodzonym kolanem, takie proste nie jest. Droga ciągnie się niemiłosiernie. Byle tylko nie rozwalić kolana doszczętnie. Byle się dowlec do domu, zawinąć kolano w mrożonki, siebie w ciepły koc i popijać gorącą herbatę.

Mam czas na przemyślenie swojej głupoty. I mam za swoje! Zawsze się pakuję w najbardziej ryzykowne miejsca i się doczekałem. Jest trzy dni przed Sylwestrem, więc w tym roku już mam na pewno pobiegane. Ciekawe za jaki czasu kolano dojdzie do normy? Cholera!

Zanim wyszedłem z lasu, juz porządnie zmarzłem. Słońce niby świeci, ale jak to wyżowa pogoda ? słońce i mróz. A tego było jakieś -10 stopni. Jedne spodnie, jedna bluza, a ja już lekko rozgrzany. Wlokę się dalej kulejąc. Zimno mi nie jest nic a nic. Kolano nie daje mi szans na zawracanie sobie głowy mrozem. Wracając na osiedle kolano jakby mniej bolało. Strzelam, że do od równego podłoża, bo jak tylko chcę zgiąć je bardziej to znowu jest to samo.

Przy domu już ledwo palcami ruszam. A rękawiczek ani na chwilę nie zdjąłem. Grubo ponad pół godziny spaceru w lekkich ciuchach po mrozie. A tu jeszcze trzeba klucze wyjąć, drzwi otworzyć…

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *