Sylwester w Puszczy Kampinoskiej

Jak biegacze mogą uczcić koniec roku? Najlepiej Biegiem Sylwestrowym. A jak nie ma żadnego pod ręką? To sami sobie taki bieg zorganizują. Gdzie? Na przykład w Kampinosie! Dystans: półmaraton. Dzięki temu na pytanie: „Co robisz w Sylwestra?” można z czystym sumieniem odpowiadać, że: „połówkę w Kampinosie”. Niech inni to sobie interpretują.

REKLAMA
Do Puszczy Kampinoskiej udały się dwie ekipy Bezimiennych. Zachodnia z Pruszkowa i wschodnia z Rembertowa. Obie w sile 4 biegaczy. Łącznie miało być nas 8 osób – i tyle było. Znaleźliśmy się w rejonie pętli autobusowej Truskaw na skraju Kampinoskiego Parku Narodowego.

Trasa była zaplanowana na 22 kilometry. Taka została wstępnie zaakceptowana kilka dni wcześniej i do takiej nikt nie zgłaszał krytycznych uwag. Przewodzić miał nam Jarek, który obiecywał półmaraton po lesie z kilkoma „zdrowymi” podbiegami.

Jeszcze nim ruszyliśmy, zaczął padać śnieg. Taki wielki, gruby i mokry – najpiękniejszy rodzaj śniegu, jaki może być. Wszystkim się od razu buźki zaczęły uśmiechać. Jarek obiecywał też śnieg, ale że aż taki, byliśmy zaskoczeni. Po krótkich przygotowaniach, wyruszyliśmy na trasę.

W las wbiegliśmy niemal od razu. Pierwsze kilometry biegliśmy w tym pięknym, grubym śniegu. Momentalnie zrobiło się biało pod nogami. Jarek prowadził, a ja, mimo że nie miałem zamiaru się żyłować, dołączyłem do grupy prowadzącej. Piękne były momenty, kiedy biegnąc obok siebie, dobiegaliśmy do rozwidlenia dróg, a Jarek cały czas patrząc się na GPS, w ostatniej chwili mówił: „w lewo” i jednocześnie skręcał.

Jednak w pewnym momencie zaczęliśmy się gubić. Jarek zaczął się gubić. Dobiegliśmy do zabudowań. Tego w planie chyba nie było. Wybiegliśmy na jakąś asfaltową drogę. Jej w planach na pewno nie było. Zanim Jarek wymyślił jakiś powrót, skręciliśmy w las, w pierwszą lepszą dróżkę. Chwila przez las gęsiego wąską ścieżką i znowu zabudowania. Miałem wrażenie, że kręcimy się w kółko.

W końcu Jarek krzyczy, że wracamy! Że teraz to już kompletnie źle biegniemy. Zatrzymujemy się na chwilę. Jarek prowadzi nas skrótami po mchu i śniegu, ale w końcu wracamy na szeroką leśną drogę i po kilku minutach, widzimy na świeżym śniegu własne ślady. Wróciliśmy z powrotem na tą samą drogę, co na początku.

Znowu z niej skręciliśmy. Tym razem już w dobrą stronę. Znowu pojawiły się zabudowania, ale tak miało być. Skręcamy w las. Teraz mamy przed sobą długą prostą. W międzyczasie, śnieg przestał padać.

Droga meandruje po coraz gęstszym lesie. Jako że droga składa się z dwóch czy trzech dróg, biegnących obok siebie i splatających się, biegniemy jak komu wygodniej. Jedni wyżej, inni niżej. Ja się trzymam swojej koleiny. Mija nas jakiś biegacz z naprzeciwka. Grupa, która biegnie z tyłu, zaczyna nas stopować, żebyśmy nie narzucili zbyt szybkiego tempa. Ja, mimo że staram się ograniczać, to i tak wyrywam do przodu i cały czas biegnę w pierwszej grupie. Kolano nie boli.

Dobiegamy do szerokiej drogi z tablicą informacyjną. Teraz wiem, że była to droga na cmentarz w Palmirach. Wtedy zdawałem się na kropkę na GPSie, czyli na Jarka. Swoją drogą, w roli kropki sprawował się całkiem nieźle. Kropka mówiła żebyśmy skręcili w lewo.

Więc skręciliśmy w boczną drogę. Przebiegliśmy obok śródleśnej polany z ławkami i zaczął się bardziej urozmaicony teren. Znowu gęsiego, bo inaczej się nie dało. Chwilę później szerzej, ale pod górę. Zaczęły się podbiegi, choć to jeszcze nie jest TO. To jeszcze nie te, o których była mowa na początku, ale po sypkim piachu, więc dawały się odczuć. Im głębiej w las tym droga coraz bardziej urozmaicona. Zaczynam się zastanawiać nad swoim kolanem. Trzymało się dzielnie, ale czy podoła do samego końca?

Potem trasa znowu się spłaszczała i dobiegliśmy do pomnika. Mięliśmy wybór: albo pobiec prosto i kontynuować zaplanowaną trasę, albo skręcić i ją nieco skrócić. Pętla, którą byśmy ominęli, to jakieś 3-4 kilometry. Moje kolano trzymało się dobrze, nikt inny też nie zgłaszał uwag, więc minęliśmy pomnik i pobiegliśmy dalej. Dobiegliśmy do skraju lasu. Nie obeszło mnie to specjalnie, ale to był przeciwległy skraj puszczy. Znowu było za szybko, znowu nas stopowali, aż w końcu na chwilę całkowicie stanęliśmy. Chwila na uzupełnienie płynów i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Sylwestrowy trening w Puszczy Kampinoskiej

Znowu wbiegliśmy w las. Zostałem w grupie z tyłu. Nie chciałem się przeciążyć, no i chciałem zamienić kilka słów z tymi znajomymi, którzy biegli z tyłu. A nie tylko z przodu i do przodu. Rozmawiając, biegliśmy środkiem szerokiej przecinki. Wokół pełno brzózek i dwa doły. Jak po bombach, minach, sam nie wiem. Dwa głębokie, idealnie okrągłe leje. W Puszczy Kampinoskiej toczyły się walki podczas drugiej wojny światowej, więc to bardzo możliwe. Skręciliśmy jeszcze raz, aż w końcu zobaczyliśmy pierwszą grupę, która czekała na nas. To w tym miejscu zaczynają się TE podbiegi. Jarek pokazuje nam pierwszą sporawą górę i mówi, że potem za nią jest w dół i kolejna taka górka, i kolejna, i kolejna, i tak z piętnaście razy. Mówi, że jak ktoś chce się pozarzynać, to nich biegnie. Spotkamy się na końcu tej drogi. Tamara już pobiegła.

Kto chciał, to pobiegł. Ja zostałem z tyłu. Przez chwilę nawet zamykałem nasz bieg, ale długo to nie trwało, bo jak wiadomo, ciągnie mnie do przodu. Marian rzuca mi wyzwanie, żebym utrzymał jego tempo. Spoko, da się. Jedna górka, druga górka, świetna ta trasa. Podbiegi może nie długie, ale strome, wymagające i jest ich pełno jeden za drugim. Do robienia siły biegowej – idealnie. Zacząłem wychodzić do przodu. Na końcu drogi czeka Jarek, pokazuje gdzie dalej i biegniemy. Znowu jestem w grupie prowadzącej. Eh! Ja jednak nie umiem biegać z tyłu.

Kilometr dalej Marian się śmieje, że stawiam, bo nie utrzymałem jego tempa. Że nie potrafiłem pobiec wolno razem z nim i że wyciąłem do przodu. Też się z tego śmieję. Zaczynamy odliczać do końca. Pętla ma 22 km, ale na początku zrobiliśmy kawałek ponad plan, więc obstawiamy, że jakieś 6 kilometrów do końca. Ja mam idealnie 2 godziny na zegarku.

Biegniemy już względnie płaską trasą. Robię się coraz bardziej głodny. Gdybym wiedział, to bym wziął jakiś żel na drogę, a tak to dopiero w samochodzie.

Znowu lekkie pagórki, choć droga prosta i raczej mało wymagająca. Dobiegamy do kolejnego pomnika. Tym razem upamiętniającego walki podczas powstania styczniowego. Pod pomnikiem na chwilę przechodzimy w marsz. Druga grupa nas dogania i też przechodzi w marsz. Idziemy tak wszyscy przez chwilę, aż w końcu Michał rzuca hasło, żeby biec, bo jak my idziemy, to oni też idą. Ruszyliśmy dalej!

Droga prosta i płaska. Zmienia się tylko okolica. Równy las sosnowy zastępują mokradła. Dookoła leżą powalone drzewa. To jest piękne w takim lesie, że nikt tego nie sprząta. Są części gospodarcze, ale są części, gdzie jak się coś przewróciło, to niech leży. Co prawda nie biegliśmy przez rezerwat, ale można było poczuć się jak w pradawnej puszczy. Rozmawiając o wiatrołomach, widzimy biegacza daleko przed nami. Przemyka mi przez głowę, że zawsze w takim przypadku, gdy widzę biegacza przed sobą, to chcę go gonić. Taka wrodzona rywalizacja.

Dobiegamy do rozstai. Na słupie kilka tabliczek oznaczających poszczególne szlaki. Jest też jedna, która nas interesuje: Truskaw 4 km i obok oznaczenie, że droga wiedzie po żółtym szlaku. Biegacz przed nami odbiegł, że go nie widać. Widać za to znowu cywilizację w postaci chaty. Gdy reszta dobiegła, ruszamy dalej. Teraz już wiedziałem, ile jest do końca. Zaczynam bieg pierwszy. Krok za mną kolega, słyszę jego oddech. Reszta jest dalej.

Biegnę i znowu zaczynam widzieć biegacza w oddali. Na rozstajach skręcamy w lewo. Zaczynam lekko przyśpieszać. Może uda mi się do niego zbliżyć. Tak trochę, na siłę go gonić nie będę. Jeszcze biegniemy we trzech na przedzie. Kilka minut później w tyle zostaje jeden z kolegów. Potem drugi. Zostaję sam. Biegnę sam. Widzę, że biegacz przede mną trzyma się tego samego szlaku, więc postanawiam go dogonić. Powoli, bo powoli, ale dogonić. Kolano nie sprawia żadnych problemów, więc mogę na koniec lekko przyśpieszyć.

Gonię go tak ze dwa kilometry, ale doganiam. Wyprzedzam mówiąc cześć i biegnę dalej. Kątem oka widzę, że za mną pojawiła się Tamara. Ona też chyba nie potrafi za długo biec w ogonie. Domyślam się, że też lada chwila wyprzedzi tego gościa i biegnę dalej.

Droga zaczyna mi się dłużyć. Gdzie ten Truskaw? Pytam się w biegu ludzi. Mówią, że już blisko.

Był blisko. Wybiegam na skraj lasu. Jestem w Truskawiu. Chwilę za mną wybiega Tamara. Następną chwilę później gość, którego ganialiśmy. Wybiega i skręca w stronę lasu. Znika nam z oczu. Nie będąc pewni gdzie teraz, czekamy, wykorzystujemy te parę chwil na niemrawe rozciąganie.

Trasa sylwestrowego treningu w Puszczy Kampinoskiej

Minutę czy dwie później, z lasu wybiegł Jarek i Michał. Razem biegniemy w stronę samochodu. Od skraju lasu to dosłownie rzut beretem, więc dobiegamy tam w kilka chwil. Grupa biegnąca z tyłu również do nas dobiega. Jesteśmy wszyscy w komplecie – uśmiechnięci i zadowoleni.

Według różnych źródeł przebiegliśmy około 25-26 kilometrów, w czasie około 2:40-2:50 minut. Zależy, kto jak mierzył i kto, z jakim sprzętem biegał. Nike+ zmierzył nawet 29 km, ale to jeden jedyny wyjątek. Mi wychodzi 25,69 km w czasie 2 godzin 41 minut i 10 sekund.

Przebieramy i ubieramy się w suche ubrania. Jarek częstuje kawą. Pijemy, delektując się przyjemnym ciepełkiem. Potem wyciągamy kubeczki, otwieramy szampana i pijemy, życząc sobie wszystkiego najlepszego. Zagryzamy piernikami.

Szczęśliwego Nowego Roku i oby się nam cały rok tak dobrze biegało!

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *