Stopy w chmurach – Richard Askwith

Kiedy około miesiąca temu odbierałem paczkę od galaktyki ostrzałem sobie na ta książkę pazurki. Pisali o niej, że to jedna z najlepszych książek o biegach górskich. Wyobrażałem sobie o niej nie wiem co. Historii na miarę Scotta Jurka czy Chrissie Wellington. A teraz przeczytałem i jestem zawiedziony.

REKLAMA
Bo nie jest to coś czego się spodziewałem. Bo książka mnie nużyła i nudziła… Ale do rzeczy.

„Bieganie w chmurach” jest książką o bieganiu w górach. Ale nie w Alpach, Pirenejach, czy jakichś innych znanych na całym świcie. Rzecz dzieje się w niejakim Lake District w Kumbrii w północnej Anglii. Z polskiego puntu widzenia w krainie kompletnie nieznanej. Aczkolwiek jak się okazuje obfitującej w wiele ciekawych biegowych historii.

I właśnie ta książka jest taką historią. Historią angielskiego biegania po górach. Z technicznego punktu widzenia mieszają się tutaj dwa wątki, a raczej dwa podejścia do kolejnych rozdziałów. Pierwszy co cykl „Rok z życia biegacza górskiego”, na który składa się 12 rozdziałów przypisanych do kolejnych miesięcy. Każdy z nich to taki szybki rzut oka autora na to co się dzieje aktualnie w brytyjskim bieganiu. Czyli na przykład kto wygrał jakie zawody, kto zdobył tytuł Wielkiej Brytanii, a komu ile brakuje do mistrzostwa Anglii… Dla mnie, było to mało interesujące.

Drugim podejściem i właściwą treścią książki, są rozdziały które układają się w logiczny ciąg historii brytyjskiego biegania. Opisują albo jakiś wyjątkowo trudny bieg, który przeszedł do legendy. Albo poświęcone są jakiemuś jednemu bohaterowi. Książka opowiada tak na prawdę historię biegów górskich od samego początku. Tak więc dużo jest o takim dziewiczym bieganiu. Teraz w biegach górskich liczą się szczegóły i każdy gram techniki. Mamy ultra lekkie ciuchy, ultra lekkie i wytrzymałe buty… Książka natomiast sięga do czasów kiedy chłop miał tylko jedną parę butów, jedne ciuchy i aby ich w wyścigu ich nie zniszczyć startował nago. To się dopiero nazywa dziewicze bieganie… Echa takiego podejścia krążą w książce do samego końca.

Świetne są też niektóre momenty. Czy to migawki z zawodów, czy historie wybitnych biegaczy. Jeden z takich moich ulubionych momentów to opis sytuacji biegacza po treningu. To co robi wieczorem kiedy wraca do domu, jak się czuje, co zjada, w czym moczy stopy i ile czasu szczotkuje zęby. Inaczej mówiąc, siedzę w głowie takiego biegacza zachowującego się jak maszyna by za chwilę dowiedzieć się, że tym biegaczem jest sam autor przygotowujący się do Bob Graham Round – chyba jedynego wyścigu, który po przeczytaniu książki zapadł mi w pamięć i który wiem na czym polega.

Cała reszta mi się niestety zlała w jedną wielką masę.

Stopy w chmurach - Richard Askwith

Stało się tak przez wielką ilość nazw, nazwisk i cyferek. To jest coś co mnie w  tej książce drażni i tą książkę niemal w całości zabija. Nazwiska, nazwy szczytów, więcej nazwisk, nazwy zawodów, jeszcze więcej nazwisk, nazwa klubu biegowego, jeszcze pieruńsko więcej nazwisk…

Nazwisk jest tyle, że już po drugim rozdziale zlewają mi się w jedno. Wiem, że Ci biegacze osiągnęli wiele, byli dobrzy, bardzo dobrzy, niektórzy wybitni, ale w książce przewija się ich tyle, że nie sposób zapamiętać który co osiągnął. Nie chcę umniejszać ich osiągnięć, ale dla mnie ci biegacze są kompletnie nieznani. W dodatku są ich dziesiątki, a w książce pojawiają się i znikają co chwilę. Dla mnie, który nigdy nie miał do czynienia ze środowiskiem brytyjskich biegaczy górskich, jest to co najmniej niezrozumiałe i nużące.

Zresztą nie tylko tak jest z nazwiskami. Co do poszczególnych biegów jest podobnie. Strzelając na chybi-trafił w książce: Witthins Skyline, Screens, Turnslack, Lowe Alpine Moutain Marathon, Ennerdale Horeshoe… Mógłbym tak wymieniać godzinami. Wiele z tych wyścigów nazwanych jest legendarnymi, wiele z nich opisywanych jest jako najważniejsze w sezonie… Ale co z tego skoro dla mnie to tylko kolejne nazwy. To tak jakby wyrwać z Lake District jakiegoś zasiedziałego tam Anglika i opowiadać mu godzinami o Biegu Rzeźnika, Maratonie Gór Stołowych, Biegu na Kasprowy czy Sudeckiej Setce. W dodatku co chwilę rzucając nazwiskami.

W właśnie przez te całe nazewnictwo książkę czytało mi się topornie i ciężko. Były momenty kiedy chłonąłem ją jak gąbka wodę, ale to tylko momenty. Najczęściej te, kiedy było mniej nazwisk, a więcej emocji, historii jednego wybitnego biegacza, czy plastycznych opisów krajobrazów. Cała reszta to dla mnie kronika brytyjskiego biegania górskiego. A kroniki, jeśli nie zna się dobrze tematu, czyta się ciężko.

Podsumowując

„Stopy w chmurach”, delikatnie mówiąc, nie rzuciły mnie na kolana. A mówiąc więcej, zawiodły mnie i okazały się dla mnie najsłabszą książką z wydawnictwa Galaktyka, jaką w domu posiadam (a mam ich już sześć). Opowiada o bardzo fajnych biegach, bardzo inspirujących osobach i bardzo dziewiczym bieganiu. Niemniej jednak, jak na tytuł „stopy w chmurach” jest strasznie przyziemna i wyładowana nazwiskami i nazwami nic nie mówiących mi biegów, szczytów, zespołów, do tego stopnia że jest bardziej kroniką biegania po północnej Anglii niż książką o bieganiu po górach. Jeśli ktoś lubi i chce takiej kroniki to proszę bardzo. Mnie książka męczyła i nudziła i nie sądzę, abym w najbliższym czasie, miał do niej wracać.

REKLAMA

Skomentowali

  • Darek
    21.10.2014 at 19:26
    Permalink

    Zacząłem czytać i nie dałem rady… Może jak będę na bani się uda. Recenzja super!

    Odpowiedz
  • Kuba
    29.10.2014 at 14:35
    Permalink

    Potwierdzam zdanie autora. Niestety nie dotarłem do końca książki.

    Odpowiedz
  • Andrzej
    20.08.2017 at 16:53
    Permalink

    Rzetelna i trafna recenzja! Wrażenia po jej lekturze (całości, nic nie opuściłem), mam dokładnie takie same, choć nie wiem czy potrafiłbym to tak zgrabnie ująć 🙂
    Może tylko końcową ocenę wystawiłbym wyższą: dla mnie: 3 w 5-punktowej skali.
    Brnąłem cierpliwie przez tą książkę i bombardowanie masą nazwisk i szczytów, jak maratończyk wytrwale człapie do mety 😉 Ale wiedziałem że nic mi z tych nazwisk nie pozostanie mi w głowie (i całe szczęście). Książka ma jednak kilka bardzo dobrych fragmentów, w szczególności tych, w których autor bardzo plastycznie potrafi opisać swoje przeżycia podczas startów lub treningów i własne męki w chwilach kryzysu.
    Nową wiedzą był też dla mnie historyczny rys, ilustrujący początki rozłamu w brytyjskim bieganiu po górach, trwającego wiele dekad. Właściwie zbyt wiele!, jak na absurdalność różnicy: „zawodowe” bieganie pasterzy górskich za grosze i stawki u bukmachera oraz „czyste”, tzw. amatorskie bieganie zrzeszonych w elitarnych klubach dżentelmenów z południa kraju, którzy szykanowali każdego kto wziął udział w zawodach dla pospólstwa. Żenujące że tak długo nie potrafili dojść do porozumienia. W moim odczuciu ten sport, ta pasja ludzi łączy, a nie dzieli.
    Askwith to właśnie pasjonata oraz szczególarz. I chyba właśnie połączenie tych dwóch cech nie pozwoliło mu napisać książki lekkiej, natchnionej. Takimi są tylko jej fragmenty.

    Odpowiedz
  • Bart
    22.03.2018 at 07:30
    Permalink

    Dzięki za recenzję. Już się bałem że to ja czegoś nie skumałem. Słaba książka i tyle.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *