Sto kilometrów w tydzień

Tydzień zaczął się fatalnie. Chyba gorzej być nie mogło. Nerwy napięte do granic możliwości i chęć ucieczki byle dalej od wszystkiego, choć wiadomo, że uciec się nie da… Niemniej jednak próbowałem. Bez planu, składu i ładu, prosto przed siebie. Zanim się zreflektowałem przebiegłem kilkadziesiąt kilometrów i po raz pierwszy zbliżyłem się do 100 kilometrów. A potem z wywieszonym jęzorem zakończyłem tydzień z trzycyfrowym kilometrażem. Po raz pierwszy.

REKLAMA

Tydzień zaczął się źle. Jednakże poniedziałek rano zacząłem, a nawet zaczęliśmy, bieganiem. Koleżanka tym razem, mimo wspólnego biegu, do jakiegoś większego towarzyszenia mi, się nie kwapiła. Efekt był taki, że dałem jej odbiec na kilkaset metrów i dopiero, gdy skurczyła się do rozmiarów kropki zacząłem za nią biec. Nie, biec, to złe słowo. Zacząłem pędzić jak głupi. W końcu na sporej zadyszce dogoniłem, ale było mi mało. Kilkaset metrów razem, by złapać oddech i znowu uciekłem do przodu.

Wieczorem nie byłem wcale w lepszym humorze niż rano. To co? Idę się wybiegać. Bez planu, aby tylko jak najdłużej i jak najszybciej. Najpierw w las, a potem z racji chylącego się ku dołowi słońca, wybiegłem w okoliczne wsie i pola. Biegłem i biegłem, było ciężko, ale tak musiało być. Nie przejmowałem się tętnem czy czasem na zegarku. Po prostu biegłem. Musiałem się porządnie zmęczyć i wypocić niepotrzebne emocje. Po dwóch godzinach nieustannego biegu, dotarłem z powrotem w rejon swojego osiedla. Miałem kończyć i biec prosto do domu. A jednak nie! Złapałem kolejny oddech. Wykręciłem jeszcze 3 szalone kilometry. Zmęczenie tuż pod granicą bólu, ale tego mi było trzeba. Weekendowe wkurzenie mnie opuściło przynajmniej trochę. Przynajmniej czułem się jak nowo narodzony. Nowo narodzony z nowymi siłami do zmierzenia się z rzeczywistością.

Wieczorem zrodził mi się pomysł… Skoro w poniedziałek wieczorem mam na liczniku już ponad 32 kilometry, to może by spróbować zrobić w tydzień sto. Ambitne założenie biorąc pod uwagę, że mój dotychczasowy tygodniowy rekord kilometrażu wynosi 74 kilometry. Może być ciężko, ale tak sobie z drugiej strony myślę, że mam właśnie ku temu niesamowitą okazję. Odreaguję złość, co mi zapewne wyjdzie na zdrowie i złamię setkę w tydzień! To będzie coś!

Wtorek. Wyszedłem wieczorem po pracy na standardową miejską pętlę. To jedyna miejska trasa z całego rekordowego tygodnia. A że miejska trasa i na tyle wolne tempo, że analizowałem ceny paliw na stacjach benzynowych, to cały bieg byłe też taki bleee… bezpłciowy. Nieważne… dobiłem do 43 km.

Środa. Miałem biegać po pracy, jednak wracając z niej czułem się jakbym wpadł pod walec. Nogi bolą, głowa boli i ogólnie cały połamany. Zdenerwowanie i permanentne niewyspanie zaczęły zbierać swoje żniwa. Tabliczka z napisem „100km” w mojej głowie mnie korciła, ale w końcu jednak nie zdecydowałem się. Jeden dzień wolnego mi się przyda, a skoro po dwóch dniach mam prawie połowę setki, to znaczy, że mam spory zapas. Wyjdę jutro rano.

Las Żyrardowski

Czwartek. Wyszedłem z samego rana. Trasa? A pójdę w głęboki las. Początek standardowy, choć wybrałem jedną z bardziej podmokniętych głównych tras przez las. Trochę skakania przez kałuże, trochę przedzierania się przez błota. Tak mnie to błoto pochłonęło, że dobiegłem do nowej drogi. Nowej dla mnie, bo wiedziałem, że jest i wiedziałem, że prowadzi przez środek bagien i to właśnie ta myśl o bagnach mnie skutecznie odwodziła od myśli biegania po niej. Było tylko jedno, ale… Ale czy to, że prowadzi po bagnach oznacza, że się nie da jej przebiec? Błoto z pierwszych kilometrów mnie tak nakręciło, że postanowiłem spróbować. Okazało się, że trasa jest jak najbardziej drożna. Fakt, jest odcinek gdzie można się poczuć jak w Amazonii, biegnąc taką jakby groblą przez środek zalanego lasu, ale biec się da. I właśnie na tych bagnach zobaczyłem pierwszego wiosennego bociana. Wracałem już bardziej humanitarnymi drogami.

Po czterech dniach miałem 58 km. Został mi do przebiegnięcia maraton w 3 dni. Nie powinno być z tym problemu, tym bardziej, że będzie weekend.

Piątek. Mój weekendowy dół został znacznie pogłębiony. Efektem był brak kolacji w czwartek wieczorem, brak śniadania w piątek przed porannym bieganiem i znacznie niewyspanie. To był najcięższy fizycznie i psychicznie bieg odkąd pamiętam. Pierwsze 5 kilometrów było jeszcze OK. Dalej zaczęły się schody. Na 6 kilometrze zrobiłem przerwę. Nie dam rady tego przebiec na raz! Serce łomocze jak oszalałe, w głowie się kręci, a ręce i nogi ciążą. Ładna pogoda, leśne powietrze i śpiew ptaków tego dnia na mnie w ogóle nie działał. Czułem, że powinienem przerwać tą nierówną walkę z własnym organizmem. Że powinienem wracać do domu najkrótszą drogą. I może nawet nie biec, ale wrócić marszem. Ale nie! Moja głupia ambicja kazała mi biec dalej i skończyć te 10 km. Pod koniec było mi już niedobrze, a tętno miałem jakbym robił podbieg pod Kasprowy. Ból jak po maratonie! No, ale już 69 km w tym tygodniu. Został weekend i wrażenie, że dalej się tak się wypruwając w końcu sobie coś zrobię.

Sobota. Nie wiem czy wkurzony czy nie. Ale chyba jednak nadal wkurzony. Jedyne, co było tego dnia dobre to, że przynajmniej pierwszy raz w tym tygodniu się wyspałem. Co biegamy dziś? Plan miałem żeby zrobić krosową dyszkę. Plan planem, a życie życiem. Ledwo co wbiegłem w las i zaczęła mnie łapać kolka. Zwolniłem. Nie przechodzi! Jeszcze bardziej zwolniłem. Jest trochę lepiej. Praktycznie pierwszy kilometr czy dwa, szurałem zamiast biec. Zacząłem wątpić w sens biegania. To już nie jest przeciążanie organizmu, to jego mordowanie!

W końcu zaczęło mi przechodzić. Im bardziej przechodziło tym zaczynałem odruchowo przyspieszać. W końcu zacząłem biec, tak jak powinienem biec od początku. Zapomniałem o kolce. Pobiegłem w daleki las na trasę przez bagna. Głowa przestawiła się na ?normalne? bieganie i stwierdziłem, że może zacznę sprawdzać boczne dróżki. A nuż znajdę jakąś dobrą ścieżkę do biegania lub inne urokliwe miejsce.

Więc skręcałem to tu, to tam. Świetna zabawa! I jaka efektywna! Dobrą ścieżkę znalazłem jedną, urokliwych miejsc wiele, ale najczęściej trafiałem na ścieżki kończące się na bagnach. Ot, uroki lasu! Może jutro zrobię podobną trasę, ale z aparatem. Nie pamiętałem już o kolce. Jutro będzie już bez wielkiego ciśnienia, bo mam 87 km i zostało zaledwie 13 km do zrobienia w niedzielę. Bułka z masłem.

Droga leśna

Niedziela. Zgodnie z planem spałem jak niemowlę. Po takiej ilości kilometrów wystarczy, że przykładam głowę do poduszki i już śpię. Nawet nie mam czasu, by myśleć o głupotach. Więc taki wyspany ruszyłem na trasę. Wziąłem ze sobą aparat. Może coś pstryknę. Idea, jaka mi zaświtała, to pobiec najkrótszą drogą do jednego z tych urokliwych miejsc, które znalazłem wczorajszego dnia. I pobiegłem do takiego miejsca najkrótszą drogą. Dosłownie najkrótszą. Droga była tak krótka, że najpierw przeciąłem nasypy na obwodnicy, potem przedarłem się przez leśny strumień, następnie wpakowałem się w mokradła, a na sam koniec, gdy już mi ścieżka się urwała, przedzierałem się przez młodnik na azymut. Na polanę dobiegłem na oparach. Od połowy drogi łapała mnie kolka. Im byłem dalej tym bolało bardziej. Czuję w sobie te 90 kilometrów z całego tygodnia! A tu jeszcze 10 do końca!

Nie myśląc o tym padłem pod baziami na trawę. Trochę mokro, ale jaka rozkosz. Leżałem tak z 20 minut. Mogłem jeszcze dłużej. Na dobrą sprawę, to w ogóle nie chciało mi się stamtąd ruszać. Cisza, promienie słońca, śpiew ptaków i lekki zefirek od lasu. No, ale… Brakuje jeszcze kilka kilometrów do setki.

Zatem ruszyłem z powrotem. Już nie bawiłem się w jakieś skróty i małe ścieżki. Zrobiłem brakujące 10 km i wybiegając z lasu wiedziałem, że setka pękła. Wiedziałem też, że jestem na skraju wyczerpania. To, że dziś byłem najedzony i wyspany nie oznacza, że tak było cały tydzień. A jeszcze jakieś piwo, czy cały czteropak się po drodze trafił. A mimo to setkę zrobiłem!

Teraz już na poważnie, muszę trochę zluzować przed krakowskim maratonem. Muszę, bo będzie katastrofa.

Tym bardziej, że dzień po setce nie potrafiłem usiedzieć w domu i zafundowałem sobie spacer. Tak z godzinkę na dworze, trochę chodzenia, trochę stania, trochę siedzenia, a cały czas czułem, że mam ciężkie nogi. Może to jednak nie było mądre, by taki kilometraż robić w jeden tydzień? Może wykazałem się skrajnym nierozsądkiem? Możliwe, że tak, ale gdybym się cofnął o ten tydzień to na pewno bym zrobił tak samo.

REKLAMA

Jedna myśl na temat “Sto kilometrów w tydzień

  • 20.03.2015 o 10:34
    Permalink

    Gratulacje – teraz pytanie w jakim czasie? 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *