Sochaczewski Test Coopera – zima 2012

Godzina 7:00 – budzę się na kilka minut przed budzikiem. Słyszę deszcz bębniący w rynnie. Słyszę podmuchy wiatru, które zacinają deszczem w moje okno. Jeszcze zanim wygrzebałem się spod kołdry wiedziałem, że na dworze jest paskudnie.

Jedną, dwie, czy nawet pięć minut później stałem w oknie. Było paskudnie. Tak paskudnie, że na myśl o bieganiu robiło mi się niedobrze. Ze skwaszoną miną patrzyłem się na hulający za oknem wiatr i deszcz.

REKLAMA
„No to sobie pobiegałem…” – myślę ze zrezygnowaniem i kładę się z powrotem do łóżka.

Godzina 7:45 – budzę się po raz drugi. Nasłuchuję deszczu w rynnie. Nie słyszę. Nasłuchuje wiatru i deszczu bijącego o okna. Nie słyszę. Podnoszę w końcu głowę wyglądając za okno. Widzę błękitne niebo, po którym przemykają białe chmurki.

„O żesz… Przestało padać! Muszę się szykować!” – myślę i tym razem, już żwawo, idę do kuchni robić śniadanie.

Test coopera - plakat

Do Sochaczewa jechałem na zimową edycję Sochaczewskiego Testu Coopera. Cały Test Coopera to cztery edycje: jesienna, zimowa, wiosenna oraz letnia, finałowa. Edycja jesienna odbyła się jeszcze w poprzednim roku w Erminowie i z racji kiepskiego dojazdu nie dane było mi w niej uczestniczyć. Teraz była druga edycja, czyli zimowa.

Zwycięzcą całego cyklu zostaje ten, kto w sumie w całym cyklu przebiegnie najwięcej metrów. Liczą się trzy najlepsze wyniki, lub mówiąc inaczej: tym, którzy ukończyli wszystkie cztery edycje, odjęty zostaje najgorszy rezultat. Nie łudziłem się, że mam szansę na zwycięstwo. Chciałem po prostu pobiegać. Poza tym, to był mój pierwszy Test Coopera.

Na miejsce dotarłem na kilka minut przed godziną 10:00, czyli tuż przed rozpoczęciem pierwszej serii testu. Test rozgrywany był w piętnastoosobowych seriach. Najpierw trzy serie mini testu, trwającego 6 minut dla najmłodszych, a następnie pozostali w pełnych próbach 12 minutowych.

Pierwsze trzy serie spędziłem przy ogrodzeniu, oglądając biegające dzieciaki lub wędrując po terenie zawodów i rozmawiając ze znajomymi. Była to pierwsza okazja do bezpośredniego spotkania się z Aktywnymi w tym roku. Był czas na rozmowy, wrażenia, plany startowe.

Tymczasem kolejne serie mijały. Przez rejon wokół biura zawodów przewijały się kolejne uśmiechnięte twarze. Szczególnie nagradzane tego dnia były kobiety. Z okazji obchodzonego trzy dni temu Dnia Kobiet, czkała na nie specjalna niespodzianka. Każda kobieta kończąca test, oprócz klasycznego medalu za ukończenie, dostawała czerwone serduszko, wykonane przez naszą klubową koleżankę Beatę.

Sochaczewski Test Coopera - medal

Pogoda dopisywała, a raczej wiatr dopisywał. Wiał tak, że pół trasy było pod wiatr, pół z wiatrem. Nie muszę mówić, który odcinek biegało się lepiej. Wiatr to była największa niedogodność tego dnia. Natomiast słońce świeciło prawie jak w lato.

Trasa – chodnikowa w pięknych żółto-czerwonych barwach naśladujących bieżnię lekkoatletyczną. 200 metrów w tamtą i 200 metrów z powrotem. Razem 400 metrów jak na stadionie. Newralgiczne będą nawroty, bo mimo że chodnik jest szeroki jak ulica, to spora prędkość będzie wyrzucała na zewnątrz zakrętu. Wiem, właśnie to sprawdziłem. Rafał zza mikrofonu mówi, że to ewenement na skalę światową i przy okazji Mistrzostwa Świata w Teście Coopera na chodniku.

Czekam na swoją kolej, patrząc na kolejnych stających na linii startu. Gdy na starcie staje piąta grupa zawodników, idę na basen się przebrać. Potem krótka rozgrzewka i można biec. Biegnę w szóstej turze.

Grupa tym razem wyjątkowo mała, bo tylko sześcioosobowa. Powinno być około piętnastu osób. No nic. Będzie łatwiej wygrać. Chwila dla Sędziego Głównego, by po raz kolejny powtórzył swoje sakramentalne: „na pierwszy gwizdek ruszamy, na drugi się zatrzymujemy” i można startować. Ściągam czapkę i kurtkę. Mogę biec.

Ruszamy. Chciałem pobiec w tempie 4:00 min/km i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Już na pierwszych 100 metrach zostaję z tyłu. W pierwszy nawrót wchodzę jako piąty z sześciu, a dobiegłem do niego w 23 sekundy. Ale tamci pędzą! Po nawrocie biegnę pod wiatr. Staram się biec równo, ale i tak jestem w ogonie. Drugi nawrót i kolejne 200 metrów z wiatrem. Pierwsze 400 metrów mijam w 1:40. Wiem, że nie dam rady przebiec 3000 metrów, więc skupiam się na równym, szybkim biegu.

Sochaczewski Test Coopera - na trasie

Nie wiem, w którym momencie, mijam jednego biegacza i jestem czwarty w stawce. Trzeciego już nie dogonię. Pierwsza trójka jest poza zasięgiem. Prosta, nawrót, prosta, nawrót… Z wiatrem, pod wiatr, z wiatrem, pod wiatr… Któryś kolejny nawrót biorę zbyt zamaszyście i strącam pachołek.

Nie mam pojęcia, ile przebiegłem, bo przestałem zerkać na zegarek. Nie liczę też kolejnych okrążeń. Tylko biegnę, 200 metrów pod wiatr, 200 metrów z wiatrem. I znowu… Nawroty są najtrudniejsze, bo wybijają z rytmu. Jest ciężko, ale nie jest źle.

W końcu Rafał zaczyna odliczać czas pozostały do końca. Dziesięć, dziewięć… trzy, dwa, jeden, STOP! Drugi gwizdek zatrzymuje mnie na 2790 metrach. Do 3000 brakowało sporo. Bardzo sporo. Po zakończeniu nie byłem strasznie zmęczony i mam wrażenie, że łatwiej mi by było utrzymać takie tempo jeszcze dłużej, niż od początku biec szybciej.

Szybko zakładam znowu czapkę i kurtkę. Czekam na Sędziego i medal. Chwilę się rozciągam.

Potem już ubrany znowu kręcę się po rejonie zawodów. Znowu rozmowy, wcinanie batonów i bananów.

A kiedy już było po wszystkim, pachołki zebrane, a biuro zawodów przeniosło się do bagażników samochodowych, pobiegłem na Chodaków. Ot, takie małe rozbieganie. A przy okazji nawiązanie do kolejnej edycji Testu Coopera.

Bo kolejny Sochaczewski Test Coopera już za miesiąc, w Chodakowie!

Więcej zdjęć

REKLAMA

3 myśli na temat “Sochaczewski Test Coopera – zima 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *