Ślady na śniegu

Jest zima. Pierwsza zima tej zimy. Pierwszy śnieg, który nie stopniał w ciągu 20 minut od swojego opadnięcia na ziemię. Śnieg, który tym razem nikogo nie zaskoczył i nikomu krzywdy nie zrobił. Biały, mokry puszek, którego nie ma wiele, lecz pięknie się bieli. Dzięki niemu wreszcie jest zima.

REKLAMA
Wbiegam w las na świeżo udeptany śnieg. Na nim jakieś ślady. Jedne stópki, drugie stópki, trzecie… Niektóre całkiem malutkie, pewnie dziecięce. Pierwszy zimowy weekend zachęca do spacerów. Biegnę, dokładając do kompletu odbitych butów jeszcze jedne, swoje.

Z przeciwka zbliża się spacerująca rodzina. Pewnie to między innymi ich ślady. Skręcam w lewo. Pierwsze kilkanaście metrów w podskokach nad wielkimi koleinami i ląduję na normalnej ścieżce. Przede mną świeży śnieg. Na nim nie ma kakofonii śladów. Jest ich raptem kilka. Biegnę i wypatrując zdradliwych miejsc na ścieżce, przypatruję się im.

Jedne biegną w tamtą, drugie z powrotem. Te z powrotem jakieś takie małe i grubo rzeźbione. Jakieś małe trapery. Może jakaś pani z psem? Myślę, choć śladów psa nie widać. Pani, tym bardziej…

Drugie biegną w tą samą stronę, w którą i ja biegnę. Przyglądam się. Jakbym nie patrzył, to ślady butów biegowych. Przelatuje mi przez głowę, że może znowu jakiegoś biegacza spotkam. Może to jego ślady?

Za kolejnym skrętem ślady biegacza znikają mi z pola widzenia. Gubią się wśród dziesiątek innych. Pojawiają się za to dobrze widoczne ślady roweru, a nawet kilku rowerów. To jedyne ślady, których mogę się teraz uczepić. Rowerzystów nie widzę, ale ślady całkiem świeże. Biegnę i zastanawiam się, czy biegacz skręcił w przeciwną stronę niż ja, czy biegł tędy. Jeśli tędy, to jeszcze mam szanse go spotkać.

Kilkaset metrów dalej do rowerzystów dochodzą jeszcze jedne ślady. Też w postaci długich lekko meandrujących rowków, lecz bez śladów bieżnika. Myślę, myślę i… Wiem! Sanki!

Miałem rację. To były ślady trzech sztuk sanek ciągniętych przez dzieciaki. Widziałem je na jednej z kolejnych poprzecznych dróg.

Tymczasem dobiegłem do obwodnicy. Do budowy obwodnicy. Ślady ludzkich stóp, kół rowerów, czy płóz sań momentalnie znikły. Zastąpiły je wielkie, na wpół pozamarzane i przyprószone lekkim śniegiem, koleiny.

Przestało mi się chcieć analizować cokolwiek, a skupiłem się na przedostaniu się przez najbliższe kilkaset metrów. Koleiny się przydały. Nie będąc pewnym podłoża, uczepiłem się pierwszej lepszej, szerszej koleiny i biegłem nią.

Tu nie było się nad czym się zastanawiać. Wystarczyło zadrzeć głowę (choć bezpieczniej było patrzeć pod nogi), by zobaczyć co te koleiny zrobiło. Na nasypie stał cały zestaw spychaczy, koparek i innych mniej lub bardziej dziwnych pojazdów budowlanych.

Wybiegłem z kolein. Z zestawu śladów rowerowych został tylko jeden ślad. Czyli tylko jeden rowerzysta przebił się przez obwodnicę i koleiny. Domyślam się, że pewnie jeden z mieszkańców Suchej Żyrardowskiej, który wracał na rowerze przez las.

Widzę też znowu ślady biegacza. Wyglądają podobnie do tych śladów, które widziałem dwa kilometry temu. Hmm…. Czy to mogą być ślady tego samego człowieka? A może innego? Raczej chyba tego samego, bo w okolicy aż tyle osób nie biega, by tyle śladów narobić. Ciekawe, czy dawno biegł? A może wybiegając za kolejnego zakrętu zobaczę jego plecy.

Zastanawiałem się długo, aż w końcu dobiegłem do swojego etatowego przydrożnego, leśnego krzyża i skręciłem. Ślady rowerzysty zgodnie z przewidywaniami pobiegły prosto w stronę Suchej Żyrardowskiej, a ślady biegacza… No właśnie, nie wiem. Przed samym skrętem straciłem je z oczu i nie wiem, czy pobiegły prosto za rowerzystą, czy skręciły.

Leśna droga zimą

 

Teraz biegłem przelotową szutrówką. Śladów tu sporo, lecz widocznych tyle, co kot napłakał. Dwa szerokie pasy wyjeżdżone przez samochody i trochę udeptanego śniegu po środku. Jako, że ślady po oponach bywają śliskie jak diabli, biegłem wydeptanym środkiem. Czy ten biegacz też tędy biegł?

A może… Zaświtała mi myśl tak prosta, że aż absurdalna. A może, to nie są ślady „jakiegoś” biegacza. A może, to są moje ślady? Przecież wczoraj robiłem dokładnie taką samą trasę, jaką mam zamiar przebiec dziś. W sumie, to jak sobie przypomnę bieżnik odbity w śniegu, to był podobny do mojego. Tak wiem, że wiele jest podobnych, ale czemu nie. Jeśli w nocy nie padało, to mogą być moje ślady. Ale tak właściwie, czy padał w nocy śnieg? Nie mam pojęcia…

Niemniej jednak mimo kolejnych, takich samych jak dzień wcześniej zakrętów na ślady biegacza nie natrafiłem. Już miałem o nich całkowicie zapomnieć, gdy biegnąc kolejną ścieżką, zobaczyłem w poprzek ścieżki ślady saren. Najpierw jedne, potem drugie raciczki odbite na świeżym nieudeptanym śniegu.

Właśnie! Nieudeptanym. W tym momencie zorientowałem się, że od jakiegoś czasu biegnę po świeżym śniegu. Moje ślady, które właśnie w tej chwili robię, są pierwszymi śladami ludzkimi tego dnia. Tego dnia jeszcze tu nikogo nie było! Tylko sarny!

Tamte ślady musiały jednak należeć do innego biegacza. Nie wiem, do jakiego, i w którym miejscu nasze drogi się rozeszły, ale na pewno nie były to moje wczorajsze ślady. Gdyby tamte ślady należały do mnie, to tutaj też musiałbym je widzieć.

W ten sposób za jednym zamachem oprócz dylematu śladowego rozwiązałem tez dylemat pogodowy. Skoro biegnę po nieudeptanym śniegu, to musiało w nocy popadać. Musiało moje wczorajsze ślady zasypać.

Eh… I znowu zostałem sam z sarnami. Znowu tylko one mają okazję usłyszeć chrzęst świeżutkiego białego puchu pod moimi nogami. Znowu to tylko one, skubiąc siano z paśnika, mają okazję zobaczyć mnie na tym pięknym, dziewiczym śniegu.

Takie ścieżki mogłaby się nie kończyć…

REKLAMA

3 myśli na temat “Ślady na śniegu

  • 20.01.2012 o 22:11
    Permalink

    Fajna zabawa w Sherlocka Holmesa albo Winnetou przy czytaniu śladów 🙂 Ja jak biegłem wczoraj po budowanej obwodnicy Warszawy to miałem dla siebie całe połacie nietkniętego śniegu – super widok!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *