Pustynny pies

To miało być zwykłe wybieganie. Miałem odpocząć po wczorajszym mocniejszym treningu. W tym celu wybrałem prostszą i krótszą pętlę po okolicznych łąkach. Wybrałem się na tak zwaną pustynną pętlę. Pustynną, nie dlatego, że biegam po pustyni. Biegam po łąkach, ale nazwę „Pustynna” nosi jedna z ulic na obrzeżach Żyrardowa. Przy tej ulicy nic nie ma. Ani domów ani nic innego. Jedynie zielony słup wysokiego napięcia.

Dziś jednak coś było…

REKLAMA
Dobiegając do pustynnej miałem w nogach 4,5 kilometra. Zawsze tyle mam, bo do kapliczki, przy której się droga zaczyna, dobiegam zawsze tak samo. Jeśli już improwizuję, to dopiero za pustynną.

Ulica pustynna powitała mnie śniegiem. Niczego innego się nie spodziewałem. Wszak nazwa „ulica” jest nieco na wyrost. To po prostu kolejna droga przez pola. Po prawej mam tyły gospodarstw, po lewej zawalone śniegiem pole, a ja biegnę prosto.

Minąwszy słup wysokiego napięcia, widzę psa. Średni czarny kundel. Zwalniam, ale biegnę dalej. Kilka sekund później widzę drugiego psa. Mniejszy od czarnego, ciapkowaty kundel. Ganiają się i zainteresowane są przede wszystkim sobą. Na mnie, w pierwszej chwili, nie zwracają uwagi. Mimo wszystko w końcu się zatrzymuję i zastanawiam: wrócić czy przejść obok nich?

Zanim się zastanowiłem, czarny pies mnie zauważył. Leci do mnie. Jeszcze nie szczeka. Ja powoli się cofam, patrząc się w stronę biegnącego psa. Pies podjął decyzję za mnie: wracam!

Czarny doleciał. Zaszczekał kilka razy i zaczął latać dookoła mnie. Cholera! – to jedna z delikatniejszych myśli przelatujących przez głowę. Powolnym krokiem cofam się i staram się nic nie robić. Niech poszczeka i sobie odejdzie… Ale czarny pies nie był sam, bo przyleciał również i ten ciapkowaty. Tyle, że ten drugi chyba się mnie bał. Bo ani nie szczekał, ani się nie zbliżał do mnie bliżej niż na 2-3 metry. Czarny natomiast, poszczekując ganiał ósemki dookoła. W końcu przycupnął jakby szykował się do ataku. Za mną było tylko cholerne białe pole. Co robić? Co robić? Kurna mać! Co robić?

Nic nie zrobiłem. Czarny zaczął w końcu mnie obwąchiwać. Obwąchał buty i łydki. Zacząłem widzieć, że to szczeniak i chce się bawić. W końcu, skoro już tak mnie obwąchuje, dałem mu dłoń w rękawiczce do powąchania. Powąchał i podskoczył opierając się łapami na mojej nodze. Ewidentnie chciał się bawić! Wystawianie ręki było złym pomysłem, bo to prowokowało go do skakania. Przy pierwszych jego podskokach, puls skakał mi równie wysoko jak ten pies. Ale chyba przyjął mnie do stada. Zauważyłem, że póki nie wystawiam rąk, pies zachowuje się spokojnie.

Czarny pies

Zacząłem odchodzić. Czarny pies idzie też i merda ogonem jak wycieraczką. Ten ciapkowaty twardo trzyma się z tyłu.

Zaczynam truchtać. Czarny biegnie obok. Chce kilka razy podskoczyć sięgając do ręki, ale po kilku próbach rezygnuje i po prostu biegnie. „I co?! Ja mam teraz z tymi psami tak biegać?!”  – myślę sobie. „Dobiegnę do gospodarstw, tam za płotami są inne psy. Może odbiegną.”

A, gdzie tam!! Psy za płotami ujadały, a czarny pilnował tylko mnie. A ciapkowaty, czarnego.

Dobiegłem z powrotem do kapliczki. Zatrzymałem się. „Niech te psy sobie pójdą!”

Lecz czarny miał inne zdanie i skoro ja się zatrzymałem, to czarny usiadł na dupie pod kapliczką i merdając ogonem, gapił się na mnie. Spytałem się –  „I co?! Czekasz aż znowu będę biegł?” On tylko przekrzywił łeb i popatrzył się na mnie. A jak machnąłem ręką, to przyleciał i chciał do niej skakać. Tupnięcie w celu odstraszenia też nie wchodziło w rachubę. Bo to też dla tego szczeniaka było zaproszeniem do zabawy. Kopać psa nie chciałem. W końcu nic mi nie zrobił…

Tak więc, chcąc nie chcąc, czułem się jakbym wyprowadził własnego psa i się z nim bawił…

Nie czułem się tak całkiem komfortowo z bezpańskim psem u nogi, ale skoro ewidentnie nie chciał mi nic zrobić, to widziałem tylko jedno sensowne wyjście. Musiałem pobiec i czekać aż psy się zmęczą i same sobie pójdą. Tak więc pobiegłem w stronę Żyrardowa, a psy oczywiście za mną. Czarny biegł momentami przy nodze jak w jakimś dogtrekkingu. Czasami też zostawał w tyle, ale póki ja się nie zatrzymałem, to i on się nie zatrzymał. Podczas biegu musiałem tylko uważać z rękami, bo jak już pisałem, miał tendencję do skakania.

Ubiegłem z psami prawie kilometr. Wybawieniem był badyl w śniegu, który to mocno zainteresował czarnego. Zaczął się z nim siłować, podgryzać go i robić z nim to, co normalnie z badylami robią młode psy. Ciapkowaty nadal trzymał się na dystans. Ja natomiast, miałem szansę odbiec.

Tak więc czarny został z badylem. Ciapkowaty zostal z czarnym. Ja zostałem sam i mogłem biec dalej.

REKLAMA

2 myśli na temat “Pustynny pies

  • 26.01.2013 o 06:58
    Permalink

    Tak po fotce widać, że chyba do końca nie był to taki bezpański pies bo futro lśniące i zadbane 🙂 Fajna przygoda choć obce psy z bieganiem zazwyczaj się nie łączą.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *