Poranne wybieganie

Kolejna zima, czyli powrót do nocnych biegów. A może nie tyle powrót do nocnych, tylko same przez się stały się nocne. Godziny wyjść na dwór się nie zmieniły i zasadniczo oscylują pomiędzy 18:00 a 21:00. Tyle, że w tych godzinach jest już noc. No dobra? nie noc? wczesny wieczór, ale ciemno jak w nocy. Jeszcze przed zmianą czasu na zimowy, o tej porze był zmierzch. A tu czas zmienili i już szans na bieganie za widoku ? brak!

REKLAMA

Dopóki wdrażałem się w kolejny sezon, nie przeszkadzało mi to specjalnie. Lubię biegać po ciemku. Taką smętną jesienią po zmroku jest weselej. Za dnia widzę te siwe chmury, te oskubane z liści drzewa, tych smutasów w paltach zapiętych pod szyję albo tych w grabiących liście z trawników. Wieczorami tego już nie widać. A skoro siwych widoków mniej, to znaczy, że jest bardziej kolorowo. A, że ciemno? Ważne, że kolorowo!

Lecz z czasem zaczął się robić problem. Było nim weekendowe wybieganie.

Wolny trening po zmroku w granicach godziny mogę zrobić, nie jest to większym problemem. Czasami nudzi mi się pod koniec, szczególnie jak jest to zwykłe rozbieganie, ale da się przeżyć. Jak mam biegać szybciej, czy to na tempo, czy ścigać się sam ze sobą, to mogę biegać nawet po ciemku przez 2 godziny na 500 metrowej pętli. Robiłem tak przed maratonem i się nie nudziłem. Miałem inne zajęcia, jak np.: pilnowanie tempa i liczenie, jakie powinienem mieć kolejne międzyczasy. Biegałem tak raz lub dwa razy na tydzień. Nie przeszkadzało mi to. Ale naprawdę długie wybiegania? Kręcić się w kółko wolnym tempem kilkadziesiąt razy wkoło tych samych domów. Na myśl o takim długim wybieganiu robi mi się niedobrze.

Ale mój plan takowe zakłada. I co tu zrobić? W zeszłym roku byłem na dużo niższym poziomie biegowym i ten problem nie istniał. To, co teraz traktuję jako zwykłem rozbieganie (10 km powoli) i biegam w środku tygodnia jako odpoczynek, kiedyś kwalifikowało się jako długie wybieganie. Tak w ogóle, to w zeszłym roku nie miałem stałych, wieczornych godzin treningu. Wieczorami biegam dopiero od marca. A poza tym, to w poprzednią zimę, przede wszystkim, biegałem mniej.

Jak to teraz zrobić? Pomyślmy? Wiem! Dalej biegać wieczorami oprócz wybiegań, na które zarezerwować sobie czas w niedzielę rano. Brzmi strasznie – niedziela rano! Oczywiście, moje rano oznacza godziny w granicach od ósmej do dziewiątej. A nie szósta, jak dla co niektórych. O nie, nie! O tak wczesnej godzinie nic mnie nie zmusi do wyjścia na trening.

Dobra! Miałem już nową koncepcję. Teraz trzeba było ja wdrożyć w życie.

Pierwsza próba zwleczenia się na poranne niedzielne wybieganie była udana jak nie wiem co! Wstałem jak gdyby nigdy nic o 7:30, zjadłem jak to zwykle w niedzielę rano, dwa jajka na miękko, popiłem zieloną herbata i wyszedłem. O godzinie dziewiątej byłem już w lesie. Z rana w lesie jest bardzo przyjemnie. W ogóle w lesie zawsze jest przyjemnie. Może na pierwszych kilometrach czułem się taki nieswój, taki nierozbudzony, ale szybko mi przeszło. Złapałem rytm. Po półgodzinie była pełna euforia! Dobiegłem do bardzo sympatycznego mostu kolejowego. Pod mostem można przebiec do lasu po drugiej stronie torów, ale tam nie pobiegłem. Tamtego lasu za bardzo nie znam, więc wolę nie ryzykować.

Ni to jeszcze jesień. ni to już zima, a ja biegam po lesie. Przypominało mi się, jak to zaczynałem bieganie. Super uczucie! Też zaczynałem w takim lekko przymarzniętym lesie. Tylko, że kiedyś nie byłem w stanie biegać w lesie, tak jak teraz, czyli ?gdzie mnie oczy poniosą?. Pierwsze piętnastokilometrowe poranne wybieganie było wielkim sukcesem.

Kolejne w następny weekend.

Im bliżej kolejnego weekendu, tym bardziej kołatała mi się myśl, że może by tak i sobotę zacząć biegać w dzień. Zwiększyłem ilość biegów do pięciu tygodniowo i zaczęło mi brakować lasu. Na niedzielę rano dalej zostaje wybieganie i to się nie zmieni. A w sobotę, aby nie biegać bez celu po lesie (takie bieganie męczy jak nie wiem co), wymyśliłem sobie coś na zasadzie krosu. Coś na zasadzie? bardzo profesjonalne określenie. A chodzi o to, że wbiegam w las i pcham się albo w najmniejsze ścieżki, albo w te najbardziej rozjeżdżone, albo w piach na obwodnicę, albo? wszędzie tam, gdzie się można zmęczyć.

Pierwsza sobota nie była bardzo poranna, bo wyszedłem około jedenastej, czyli to już niemal południe. Będę biegał najwyżej godzinę, więc na obiad zdążę. Trasy, jak to zwykle bywa, nie znałem. Standardowy kros. Najpierw trochę błota, na szczęście przymarzniętego, więc buty nie zostają w podłożu. Potem ścieżka wzdłuż rowu burzowego. Dlaczego tam? Dlatego, że z daleka widać, że trwa tam jakaś wycinka oraz że dróżka ta dobiega do obwodnicy. A na obwodnicy jak to na obwodnicy: piach i inne ziemne niespodzianki. Największa niespodzianka miała kilkanaście metrów długości i jakieś 1,5 metra średnicy. Była to rura melioracyjna, położona w ciągu rowu, wzdłuż którego tu przybiegłem.

Hmmm?. ? Przystanąłem na chwilę, szybko się zastanawiając

A co mi tam?!

Ruszyłem w kierunku tej rury. W środku muszę się poruszać chyłkiem, jest ślisko od wody i liści, ale nie jest źle. Teraz mogę mówić, że biegałem po, przez, wzdłuż i POD obwodnicą. Znając moje podejście do biegania, pewnie jeszcze nie raz będę przebiegał pod obwodnicą, a nie przez obwodnicę. Dalej już raczej standardowo, czyli bieg na przełaj przez las, stara strzelnica i kilka rozjeżdżonych ciągnikami i koparkami dróg.

Pięknie!

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *