Pomysł na wybieganie: Mszczonów (obwodnicą żyrardowa)

Środa – trening szybkościowy. Piątek – siła biegowa. W tak zwanym międzyczasie kilkadziesiąt kilometrów rozbiegań. Męczący tydzień. Więc kiedy w niedzielę widziałem w planie 2,5 godzinne wybieganie, zbierało mi się na wymioty. Najzwyczajniej w świecie, nie chciało mi się robić tego treningu. Bo znowu trzeba klepać się w kółko przez 150 minut…

REKLAMA

Rano mi trening przepadł. Bo się nie wyspałem. Bo wstałem lewą nogą. Bo cały plan dnia mi się potem rozleciał. Bo tak i już!

Po obiedzie stoczywszy swoistą wewnętrzną dyskusję „Biec, czy nie biec? Oto jest pytanie!„, podjąłem decyzję, że jednak pobiegnę. Nie mogę przecież zawalić głównego treningu tego tygodnia. Tym bardziej, że obiektywnie patrząc nic mnie nie bolało i nie było przeciwwskazań do treningu.

0 km – Wybiegłem z domu. Na pytanie gdzie chcę nabiegać te 25km odpowiedziałem sobie, że do Puszczy Mariańskiej. Trasa ta, co zawsze – niebieskim szlakiem. Prosto, miło i przyjemnie.

1,5 km – Wbiegam na obwodnicę. Prosto pobiegnę na Puszczę, ale asfalt kusi. Maratony są po asfalcie! Zmieniam trasę i biegnę po asfalcie obwodnicą.

2,5 km – Wiadukt nad torami. Pierwszy malutki podbieg przebiegam niezauważony. Na pytanie ?Gdzie biegnę?? nie potrafię odpowiedzieć. Na razie biegnę prosto przed siebie. Co chwilę mijają mnie rowerzyści. Większość mnie ignoruje, tudzież rzuca dziwnym spojrzeniem. Jedynie w oczach tych szybszych w kaskach rowerowych, widzę nić porozumienia.

3,5 km – Przejście dla zwierząt. Lubię je! Lubię przebiegać przez tą wielką rurę. Lubię te echo dźwięku moich butów uderzających o asfalt. Brzmi tak dostojnie, tak przyjemnie. Za przejściem zaczyna się prosta. Dłuuuga prosta!

5 kmBenenard. Tuż przed wiaduktem na Benenardzie mijam się z jakimś biegaczem. Biała koszulka, niebieskie spodenki – tyle zapamiętałem. Machnęliśmy sobie tylko. Nie krzyczałem „Cześć!”. Miał na uszach słuchawki, więc i tak by mnie nie usłyszał. Skinienie głową i machnięcie ręką to w zupełności wystarczająca dawka kultury.

6 km – Cały czas prosto. Znam tą prostą, więc zamiast wypatrywać jej końca, myślę gdzie właściwie biegnę. I nadal nie wiem gdzie. Tempo cały czas w granicach 5:00 – 5:10 min/km. Szybciej niż zakładane BS, ale biegnie mi się świetnie. Złapałem rytm i lecę.

7,5 km – Rondo na końcu obwodnicy. Wreszcie koniec tej długiej prostej. Obiegam wysepkę i wbiegam w drogę techniczną, która biegnie równolegle do obwodnicy. Przez głowę, jako cel wybiegania, przelatuje mi Mszczonów i zabawny dialog:
– Poproszę powrotny do Mszczonowa!
– Co? Nie ma? A to nie szkodzi! Pobiegnę!

8,5 km – Podbieg pod wiadukt nad magistralą kolejową. Tak, tą samą magistralę, na której robię podbiegi. Nie, to nie ten sam podbieg. Ten jest leciutki, krótki i asfaltowy, lecz odczuwalny. Tempo biegu minimalnie spada.

9 km – Wbiegam na DK50 – tranzytową trasę tirów. Jest niedziela, więc ruch znacznie mniejszy, ale i tak trzymam się na centymetry od skraju asfaltu. Pobocze jest szerokie, więc miejsca jest dużo. Na wprost widzę znaki ostrzegające przed zakrętem. Tam DK50 skręci w lewo a ja wpadnę w kolejną techniczną drogę i pobiegnę prosto do Mszczonowa.

9,5 km – Przebiegam obok wysypiska śmieci na Słabomierzu. Miejsce mało prestiżowe, ale to właśnie tu przypomniał mi się Marian. Kiedyś motywował kolegę, żeby obiegł termy mszczonowskie. Kolega jest z Mszczonowa, więc miał łatwo. Ja mam trudniej, ale hasło Mariana „Obiegnij termy mszczonowskie!” staje się moją myślą przewodnią.

11 km – Jestem na starej DK50. Ruch mały, więc biegnie się spokojnie. Tempo nadal w widełkach, tętno wychodzi poza pierwszy zakres, ale samopoczucie cały czas doskonałe.

12 km – Dobiegam do Mszczonowa, a raczej do tabliczki „Mszczonów wita!”. Czasomierz pokazuje 1:02:24, czyli idzie nieźle. Zaczyna mnie zastanawiać kolejna rzecz. Jak się dobiega do term od strony miasta? Termy zawsze oglądałem od trasy katowickiej. Hmmm… Znajdę! Mszczonów to trzy ulice na krzyż. No dobra… Cztery!

13 km – Jestem w centrum Mszczonowa. Cisza i spokój. Mijane dziewczyny chichoczą za moimi plecami. Czyżby onieśmielił ich widok moich zgrabnych pośladków?! Chwilę późnej komentarze spod spożywczaka. Jakieś „Biegnij! Biegnij!” czy coś takiego. Nie dosłyszałem. Za szybko biegłem. Tym bardziej, że dostrzegłem drogowskaz „Termy Mszczonów”.

14,5 km – Przebiegam przed główną bramą term mszczonowskich. Nie podziwiam, nie zwiedzam. Biegnę dookoła ogrodzenia aż w końcu ogrodzenie się kończy. Trzeba wracać. Półmetek osiągam w 1:14:30. Teraz już będzie coraz bliżej do domu.

15,5 km – Wracam przez centrum Mszczonowa. Słońce świeci prosto w twarz. Nie widzę wiele. Na przejściu przez pasy źle oceniam podłoże i tracę na chwilę równowagę. Ale biegnę dalej.

16 km – Podbiegam pod wiadukt nad trasą katowicką. Łapie mnie kolka. Cholera! Najbliższy kilometr walczę z kolką. Tempo spada do 5:20 min/km. Zmieniam rytm oddychania. Na początku nie daje to rezultatów, lecz ja uparcie i ciągle w biegu, staram się pozbyć kolki. W końcu się udaje.

18,5 km – Znowu na DK50 z tirami. Nadal biegnie mi się bez problemów. Lecę tym swoim 5:00-5:10 min/km i nic nie wskazuje by miało mnie coś zatrzymać. Kolka na szczęście nie wraca. Szybko mijam wysypisko i wiadukt nad magistralą.

20 km – Zbieg. Ten z wiaduktu nad magistralą, o którym na 8,5 km pisałem, że jest taki minimalny. Teraz jak mam w dół, to czuję jakbym leciał. Może nie był jednak taki minimalny?!

21 km – Obiegam rondo i jestem na obwodnicy. Zaczyna być ciężko. Sprawy nie ułatwia fakt, że teraz mam 4 km jak w mordę strzelił prosto. Mało pocieszająca perspektywa, więc wbiegam na białą linię oddzielającą pobocze od pasa ruchu i biegnę nie patrząc się przed siebie, tylko na tą białą niekończącą się linię.

22,5 km – Rogatki blokujące wjazd samochodów na obwodnicę. W tamtą stronę przeskoczyłem je jak zawodowy płotkarz (a przynajmniej tak mi się wydaje). Teraz przez dwa psy i ekipę na rowerach dekoncentruję się i w ostatniej chwili przed wybiciem waham się. Chwila zawahania mało nie kończy się upadkiem za przeszkodą.

24 km – Prosta się nie kończy a ja nadal biegnę po białej linii. Nadal biegnę wpatrzony w nią jak sroka w gnat. Przypomina mi się wypowiedź Michaela Phelpsa, który mówił o tym, że jak pływa to jest tylko on i czarna linia na dnie basenu.

25,5 km – Prosta się skończyła. Zaczął się podbieg pod wiadukt nad torami. Ciężko, ciężej… Zwalniam. Na budziku 5:20… 5:30… 5:40…   Nie chce mi się przyśpieszać.

26 km – Jestem na szczycie wiaduktu i zaczynam zbiegać. To, co przed chwilą było niemożliwe znowu jest banalnie proste. Bez większego wysiłku wracam do 5:00-5:10 min/km. Zauważam też, że przez całą drogę ani razu nie sprawdziłem przebiegniętego dystansu. Nadal nie sprawdzam. Niech to pozostanie do końca niespodzianką. Dzisiejszą trasę oceniam na 28 km.

27,5 km – Zbiegam z obwodnicy. Przede mną ojciec z kilkuletnim synem na rowerze. Młody marudzi, więc ich wyprzedzam. Przede mną kolejni rowerzyści. Nie doganiam – skręcają w inną leśną drogę niż ja.

28,5 km – Wybiegam na swoją ulicę. Prosto widzę swoje osiedle. Zaciągam ostatni łyk wody z bukłaka i biegnę do domu. A dokładniej do transformatora, który jest moim startem i metą jednocześnie.

29,0 km– Przy transformatorze jestem w 2:29:07. Koniec wybiegania!

Tempo treningu

REKLAMA

2 myśli na temat “Pomysł na wybieganie: Mszczonów (obwodnicą żyrardowa)

    • 13.08.2012 o 00:43
      Permalink

      Pewnie masz rację, ale ja w tej chwili nie potrafię jechać przez 2,5 godziny nie nudząc się. A biec 2,5 potrafię, nie nudzi mnie to i jeszcze potrafię w tym wszystkim psychicznie się zresetować 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *