Pijany Mietek

Biegnę przed siebie. Jest ładne i ciepłe sobotnie popołudnie. Od zachodu wieje lekki wiatr, lecz od momentu, gdy wbiegłem do lasu już go nie czuję. Teraz czuję tylko lekki chłód lasu. Dobiegam do kolejnego leśnego rozdroża. Zastanawiam się chwile czy biec w prawo, czy w lewo. Wybieram, na moje szczęście i nieszczęście, prawo.

REKLAMA

Sto metrów dalej na leśnej ścieżce widzę człowieka. Lecz nie idzie. Też nie stoi. Leży i się nie rusza. Obok leży rower…

O żesz…

W pierwszej chwili przeklinam się, że wybrałem prawo. Mogłem przecież pobiec w lewo. Tam by go nie było. Stamtąd bym go nie widział. Przemyka mi przez głowę, że przecież jeszcze mogę zawrócić i pobiec tamtą drogą. Mogę spróbować udać, że go nie widziałem i mieć to w głębokim poważaniu. Mogę… Nie no, nie mogę! Nie mogę tym bardziej, że odkąd stoję to się nie rusza! A jak coś się stało?!

Podbiegam do gościa. Leży. Nie widać by był ranny. Trącam go lekko.

– Halo

Nic.

– Halo!

Drygnął. Otwiera oczy. Patrzy się na mnie niewyraźnie. Coś gestykuluje.

– Eee… dziewczyny jechały… stamtąd… nooo… na Benenard… gdzie… ? bełkocze, a ja rozumiem pojedyncze słowa. Dziewczyny i Benenard powtarzają się, co chwilę i pewnie znaczą coś więcej.

– Nic panu nie jest?

– Nooo… stąd… tfu… na Benenard… tam… – dalej się nic nie klei.

– Pomóc wstać? – pytam w końcu i wyciągam do niego rękę.

Chwyta się mnie i wstaje. Mało przy tym na powrót nie upada, ale udaje mu się ustać na nogach. Gdy już stoi, wreszcie w pełni dociera do mnie woń alkoholu. Jest pijany szpadel.

– Wiesz… dziewczyny jechały… tam… wiesz… Benenard… – nadal niewiele rozumiem z tego co próbuje mi powiedzieć. Nie wiem czy chce rozumieć. Chyba niekoniecznie.

– Gdzie pan jedzie?

– Mietek… jestem… Mietek… – wreszcie zaczyna mówić ze zrozumieniem.

– Dobra Mietek, gdzie jedziesz?

– Benenard… tam – pokazuje w jakimś bliżej nieznanym kierunku w którym to Benenard na pewno się nie znajduje.

– To jest droga na Benenard! – pokazuję mu prawidłowy kierunek, o dziwo załapał.

– Na Benenard… tam wiesz… wiadukt… no… wiadukt…

– No wiem gdzie jest wiadukt! – mówię zgodnie z prawdą, bo w sumie tamtędy mam zamiar biec.

– No! To tam… a ty?… co?

– Hę?! ? nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy.

– Ty… ty… skąd?

– Z Żyrardowa i biegnę na Benenard – poza tym, że „na Benenard” to chyba wiele nie zrozumiał.

– Eeee…. ja… Mietek… na Benenardzie… wiadukt… sołtys tam… wiesz?

Nie, nie wiem i szczerze mówiąc nie interesuje mnie to.

– Dobra! Idziemy na Benenard?

– Ja… ja… jadę… – twierdzi i z pijackim uporem wsiada na rower.

Pierwsza próba zakończona kolejną glebą. Znowu pomagam mu wstać.

– Rower… masz…?

– Nie! Ja biegam!

– To jak przyjechałeś…

– Nie przyjechałem. Przybiegłem.

– Że… jak….

Biegam! Trenuję bieganie! Sport! Biegam tak codziennie, a dziś biegnę z Żyrardowa na Benenard. – mówię z obszerną gestykulacją która może coś pomoże.

– Będziesz… Biegł za mną…? Ja jade… Bedziesz… biegł? – pyta się jakby to była conajmniej wyprawa na księżyc.

– Taaa… (jedźmy już, albo ja się zabieram!)

Druga próba wsiadania na rower zakończyła się sukcesem. Zastanawiam się, co to będzie, jak będzie jechał. Ledwo stoi a chce jechać na rowerze. Dobrze przynajmniej, że na Benenard jest raptem niecały kilometr drogi.

Ruszył! Jedzie! Całą szerokością dróżki, ale jedzie. Co dwa metry składa się w kolejne zakręty (choć droga oczywiście niemal prosta była) niczym motocyklista serii MotoGP. Nie przewraca się! Ja truchtam kilka metrów z tyłu. Nie mam zamiaru biec obok czy przed nim. Nie mam zamiaru dać się rozjechać. Muszę widzieć jak i gdzie jedzie.

Chwilę później, gdy droga ma małe rozwidlenie, to wjeżdża w to węższe. Teraz pedałuje praktycznie zakosami po mchu i borówkach. Ale się nie przewraca! Biegnąc z tyłu, patrzę tylko jak na centymetry mija się z kolejnymi pniami sosen. Z mojego punktu widzenia cała ta sytuacja robi się zabawna, ale nie dla Mietka. On jest pijany jak messerschmitt i jak messerschmitt bierze kolejne zakręty. Miał problemy ze ustaniem na nogach, ale na rowerze równowagę jakoś utrzymuje. Na trzeźwo nikt nie dałby rady tak jechać i się nie przewrócić. On daje radę! Widać, że to nie pierwszy i nie ostatni taki przypadek.

Na szczęście szybko docieramy na Benenard. Mietek skręca w lewo, w przeciwną stronę niż prowadzi trasa mojego dzisiejszego biegu. Zatrzymuje się 50 metrów dalej.

– Ja.. tam… ale Zenek… dam ci rower… tam jest sklep… wiesz!… kupisz piwo… flaszke… – w głowie Mietka powstał misterny plan. Czas się wycofać.

– Nie! Dobra Mietek. Ja będę leciał.

– Ale gdzie?… Czekaj…

– Nie! Ja lecę. Cześć!

– Cześć…

I tak pobiegłem dalej przed siebie. Będąc już na wiadukcie odwróciłem się do tyłu. Mietek dalej stał tam gdzie go zostawiłem. Poradzi sobie. Dobrze przynajmniej, że jest na swojej wiosce, a nie leży gdzieś w lesie.

REKLAMA

9 myśli na temat “Pijany Mietek

  • 10.05.2012 o 11:52
    Permalink

    Postawa godna podziwu, gość pewnie cię zapamięta! i następnym razem będzie stał z izotonikiem ale % 😉

    Odpowiedz
  • 10.05.2012 o 13:22
    Permalink

    Raz się nie zatrzymałam przy leżącym człowieku i do dzisiaj mnie gnębi czy coś tam się nie stało… Od tej pory zawsze sprawdzam czy jest ok. I zawsze delikwent jest w stanie błogiego alkoupojenia

    Odpowiedz
    • 10.05.2012 o 16:58
      Permalink

      To ja, Tobie i wszystkim innym życzę, aby każdy taki napotkany delikwent był tylko w stanie błogiego alkoupojenia. Oby to nigdy nie było nic więcej 🙂

      Odpowiedz
  • 10.05.2012 o 20:47
    Permalink

    Ja też zatrzymałam się raz na widok nieruchomego człowieka (po zwalczeniu pokusy, by biec dalej udając, że go nie widziałam) i ten delikwent również był w stanie totalnego upojenia. No ale niestety, trzeba.

    Ale że on Cię jeszcze po flaszkę do sklepu wysyłał to dobre 😀

    Odpowiedz
  • 11.05.2012 o 21:28
    Permalink

    ja u siebie dzwoniłam po straż miejską. Tzn na 112, a oni po straż. Człowiek leżał akurat nie w lesie, tylko na murku. Dokładnie między pocztą, przystankiem i piekarnią. Widok koszmarny. Nikt nie wyglądał jakby dzwonił gdziekolwiek, nikt nie podchodził sprawdzić, czy oddycha. Dzieci ciekawie gapiły się z przystanku. Jedyny plus taki, że przynajmniej samoistnie ulokował się w pozycji bocznej mniej więcej ustalonej.
    Wykazałeś bardzo obywatelską postawę odstawiając go na miejsce. Ja bym chyba się nie odważyła. Nigdy nie wiadomo, kiedy taka osoba nagle znajdzie w sobie nowe pokłady energii i będzie agresywna.

    Odpowiedz
  • 13.05.2012 o 19:06
    Permalink

    Ja „Mietka” na swojej biegowej drodze nie spotkałem. Ważne jest jednak to aby postąpić jak Paweł. Zainteresować się i spróbować pomóc. Nawet jeśli nie wiemy jak, to chociaż spróbować. Lepiej zrobić „coś” niż „nic”. Kto wie, kiedy my będziemy potrzebować pomocy…..

    Odpowiedz
  • 13.06.2012 o 11:58
    Permalink

    zarąbista historia. masz Paweł talent do opisywania rzeczywistości 😀
    pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *