Pierwsze kroki z pulsometrem

Cicha Noc, Święta Noc… A w tej nocy biegające Mikołaje, roznoszące biegowe prezenty. Tak się złożyło, że mój Mikołaj wpadł na pomysł kupna pulsometru. Może mnie widział z sań jak wieczorem biegałem?! Może…

REKLAMA

W każdym razie, siedząc przy choince, odpakowałem z czerwonego papieru nieduże biało zielone pudełko. Pudełko samo w sobie nie zrobiło na mnie wrażenia, ale już napis ?heart rate monitor?, zrobił.

Wspominałem o pulsometrze wcześniej, ale przebąkiwałem też o innych, łatwiej dostępnych rzeczach, więc pulsometr był na końcu listy rzeczy spodziewanych. Poza tym w najbliższej rodzinie nie mam biegaczy. Tata jest usportowiony, bo codziennie wieczorem zamienia mały pokój w salę gimnastyczną, ale biegaczem nie jest. Ktoś jednak na ten pomysł wpadł.

Otwieram pudełko dalej. Widzę zegarek i pas na klatkę piersiową. Twarz się cieszy. Serduszko się cieszy. Stół wigilijny stołem wigilijnym, ale pierwsze, co szukam w instrukcji, to jak się ten pas zakłada. Teoretycznie wiedziałem, ale teoria i praktyka ma skłonność do biegnięcia innymi torami. Założyłem pas, dziwnie trochę, ale nie przeszkadza w sięganiu po kolejne kawałki ryby i pierogi. Teraz zegarek. Od razu widzę, że tętno zaskoczyło. Pierwszy pomiar HRwigilijne = 82 bpm. Instrukcja w rękę i jedziemy. Zanim wigilijna uczta dobiegła końca, przedarłem się przez wszystkie opcje i na dobrą sprawę mógłbym iść biegać. No dobra… To by była przesada…

Poszedłem następnego dnia. Tak się idealnie złożyło, że to była sobota, kiedy biegam szeroko pojęte krosy. Biorąc pod uwagę pulsometr, zanim wbiegnę do lasu, miałem zamiar zrobić większy niż zwykle kawałek po asfalcie. Chciałem zobaczyć jak będzie reagował pulsometr, a w zasadzie, to jak reaguje moje serce na bieganie po asfalcie.

Ale wcześniej przydałoby się zapoznać z szeroko opisywanymui przez trenerów zakresami treningowymi. Czyli WB1, WB2, WB3 i WT. W teorii to znam. Ba! Nawet tak biegam, ale kierując się swoim subiektywnym odczuciem zmęczenia. Żeby wyznaczyć zakresy treningowe trzeba znać tętno maksymalne. Łatwo powiedzieć. A najłatwiej wyznaczyć je pulsometrem. Tylko, że w obecnych, zimowych warunkach nie mam szans wykonania takiego treningu, by HRmax osiągnąć. Więc póki, co będę posiłkował się tętnem zmierzonym na palec.

Jakiś miesiąc temu zrobiłem jeden z ostatnich szybkich treningów przed nastaniem pory śnieżnej. Było to 2×3 km. Pierwszą trójkę zrobiłem w tempie 4:50 min/km, a po kilku minutach przerwy zrobiłem drugą trójkę. Ostatnie 500 metrów to już wyciągałem z siebie wszystko, na co mnie było wtedy stać. Tuż po finiszu wyszło mi około 220 uderzeń na minutę. Byłem, delikatnie mówiąc zdziwiony, że aż tyle, bo przecież miało być HRmax=220-wiek. Po krótkiej chwili zmierzyłem jeszcze raz. Trochę spadło, ale dalej ponad 200 uderzeń na minutę.

Może ja tak mam, a może jestem za bardzo zmęczony, by dobrze się doliczyć. Ciśnienie krwi mam najczęściej w górnych rejonach normy, więc może tętno też mam raczej wyższe niż niższe? Podwyższone ciśnienie to jeden z powodów, dla których od kilku lat nie wypiłem ani łyka czarnej kawy.

Później się doczytałem, że maksymalne tętno jest mocno indywidualne. Śnieg stopnieje to się zrobi 2×3 km z pulsometrem. Będzie bardziej wiarygodnie. A tymczasem, co mam z tym fantem zrobić? Przyjąć 220 bpm co na pewno jest wartością przesadzoną, czy może 200 bpm które w jakiś sposób jest realne?

Nic nie przyjąłem i wyszedłem biegać. Starałem się nie patrzeć zbyt wiele na tętno, tylko biec spokojnie tak jak biegam do tej pory. A w sumie to i tak na pierwszych kilometrach więcej gapiłem się w zegarek niż na drogę. Tak to jest dać dziecku zabawkę.

Przy spokojnym biegu moje tętno wahało się w granicach 150-160 bpm. No, ale w końcu jest sobota. Las mnie woła. Dwadzieścia kilka minut asfaltu wystarczy. Ledwo, co wpadłem do lasu, a już mogłem się pożegnać z suchymi butami. Tętno od razu poszło w górę. Starałem się przez jakiś czas trzymać je w rozsądnych granicach. Przebiegłem na drugą stronę obwodnicy. Tętno w granicach 170 bpm. Biegnie się ciężko, ale nie biegnę na tempo, tylko biegnę tak jakbym nie miał pulsometru. Łatwo powiedzieć, bo i tak się za dużo w niego gapię. Biegam wedle zasady, że im gorzej tym lepiej. Mam się zmęczyć, mam płuca wypluć czy co tam jeszcze. Co gorsze odcinki staram się biec szybciej, a na tych mniej interesujących (z lepszą przyczepnością) odpoczywam, by mieć siłę do kolejnych.

Tempo szarpane, bo raz szybciej, raz niemal marsz, ale tętno dobija do 180 bpm. Na ziemi jedne wielkie pole ryżowe. I tak mam w butach mokro, więc jak się nie uda ominąć wody to trudno. W sumie to ciężko miejscami było mówić o omijaniu kiedy woda była wszędzie. Powrót w rejony obwodnicy lżejszy. Tętno spadło w okolice 170-coś. Jeszcze pod koniec przy wybieganiu z lasu funduję sobie w rozmokłym śniegu 100, może góra 200 metrów sprintu. Sprintu, czyli przycisnąłem ile fabryka dać mogła w tej chwili. Tętno ponad 180 bpm i przejście w marsz. Końcówka po asfalcie z finiszem i znowu 180 bpm.

Tak, więc wrażenia z biegu z pulsometrem pozytywne. Cały czas trzymał się mnie dobrze i nie przeszkadzał w biegu. Ani razu sygnału nie zgubił, co chyba też jest ważne. Cyfry są nieźle widoczne. A przynajmniej w dzień, nie ma problemu z szybkim ich odczytaniem. Przyciski też na plus, duże i łatwo można operować zegarkiem nawet w grubych rękawiczkach.

W ten sposób zacząłem zbierać materiał poglądowy do treningu z pulsometrem. HRmax mimo tego całego szumu wokół niego, postanowiłem zignorować, a strefy wyznaczyć na podstawie obserwacji własnego organizmu. Będę je korygował z czasem, ale trzeba od czegoś zacząć. Będę też kontynuował aktualny sposób biegnia i obserwował, co na to moje serducho.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *