Pierwsze buty

Wiem, że biegając powinienem o butach myśleć w pierwszej kolejności. Jednak nigdy tak o nich nie myślałem. Zawsze biegałem w tym, co miałem pod ręką. Buty były po prostu częścią biegowego ekwipunku. Fakt, że niezbędną, ale tylko częścią.

REKLAMA
Moje pierwsze buty? Marki Sprandi, które kupiłem rok czy półtora roku wcześniej i w których jeździłem do pracy, chodziłem na zakupy i używałem ich do wszystkiego tylko nie do biegania.

A jak zacząłem biegać, to w czymś trzeba było się na dwór ruszyć. Więc padło na nie. Innych, bardziej pasujących, nie miałem. Ładne były, ale całkowicie nie nadawały się do biegania. Ale skoro nie miałem biegowych ciuchów, więc i do butów nie przywiązywałem większej wagi. Po prostu w nich biegałem, nie przejmując się niczym. Wytrzymały ze mną jakieś 150-200 km i przedarłem podeszwę na wylot.

Teraz wiem, że nie było to mądre, by zaczynać biegać w tak zniszczonych butach, bowiem o kontuzję bardzo łatwo. A nawet jak nie o kontuzję, to o nadwyrężenie mięśni i ścięgien. To właśnie w tych butach miałem kolanowy kryzys po gwałtownym zwiększeniu kilometrażu. Wtedy tego nie powiązałem ze sobą. Teraz jestem nieco mądrzejszy.

O nowych butach pomyślałem z okazji Biegu Majowego. Chciałem mieć buty tylko do biegania. Takie, które stoją przy drzwiach i czekają tylko na bieganie. Nie na wyjście do pracy czy na piwo! Tylko i wyłącznie do biegania! Nie miałem kasy na nic, co się nazywa „buty biegowe?, więc po buty wyruszyłem nie do sklepu tylko na bazar. Raz byłem, nic nie znalazłem. Poszedłem kolejny raz i w końcu znalazłem buty za 20 złotych, które pasowały na moją nogę i nie były twarde jak chodaki. Miały w miarę miękką i elastyczną podeszwę i przewiewną siateczkę na wierzchu. Wyglądały też całkiem dobrze.

Kupiłem i zacząłem w nich biegać. Zaliczyłem w nich Wielki Bieg Majowy, a potem, gdy przez problemy życiowe stwierdziłem, że bieganie to nie jest „to”, używałem ich do chodzenia po lasach. Ale tylko po lasach. Na co dzień w nich nie chodziłem. Mimo wszystko traktowałem je jako but treningowy.

Kiedy jesienią wróciłem do biegania, znowu w nich biegałem. Były wygodne i lubiłem je, ale przez zimę udało mi się je kompletnie zdewastować. Zdarłem praktycznie całą podeszwę, a z siateczki zostały wióry. Podziurawiły się tak, że nawet wpadając w małe kałuże, od razu miałem mokre stopy.

Bilans kilometrażu w nich – nawet ponad 1000 km. Nigdy nie liczyłem ile w jakich butach przebiegłem.

Zatem czas na nowe buty. Zacząłem myśleć o czymś bardziej profesjonalnym.

Wtedy to moja biegowa grupa wpadła na pomysł byśmy w Maratonie Warszawskim pobiegli w jednolitych koszulkach. Lubię czasami coś zorganizować społecznie, więc dysponując raczej sporym czasem wolnym, pojechałem rozejrzeć się do Decathlonu. Tak się intensywnie rozglądałem, że znalazłem nie tylko koszulki.

Znalazłem Kalenji Ekiden 50…

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *