Pierwsza zima i -20 stopni

Pierwsza pełna biegowa zima była ciężka. Z tego, co można sobie poczytać w sieci czy gazetach to każda zima dla biegacza jest ciężka: zimno, ciemno i ślisko. W sumie normalna pogoda jak na zimę. Ja nie wiedzieć, czemu zawsze zabierałem się za bieganie późną jesienią czy wręcz zimą. I nigdy mi zima czy śnieg nie przeszkadzały.

REKLAMA

W tym roku, jak już niemal co rok mieliśmy ?zimę stulecia?. Śniegu po pachy (miejscami się zdarzało) i zimno jak diabli. A ja cały czas biegałem. To tylko kwestia odpowiedniego ubrania się. Podczas największych mrozów niemal każda część ubioru się dubluje. Albo inaczej można to nazwać. Niemal każdą część ciała okrywa podwójna warstwa odzieży. Zaczynając od czubka głowy gdzie pod klasyczną czapką miewam naciągniętą kominiarkę, począwszy przez podwójne bluzy, rękawiczki i spodnie, a kończąc na stopach w podwójnych skarpetach.

Będąc tak przygotowanym nic mnie nie powstrzymało a powiem więcej, że nawet mnie dodatkowo mobilizowało. To jest dopiero satysfakcja i hart ducha robić nawet kilkukilometrowe przebieżki po lasach w siarczystym mrozie. Jak Rocky Balboa by pomścić Apollo Creeda trenujący na Syberii. Albo jak na słynnych schodach w Filadelfii. Jeszcze tylko wystarczyłoby puścić ?Eye of the Tiger? lub ?Gonna Fly Now? w słuchawkach gdybym biegał z muzyką i czułbym się bardzo Rocky.

Zresztą jak oglądam tą scenę z bieganiem Rocky?ego po mieście, i ostatecznie wbiegnięciem na schody to czuję się jak on. Przynajmniej, jeśli chodzi o bieganie. Pompek na jednej ręce póki, co nie zrobię. I nie wiem czy kiedykolwiek zrobię, choć jedną.

No a że z każdym dniem robiło się zimniej to za każdym razem wychodząc na trening widziałem mniej na termometrze. Dziesięć stopni mrozu nie było niczym szczególnym. A temperatura leciała dalej na łeb na szyję. W końcu zaczęło mnie zastanawiać, w jaką najniższą temperaturę uda mi się wyjść biegać. Biegałem i biegałem a mróz dobijał do -20 stopni Celcjusza.

Minus 20

I dobił. Najzimniejszego dnia wychodząc na trening termometr wskazywał właśnie -20 stopni. Nawet specjalnie wyszedłem jak najwcześniej, aby czasem nie zdążyło się ocieplić. Ubrałem się jak na Syberię, czyli dwie czy tam trzy warstwy wszystkiego. Chyba tylko czapka i slipki występowały na mnie w liczbie pojedynczej. Wybiegłem z założeniem, że będę biegł ile się da, ale 5 kilometrów zakładałem w ciemno, bo to strata czasu by zrobić tylko jeden czy dwa kilometry.

Pamiętam trasę bardzo dobrze. Biegałem po kilometrowej pętli. Wiem, że kilometrowej, bo już wcześniej ją wymierzyłem i już nią biegałem. Nie lubię jej, ale na ten dzień się nadawała idealnie. Blisko domu tak, że mogłem w dowolnym momencie wrócić. I prowadzona w pełni po asfaltowej drodze. Co prawda nie miałem szans zobaczyć asfaltu ale gdzieś tam pod spodem był na pewno.

Jak już mówiłem nie zakładałem ile zrobię. Mimo podwójnych spodni najszybciej zaczęły mi marznąć nogi, dokładniej uda. Resztę ciała tak opatuliłem, że specjalnie nie marzłem. No może jeszcze okolice oczu. Nie dość, że mi było w oczy zimno to jeszcze ciepłe powietrze wydobywające się spod szalika zasłaniającego usta powodowało, że rzęsy strasznie szybko zaczęły przymarzać. Ale dało się przeżyć! Biegłem, biegłem i finalnie zrobiłem 7 okrążeń, czyli 7 kilometrów. Czyli 2 kilometryponad zakładane minimum. Wystarczy! I tak już wymarzłem tak, że wolniej ciężko się ruszać. Wracając autentycznie miałem szron na rzęsach i brwiach a pod szalikiem osłaniającym usta i noc sople z cieknących glutów. Normalnie bym nos w pobocze opróżniał, ale spod szalika było, co najmniej ciężko smarkać.

Było ciężko jak nie wiem, ale jestem zadowolony. Teraz mogę mówić, że biegałem przy -20 stopniach mrozu. I to nie tak, że na chwilę, ale grubo ponad pół godziny na dworze. Choć jakby podsumować ile zajęło ubranie i rozebranie się to jeszcze by wyszło, że cały trening trwał pełną godzinę.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *