Pierwsza „połówka”

Pisałem już, że od maja zacząłem wydłużać dystanse. Godzina biegania przestała być problemem, więc w weekendy zacząłem biegać po półtorej godziny. Po kilku tygodniach i to przestało być problemem. Zacząłem się zbliżać do granicy 2 godzin.

Pierwszy atak (może nieco zbyt wielkie słowo) na owe dwie godziny ciągłego biegu, nie udał się z banalnego powodu.

REKLAMA
Po mniej więcej godzinie biegu, zerkając na czas, jakimś nawet sobie nieznanym sposobem, odpaliłem następne okrążenie i czas ruszył od nowa. Odnotowałem, że biegłem już 1 godzinę i 8 minut. Spoko, biegnę dalej.

Wracając z pętli przez Wiskitki, znowu zerknąłem na stoper. Z domu na rynek w Wiskitkach mam jakieś 25-30 minut, co jak łatwo policzyć, w obie strony daje 50-60 minut biegania. Pętli nie zacząłem od domu, tylko od skraju lasu, więc około 10-15 minut można było odjąć. Ale co jest?! Stoper mi pokazuje jakiś głupi czas. Nawet jeszcze godziny nie ma, a przecież już była, gdy wybiegałem z lasu. Mózg, jak to mózg, podczas biegu pracował wolniej i chwilę mi zajęło odnotowanie, że pewnie na międzyczasie wyzerowałem? Ale, że jak wyzerowałem?! Kij bombki strzelił, trzeba improwizować. Było 1:08, to zostało mi 52 minuty do wybiegania. Zrobiłem większe kółko po osiedlu i w momencie, gdy zobaczyłem 52 minuty z groszami, na najbliższym skrzyżowaniu, zatrzymałem się.

Dopiero w domu zaczęły się rozważania. Nie zgadzało mi się coś. Nie jestem szybki, ale wyszło, że biegłem jak ślimak. I to jeszcze po kontuzji. Nie może być. Zacząłem się zastanawiać, co i jak i bym się zastanawiał dłużej, gdybym nie przyjrzał się na międzyczasy, a raczej na czasy dwóch okrążeń. A tam 1:02 i 52 minuty. Ups?

Co się okazało? Że sprawdzając czas zrobiłem niechcący międzyczas i puściłem drugie okrążenie. Nie wiem, jakim cudem to zrobiłem, ale tak musiało być. Okazało się też, że pomyliłem 8 z 2 (co nie jest w biegu trudne), potem przez to źle policzyłem drugą część trasy i zamiast biec zakładane 2:00 biegłem 1:54. Szkoda? Za tydzień się poprawię.

Za tydzień znowu wyszedłem z założeniem biegania przez 2 godziny. Pobiegłem w inną stronę. Już nie Wiskitki, aby nie kusić losu i nie łapać międzyczasów na okrążeniach, gdy się po tych okrążeniach nie biega. Wybór padł na pola otaczające miasto. Trasa jak zwykle improwizowana, bo takie są najlepsze. Biegło się przyjemnie i nadspodziewanie lekko. Powiedziałbym, że aż dziwnie lekko. Ale nie protestowałem. Biegnąc przez Henryszew, miałem okazję biec po świeżutkim asfalcie. To już nie ta sama wieś, co kiedyś, gdzie stały tylko typowo wiejskie domki. To nie ta sama droga, na której miejscami było więcej dziur niż całego asfaltu. Teraz jest gładki asfalt i domy, że momentami szczęka opada.

Będąc w Henryszewie, zerknąłem na zegarek – już ponad godzina, ale jest spoko. Oszacowałem w myślach, że obiegając miasto wokół osiedla Wschód, Teklin, czy jak się ono oficjalnie nazywa, będzie akurat kolejna godzina. Czyli, że będą 2 godziny razem.

Więc, biegłem sobie przed siebie wyznaczoną trasą.

Obiegłem pół miasta i dalej miałem mnóstwo brakującego czasu do dwóch godzin. Wyboru nie miałem wielkiego, bo nie miałem aż tyle czasu, by wracać poza miasto, więc biegłem przez jego środek najgłówniejszą z głównych ulic. Cisza, spokój?

A właśnie, czy pisałem, że ostatnie kilometry biegłem, gdy było już ciemno? Nie pisałem? Więc było już ciemno, a ja leciałem przez miasto główną ulicą. Zawróciłem nad tunelem i wracałem. Przebiegając w drodze powrotnej przez plac Jana Pawła II, czyli główny plac Żyrardowa, postanowiłem jeszcze trochę zaszpanować i zrobić z siebie reklamę biegania. Zrobiłem dwa kółka wokół placu. Godzina była późna, więc ludzi spacerujących nie było wcale, ale za to ogródek przed Tygielkiem wyładowany po brzegi. Niemalże czułem na sobie te wszystkie dziwne spojrzenia. Ciekawe, co myśleli? Ciekawe, czy ktoś znajomy był tam dzisiaj?

Zerknąłem po raz kolejny na zegarek. No! Teraz już na pewno będą pełne dwie godziny biegu! Już na pewno się uda. Mogłem w końcu pobiec w stronę domu i przestać kombinować, jak koń pod górę, gdzie dalej wydłużać trasę.

Trasa pierwszego treningowego półmaratonu

Wybiegając z placu, zostało mi dosłownie parę minut. Końcówkę biegłem na totalnym luzie i co ciekawe wcale nie tak bardzo zmęczony jakby się mogło wydawać po dwugodzinnym bieganiu. A do domu dobiegłem w czasie 2:02:54, czyli z całkiem sporym zapasem ponad 2h.

Potem tradycyjnie zasiadłem do komputera, by zmierzyć trasę. No i klikam od punktu do punktu. Klikam i klikam? I wyszło 21,1 km, czyli idealny półmaraton. Ale numer! Ale na spokojnie skasowałem całą trasę i sprawdziłem jeszcze raz, tym razem dokładniej mierząc dystans. No nie, jednak półmaraton. Dokładnie 21,1 km. Pełne zaskoczenie i pełne zadowolenie. Moja pierwsza życiówka w półmaratonie. I to zrobiona zupełnie niechcący.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *