Olsztyński las mekką biegaczy?

Życie (w tym bieganie) najbardziej zaskakuje nas kiedy zupełnie się tego nie spodziewamy. Mnie tez zaskoczyło. Chciałem zrobić lekki rozruch i liznąć nieco nowego lasu do biegania. Okazało się, że najpierw się w nim zgubiłem, a potem zacząłem spotykać innych olsztyńskich biegaczy, którzy poprowadzili mnie na ścieżkę, którą po dzisiejszym dniu mogę określić „mekką olsztyńskich biegaczy”.

REKLAMA

Zgubiłem się!

Cholera! Zgubiłem się! Miałem biec tą leśną drogą 30 minut i wrócić. Ale kto przypuszczał, że droga skończy się już po 25 minutach?! A była taka fajna, leśna i niby, że na mapie prosta to lekko meandrująca i co ciekawsze, cały czas falująca to w górę, to w dół. Dlaczego ta droga się skończyła? Cholera! Że też musiałem wymyślić, że pobiegnę dalej i spróbuję zrobić pętelkę skręcając kilka razy w lewo. Pomysł „świetny”!! Szczególnie w nowym lesie! A już szczególnie kiedy żadna droga nie chciała w lewo skręcić. Niedobrze! Albo muszę wrócić po własnych śladach – co było jedynym rozsądnym rozwiązaniem, albo… No właśnie…. Nie było drugiego rozsądnego rozwiązania. Tylko po jaką cholerę biegnę cały czas prosto?!

Po 34 minutach walki z tym, że „ja przecież nigdy nie zawracam” musiałem przyznać, że nie wiem ani gdzie biegnę, ani jak wrócić z powrotem do Olsztyna. Chcąc, nie chcąc… zatrzymałem się na środku drogi i zawróciłem.

Ubiegłem może 300 metrów kiedy z przeciwka zobaczyłem biegacza. Szybki rzut oka wystarczył bym dostrzegł koszulkę i buty Adidasa. Tempo też miał żwawe. On musi wiedzieć gdzie jest!
– „Hej, mam pytanie. Jak stąd dobiec z powrotem do Olsztyna? Wbiegłem do lasu ta drugą równoległa do drogi na Butryny, ale teraz już nie wiem gdzie jestem. Tą drogą dobiegnę do Olsztyna?”
Kolega zatrzymuje się na chwile i stopuje zegarek.
– A ile chcesz biec? – po tym pytaniu wiem, że dobrze trafiłem.
– No tak jeszcze jakieś 30-40 minut.
– No to biegnij tędy prosto do krzyża. Przy krzyżu w prawo. Potem jakieś dwa kilometry taką dużą równą szutrówką i dobiegniesz do asfaltu. Przed tym asfaltem w prawo w taką małą równoległą.
– Ten asfalt to droga na Butryny?
– Tak.
– OK – przytakuje i powtarzam jeszcze raz od początku na głos czy dobrze zapamiętałem. Jest OK, więc życzymy sobie powodzenia i biegniemy. Na odchodne pada też sakramentalne pytanie o wyniki. Jako, że jestem w koszulce Orlenu chwalę się swoim 3:30, kolega gratuluje, a w odpowiedzi mówi że on zrobił 2:57!!. Dla mnie to kosmiczny wynik. Nasze tempa treningów też się różnią. Tak więc kolega tempem 4:50 min/km biegnie nieco z przodu. Ja, uznawszy, że to ciut za szybko, biegnę za nim swoim 5:10-5:15 min/km. Przed krzyżem choć przewaga się powiększyła do kilkuset metrów kolega macha mi jeszcze ręką w prawo. Dla pewności.

Kilometr czy dwa dalej wypatruje już asfaltowej drogi na Butryny. Ale zamiast asfaltu z przeciwka widzę kolejnego biegacza. Korzystając z okazji pytam się „Do Olsztyna dobiegnę?!” co jak się okazało było wstępem do kolejnej dłuższej pogawędki. Ten kolega również mi potwierdził, że dobrze biegnę, ale przy okazji wymieniliśmy się całą masą innych doświadczeń i wrażeń. Znowu też odnośnie mojej koszulki padło pytanie „Ile zrobiłeś?”. Chwilę to trwało, ale w końcu każdy z nas pobiegł w swoją stronę.

A potem zaczęła się droga do Olsztyna…

Trasa biegowa po olsztyńskim lesie

Droga na Butryny – mekka biegaczy

Ledwo wbiegłem na ziemną drogę równoległą do asfaltu na Butryny, a już zobaczyłem przed sobą biegacza w niebieskim. Znikał co chwilę na zakrętach i za górkami, ale widziałem, że jestem coraz bliżej. Wiedziałem, że go dogonię. Ale nie tak szybko!! Zanim dogoniłem niebieskiego, to ledwo się spostrzegłem a mnie wyprzedził biegacz w czerni. Chwile potem czarny wyprzedził niebieskiego. W tym momencie poczułem się jak na jakichś przełajowych zawodach. Czarny ucieka z przodu. Niebieski za nim a ja gonie niebieskiego. Normalnie szal! W Żyrardowie tak nie ma!

Ale to jeszcze nie wszystko, bo im bliżej Olsztyna tym stężenie biegaczy na kilometr kwadratowy lasu wzrastało. Nie wiem czy pamiętam wszystkich ale odnotowałem jeszcze biegacza w zieleni. Odnotowałem też pamiętną serię 4 czy 5 dziewczyn, na które natrafiałem w równych kilkuminutowych odstępach. Wszystkim im machałem, mówiłem cześć i o dziwo wszyscy moje pozdrowienie odwzajemnili. Usłyszałem albo cześć, albo zobaczyłem machnięcie, albo uśmiech (oczywiście od biegaczki).

Tak więc nie wiem ilu biegających spotkałem – 10 na pewno, a może i ciut więcej tylko coś mi się już pomyliło w obliczeniach. Wygląda na to, że chcąc obiec kawałek nowego lasu, trafiłem na mekkę olsztyńskich biegaczy. Od paru lat na wakacjach tu biegam, a przez ten cały czas nie spotkałem ich tylu co w jeden sierpniowy wieczór.

I pomyśleć, że wystarczyło się zgubić aby trafić do mekki.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *