Olsztyn ’11 – Ostatni trening i podsumowanie

W niedzielę, dzień po wyprawie do Wińca, nie planowałem już wielkiego biegania. Zasadniczo niedziela to z reguły długie wybieganie, ale w ten weekend i w ten tydzień wybiegałem już taką ilość kilometrów, że nie było innej opcji niż luźny bieg. To miał być ostatni bieg tego urlopu, więc wybrałem się na swoją ulubioną pętlę dookoła jeziora.

REKLAMA
Pod koniec pierwszej pętli doszedłem do wniosku, że robienie podwójnej (jak to miałem w zwyczaju) może być nieco zbyt forsowne. Nie chcąc jednak wracać do domu już po pół godzinie, skręciłem w stronę pobliskich bloków. Obiegłem kawałek osiedla dookoła, minąłem się z biegaczem, który na pierwszy rzut oka wyglądał podobnie do jednego z uczestników wczorajszego triatlonu i po jednym przymusowym postoju na czerwonym świetle, skręciłem z powrotem w boczne uliczki kierując się ku swojej bazie.

Gdy byłem już tuż, tuż, od domu wpadłem na pomysł zrobienia „wisienki na torcie”. Skoro ten bieg jest podsumowaniem urlopu i całego szalonego biegowego tygodnia to zakończę go czymś charakterystycznym. Taki „cr?me de la cr?me”.

Więc minąłem bloki i pobiegłem w dół nad Łynę. Tam pod przydrożnym krzyżem zawróciłem i bez chwili przerwy zacząłem biec z powrotem pod górę. Jakieś 20 lub ciut więcej metrów przewyższenia na kilkuset metrach długości. W zeszłym roku na tej górce poległem. Teraz nie miałem zamiaru. Początek łagodnie, ale tak w 2/3 długości robi się całkiem ostro pod górę. Na szczęście po asfalcie. Starałem się przycisnąć, by się uwinąć jak najszybciej. W końcu to już ostatnie metry. Na szczycie byłem zmęczony, ale zadowolony. To by było na tyle tego tygodnia.

Trasa ostatniego treningu

Podsumowanie:
Dystans: 11,90 km; Czas: 1g:01m:45s; Tempo: 5:11 min/km

Jeszcze zanim wróciłem do domu i rozpisałem sobie wszystkie treningi wiedziałem, że trenowałem za mocno. Widziałem to po tętnie, które zdecydowanie za często było w granicach 160 bpm zamiast 150 bpm. Tak samo wiedziałem, że przebiegłem łącznie w ciągu tego tygodnia ponad 110 km gdzie moją normą jest 80. Zrobiłem też 3 akcenty zamiast dwóch. A na dobrą sprawę to akcent sobotni, czyli ponad 46 km w ciągu jednego dnia można liczyć co najmniej podwójnie. A, i jeszcze górki. Warmia i Mazury to nie Tatry, czy chociaż Bieszczady, lecz dla mnie – biegacza z nizin – morenowe górki i pagórki też stanowiły pewne wyzwanie.

Ale gdybym miał jechać jeszcze raz na ten urlop, to na pewno nie biegałbym ani mniej, ani wolniej. Zgadzam się, że zmusiłem swój organizm do ciężkiej pracy, ale tam tego nie czułem. Tam mnie uskrzydlała okolica i fakt, że nic nie musiałem. To był mój urlop, czas tylko dla mnie i to co chciałem robić. A chciałem biegać!

A gdy już się spakowałem i wracałem stamtąd, miałem to zajebiste uczucie dobrze wykonanej roboty. Znowu mi się w głowie zapalił neon „Good Job!”. Ten tydzień dał mi treningowo więcej niż dwa czy trzy tygodnie u siebie. Wróciłem lepszy, silniejszy, wytrzymalszy. W to wierzę. I już tęsknię „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…” jak pisał nasz Wieszcz.

 

A teraz garść liczb, które z tych lub innych powodów lubię.

Przebiegłem w ciągu tego tygodnia 118,35 km, co stanowi nowy niepodważalny rekord mojego tygodniowego kilometrażu. Nie sądzę, bym miał szybko ten wynik poprawić. Na pewno nie w tym roku. Może za rok znowu na Warmii i Mazurach?

Skoro rekord kilometrażu to i rekord czasu spędzonego na bieganiu w ciągu tygodnia. Biegałem łącznie przez prawie 10 i pół godziny (dokładnie – 10:26:22). Mnóstwo czasu! I tempo też wyszło niczego sobie, bo 5:18 min/km. Rekordowe ono nie jest, ale na dziś dzień, w pierwszej piątce najszybszych tygodni się łapie.

Podliczyłem sobie też ilość przewyższeń, które przez ten tydzień podbiegłem. Nie wiem na ile to dokładny pomiar, ale z tych wszystkich górek uzbierało się 461 metrów. Czyli dokładnie dwa Pałace Kultury w Warszawie razem z iglicą postawione jeden na drugim. Biorąc pod uwagę, że zawsze wracałem do punktu wyjścia, musiałem też te prawie pół kilometra przewyższeń zbiec w dół. Moje biedne kolanka…

A i na koniec jeszcze jeden rekordzik, który może być ciężko poprawić. To sobota i 46,5 km jednego dnia. Toż to więcej niż maraton. Fakt, że na raty, ale jakby nie patrzeć tyle przebiegłem. I to całkiem żwawo, z plecakiem po nie do końca rozpoznanym terenie. Normalnie dumę czuję!

Więcej o wakacjach w Olsztynie ?11

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *