Olsztyn ’11 – IMPACT Winiec Triatlon

Zaczęło się w sobotę, 6 sierpnia 2011 roku o godzinie 5:30. O tej godzinie wstałem. Powyłączałem jednak bezużyteczne budziki i zacząłem się szykować. Camela już wcześniej miałem spakowanego. Tak samo miałem naszykowaną kupkę z ubraniami na dziś. Co ciekawe, wcale nie czułem się zmęczony. Pewnie to moja głowa, wiedząc o tym, co mnie czeka, zaczęła produkować adrenalinę czy jakieś inne hormony odsuwając w kąt zmęczenie.

REKLAMA

Punkt 6:00 byłem w taryfie. Znaczy się taksówce. Nie chciałem ryzykować biegu na stację lub przesiadania się autobusami. A nuż widelec nie zdążę. Taksówka jednak jest najpewniejsza.

Dojechałem na stację Olsztyn Zachodni grubo przed czasem. Kupiłem bilet i po kilkunastu minutach oczekiwania wsiadłem do pociągu jadącego do… dokądśtam, ale na pewno przez Ostródę. W pociągu po raz kolejny sprawdziłem zawartość plecaka, po raz kolejny przetarłem okulary i wyglądając przez okno odliczałem kolejne stacje do Ostródy: Naterki, Unieszewo, Biesal, Satre Jabłonki… hmm?! Co to za krople na szybie? Nosz… Zaczęło kropić.

Z Ostródy do Wińca

Do Ostródy kropić nie przestało. Wysiadłem i postałem chwilę na tej mżawce. Niby niewielka ta mżawka, ale jakby nie było, mam co najmniej dwie godziny biegania przed sobą. Decyzja była taka, że zmieniam lekką bluzę na deszczak. Zrobiłem to w dworcowej poczekalni. W międzyczasie za plecami usłyszałem jakiś ironiczny komentarz. „Pewnie sama ledwo do kiosku dobiegasz” – pomyślałem w odpowiedzi. I wyszedłem… I pobiegłem…

Początek przez miasto. Wzdłuż torów, potem wzdłuż jeziora, niedaleko zamku i tuż pod oknami koleżanki, która tego dnia miała dokonać wielkiego wyczynu. Ostróda zostawała mi szybko za plecami. Przeciąłem trasę numer 7 Warszawa-Gdańsk i okolica stała się podmiejska. Mżawka zamieniła się na krótką chwilę w deszcz. Pierwszą zagwozdkę miałem tuż za „siódemką” na rozstaju dróg. Po raz pierwszy tego dnia zatrzymałem się na krótką chwilę, by sprawdzić mapę. Kawałek dalej, widząc otwarty spożywczak, druga przerwa, tym razem na kupienie zestawu snickersów.

Dalej już bez postojów. Biegłem trzymając się głównej drogi. Lekkie pagórki, póki co, nie stanową problemu. Ciekawe jak będzie dalej?

Skręt w Międzylesiu przy krzyżu. W głowie mi zadzwoniło, że za chwilę wbiegnę w las, i że prawdopodobnie opuszczę go dopiero będąc u celu. Dalej lekko mżyło. Tuż za Międzylesiem natrafiłem na śluzę. Jedną z tych słynnych śluz, które podnoszą statki do góry, bądź opuszczają je w dół. Szybka fotka i w las.

Śluza Mała Ruś

Trasa złagodniała. O ile wybiegając z Ostródy i w Międzylesiu były pagórki, to tutaj czułem prawie jak u siebie. Czyli płasko jak na stole. Biegłem trzymając się zielonego szlaku. Trasa minęła szybko i dobiegłem do drogi na Tabórz. Kilkaset metrów drogą wojewódzką i znowu na leśny szlak. Tu na mnie czekała dłuuuga prosta do Tardy. Minęła już godzina biegu, więc wchłonąłem pierwszy żel energetyczny i popiłem Izostarem. Teoretycznie powinno się żele popijać wodą, ale skoro mam cały bukłak Izostara to cóż poradzić.

Biegłem przez sam środek Lasów Taborskich. Zacząłem z nudów zastanawiać się nad hasłem „Samotność Długodystansowca?, które było mocno adekwatne do sytuacji. Przestało też mżyć. Pod sam koniec tej prostej, po siedmiu kilometrach biegnięcia na wprost przez las, minął mnie kolarz. Kolarka, kask, ciuchy typowo rowerowe – też pewnie do Wińca jedzie.

Dobiegłem do Tardy. Jak to było z tą drogą tutaj? Nie przypomniałem sobie, więc rozpiąłem plecak i po raz drugi i ostatni tego dnia sprawdziłem mapę. Teraz w lewo i za zakrętem w prawo drogą na Liksajny. Spokojnie. Znowu przez las. Tym razem wzdłuż jeziora. Tego samego jeziora, w którym odbędzie się konkurencja pływania triatlonu, na który zmierzam. To już niedaleko. Na zegarku już ponad półtorej godziny minęło, więc góra pół jeszcze przede mną.

W końcu wbiegłem do Wińca. Jeszcze kawałek i będę na miejscu. Kilkaset metrów przed miejscem organizowania Winiec Tratlonu słyszę dźwięki dobywające się z oddali. Już tuż, tuż. I nagle dociera do mnie z oddali „A teraz numer 17 – zawodnik jakiśtam”. Czyli prezentacja zawodników. Wiedząc, że moja koleżanka, której biegnę kibicować ma numer 19 przyśpieszam. Cisnę ile mogę. Słyszę prezentację osiemnastki i w końcu niemal w momencie, gdy dopadam do bramy wyczytują koleżankę. Cholera! Nie zdążyłem. Pół minuty szybciej i bym był idealnie. A tak – mała kiszka.

Ale i tak do Wińca dotarłem w czasie poniżej dwóch godzin, co jest wynikiem niezłym zważywszy na prawie 23 kilometrową trasę.

Trasa z Ostródy do Wińca

IMPACT Winiec Triatlon

Teraz się role miały odwrócić. Ja miałem odpoczywać, a koleżanka się męczyć i walczyć z triatlonem. Zawodnicy wystartowali punkt dziesiąta, a ja się cały czas kręciłem w pobliżu. Podczas pływania, mimo że nie wiedziałem, którą kropką jest koleżanka, to stałem na brzegu i gapiłem się w chmarę pływaków. Najlepsi zaczęli wychodzić… tfu… wybiegać z wody po 12 minutach!! Prawdziwi twardziele! Ja czekałem cierpliwie na koleżankę. Doczekałem się po 24 minutach. Wyszła z wody, przesiadła się na rower, machnąłem jej na drogę i miałem wolne. Nie miałem, kogo wypatrywać. Przynajmniej nie tak szybko. Rozgościłem się w drugiej strefie zmian i czekałem.

Winiec IMPACT Triatlon - strefa zmian

Podczas wyczekiwania usłyszałem informację o wypadku i złamanej ręce jednego z zawodników. Miałem tylko nadzieję, że to faktycznie zawodnik, a nie zawodniczka. Informacja o personaliach nieszczęśnika długo nie pojawiała się w Winieckich kuluarach, ale w końcu wszystko stało się jasne. To zawodnik z numerem 18. Nie wiem, który to, bo obchodziło mnie tylko, że zawodnik z numerem 18, a nie z 19! Koleżanka jedzie dalej.

A pechowcowi życzę z tego miejsca szybkiego powrotu do zdrowia!

Po dwóch godzinach od rozpoczęcia zawodów zobaczyłem koleżankę. Widać było jej zmęczenie. Na szczęście zmiana poszła gładko i wyruszyła na trasę ostatniej konkurencji – biegania. Tym razem już obyło się bez machania.

Została godzina oczekiwania. W tym czasie znowu rozgościłem się w strefie zmian dopingując kolejnych zawodników zmierzających już do mety. Ilość osób pod bramą przerzedzała się wraz z kolejnymi zawodnikami kończącymi triatlonowe zmagania. Wiedząc, że koleżanka celuje w 3h na mecie, na przebiegnięcie 10 km, została jej jedna godzina. Czyli w sam raz. Nie obraziłbym się jakby przybiegła wcześniej, ale w 3 godziny powinna się uwinąć. Mając na zegarku 2:50 wyszedłem jej na spotkanie. Idąc tak noga za nogą nie musiałem długo iść, by ja zobaczyć. Biegła do mety. Na oko wygląda lepiej, niż po zejściu z roweru, czyli jest dobrze.

Pobiegłem kawałek obok niej w stronę mety a potem zająłem strategiczne miejsce do robienia zdjęć.

Wpadła na metę z ramionami uniesionymi do góry i ukończyła Winiec Triatlon w upragnione 3 godziny! Jeszcze raz Wielkie Gratulacje!

Z Wińca do Ostródy

Potem różne ceremonie, medale, puchary, wspólna kąpiel w jeziorze, posiłek i inne okołotriatlonowe czynności i mieliśmy wracać. Ja – biegiem, a świeżo upieczona triatlonistka – obok na rowerze. Wybór mieliśmy dwojaki. Albo wracać przez Tardę, czyli trasą, którą do Wińca przybiegłem, albo przez Miłomłyn, czyli trasą kompletnie inną. Koleżance nie robiło to większej różnicy i decyzja co do wyboru trasy spadła na mnie. Jako że trasę przez Tardę już znałem, wybrałem Miłomłyn.

Winiec IMPACT Triatlon - trasa

Początek przez pola i lasy na zmianę. Podążaliśmy końcówką pętli biegowej, ale pod prąd. Teren lekko pagórkowaty, ale całkiem przyjemny, bo w większości w dół. Podbiegów mało i mało wymagające. Wiele z tego odcinka trasy nie pamiętam, bo większość drogi do Miłomłyna przegadaliśmy o bieganiu.

Z tego też powodu droga mijała nadspodziewanie szybko. Miłomłyn pojawił się nam zdecydowanie szybciej, niż mogłem się spodziewać. Według zegarka już prawie godzina biegu, a mi się wydało jakbym raptem kilka kilometrów przebiegł. Miłomłyn widziany z biegu sprawia całkiem sympatyczne wrażenie. Jakaś kościelna wieża, kilka sklepów i jakiś piknik pod gołym niebem. Przez chwilę pomyślałem, by skorzystać z okazji i wlać coś do bukłaka na drogę, ale jednak szybko odrzuciłem tą myśl.

Za Miłomłynem mieliśmy kolejny wybór, czyli albo skręcić w drogę wzdłuż starej linii kolejowej albo biec na wprost i jak najszybciej wbiec w las. Było gorąco, więc wybraliśmy prosto w las. A raczej chyba ja wybrałem, bo to ja stwierdziłem, że jest gorąco i że można szybciej wbiec do lasu. Jej, temperatura aż tak nie przeszkadzała, bo w końcu na rowerze miała lżej.

W lesie zaczęło się najlepsze. Bo ja biegłem, po prostu biegłem. A Ona, mając przewagę dwóch kółek zaczęła zbierać grzyby zostając mi za plecami. Ja, oczywiście, niewiele myśląc biegłem przed siebie. Wiedziałem, że bez problemu mnie dogoni. No i tak się rozpędziłem, że na którymś leśnym rozstaju źle skręciłem. Słyszałem echo samochodów z krajowej „siódemki” i wiedziałem, że biegnę w dobrą stronę. Raz w prawo, raz w lewo, raz trochę w górę. Miło i przyjemnie. Zaczęło mi kołatać czy na pewno dobrze biegnę. Nie biegłem dobrze, bo dobiegłem do jeziora. Odruchowo skręciłem w lewo i po kilkuset metrach zobaczyłem drogę krajową numer 7. O żesz… Zgubiłem się!

Jezioro Srebrne

Wróciłem do jeziora i przerwa. Czas stop, wyciągamy mapę. Z racji tego, że miałem dwa punkty odniesienia, czyli drogę krajową i jezioro (jak się okazało Srebrne) to widziałem gdzie jestem. Na logikę miałem dwie opcje. Albo bieg wzdłuż tego jeziora, potem wzdłuż jeziora Drwęckiego i prosto do Ostródy. Lub też trochę się wrócić i nadrobić dystansu dobiegając do drogi po starej linii kolejowej. Przeszło mi też przez myśl, by zadzwonić do koleżanki, ale kiedy doszedłem do wniosku, że to i tak by w niczym mi nie pomogło, a mogłoby tylko wprowadzić pewną nerwowość, zrezygnowałem. Zacząłem robić to co powinienem zrobić i co mi całkiem nieźle wychodzi, czyli biec dalej.

Na starą drogę kolejową wróciłem szybko. Szybciej niż się spodziewałem. Zostało mi jeszcze tylko nie wiem ile kilometrów na wprost. Gdzieś za sobą widziałem dwójkę rowerzystów. Przede mną nikogo. Biegłem. Nie wiem, po jakim czasie, ale zacząłem zwalniać. Wody! – krzyczał mój organizm. Wody nie miałem, więc biegłem dalej. Raz, drugi i trzeci przechodziłem w marsz aż w końcu dogonili mnie rowerzyści. Potem znowu im odbiegłem. Potem znowu mnie dogonili i w tym momencie spytałem się czy jakiejś wody nie mają. Okazało się, że mieli, oraz że poczęstowali mnie małą butelką na drogę i że też z Wińca wracali.

Po kilku łykach znowu rozpostarłem skrzydła. Znowu złapałem tempo, przyśpieszyłem i korzystając z faktu, że na pewnym odcinku drogę łatwiej przejść, niż przejechać zostawiłem rowerzystów z tyłu. I tak dobiegłem aż do stacji w Ostródzie. Rowerzyści minęli mnie kilka minut później, a kolejne kilka minut po nich dojechała do mnie koleżanka. Okazało się, że ona tą dwójkę widziała przed sobą, a w porywach widziała nawet mnie. A najzabawniejsze z tego wszystkiego dla mnie jest to, że to ja-biegacz, podążałem pierwszy przez jakieś 7 kilometrów, mając cały czas za sobą rowerzystów. I w takiej też kolejności dotarliśmy do Ostródy.

Trasa z Wińca do Ostródy

I tak zamiast planowanych 20 kilometrów w drodze powrotnej zrobiłem prawie 22. A pogubienie drogi w Ostródzkich lasach było całkiem sympatyczne. Zawsze jakiś smaczek i jakieś ciekawe wspomnienie do kolekcji.

I na tym prawie się zakończyła wyprawa do Wińca. Pogratulowałem po raz sto dwudziesty trzeci koleżance i wsiadłem do pociągu do Olsztyna. Potem przesiadka do autobusu na Jaroty, a potem… Wysiadając z autobusu znowu zapiąłem camela, poprawiłem okulary i ruszyłem przed siebie biegiem. Zanim dobiegłem do domu, do i tak szalonego kilometrażu, dokręciłem jeszcze 2 kilometry.

Trasa tam i z powrotem z Ostródy do Wińca

A kilka dni później dostałem na pamiątkę, z pakietu startowego triatlonu, smycz i dwa breloczki Nadleśnictwa Miłomłyn – one są dla mnie jak medale.

Podsumowanie:
Z Ostródy do Wińca – Dystans: 22,63 km; Czas: 1g:59m:14s; Tempo: 5:16 min/km
Z Wińca do Ostródy – Dystans: 21,72 km; Czas: 1g:58m:30s; Tempo: 5:27 min/km
W Olsztynie ? Dystans: 2,14 km; Czas: 10m:21s; Tempo: 4:50 min/km

RAZEM: Dystans: 46,49 km; Czas: 4g:08m:05s; Tempo: 5:20 min/km

Więcej o wakacjach w Olsztynie ?11

REKLAMA

Jedna myśl na temat “Olsztyn ’11 – IMPACT Winiec Triatlon

  • 16.08.2011 o 14:33
    Permalink

    Wow! To sobie wycieczkę zorkanizowałeś! Brakuje tylko zdjęcia tratlonistki;))

    A swoją droga, to właśnie myślałam ostatnio czy 30-stke, która mnie za tydzien czeka nie „wywieźć się” w jakieś miejsce, zeby znowy nie krecić w kółko tych samych tras..

    Paweł, dzięki za odp w sprawie wątpliwości nt. tempa maratońskiego;))

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *