Olsztyn ’10 – Warmio żegnaj!

Im więcej biegałem dookoła Olsztyna, tym wpadałem na bardziej zwariowane pomysły, gdzie można biegać. Jezioro już znałem, bo już nad nim bywałem parę razy. Bywałem od różnych stron, wiedziałem, że od jednej strony jest koszmarny podbieg, z drugiej przełajowa dróżka samym brzegiem jeziora, ale nigdy jeszcze go nie okrążyłem. Więc czemu nie spróbować?!

REKLAMA

Zaczęło się od zbiegu, na którym to w mękach kończyłem poprzedni bieg, tylko że tym razem, pokonywałem go w dół. Wiedziałem, że skoro zbiegłem tyle w dół, to gdzieś trzeba będzie to podbiec.

Zaczęło się niemal od razu, bo niemal od razu po zbiegu zaczął się całkiem spory podbieg. Nie był przesadnie stromy, lecz dawał się we znaki, tym bardziej, że nie miałem chęci odpuszczać. Tak w teorii znowu wbiegam na poziom osiedla. Ale co? Dobiegłem do szczytu, widzę jezioro, ale? Znowu w dole. Więc znowu zbieg. Lecę mocno w dół. Biegnę tak, żeby nie przegiąć, oraz co ważniejsze, żeby nie wywinąć orła. Zbieg z czasem łagodnieje, ale się ciągnie dosyć długo.

Dobiegłem do Bartążka i do jeziora. To na pewno najniższe miejsce tej trasy. Dalej już wiedziałem, co mnie czeka. Wbiegłem w wąską i przeoraną we wszystkie strony dróżkę wzdłuż jeziora. Biegnę zakosami, od czasu do czasu schylając się pod jakimiś gałęziami, czasami przeskakując lub obiegając kałuże. Trzeba uważać na to gdzie się stawia nogi, bo o skręconą kostkę tu nie trudno. Zmieniam w międzyczasie plan. Nie biegnę w piach tylko cisnę z powrotem na osiedle. Mam ochotę się tutaj porządnie zmęczyć i powalczyć z samym sobą. Więc walczę. Pod koniec tej dróżki bez problemu przegoniłem samochód. W takich dziurach, to nie było specjalnie trudne. Został mi jeden zakręt i ostatnia prosta. Pikuś. Tyle, że ta prosta jest idealnie prosta i cały czas pod górę. Będzie wesoło! Ale co mi tam, jeszcze mam siłę przebierać nogami. Im bliżej szczytu tym tej energii mniej, ale nie po to skróciłem trasę, finiszując pod górę, by na ostatnich metrach stanąć. Wbiegłem na szczyt z wywieszonym jęzorem. Było super. Najlepsza trasa i najlepszy bieg ze wszystkich dotychczasowych. Czas 34:59, czyli pewnie niezły, sądząc po zmęczeniu i profilu trasy, ale jaki dystans? Kto wie? Wymierzę po powrocie do domu.

Jezioro Bartąg

Mało! Jeszcze bym pobiegał. Zrobiłem 10 minutową rundkę marszobiegową po piachach i wyszedłem z powrotem na asfalt. Już bez ciśnienia, pobiegłem polatać trochę po znanych z pierwszego dnia pobytu ścieżkach rowerowych. Już na luzie. Nawet światła na skrzyżowaniach mi nie przeszkadzały. Mam zielone ? biegnę, nie mam zielonego ? trudno, spróbuję przepchnąć znak lub jakieś drzewo. Po prostu sobie biegłem. Zero stresu, zero kontroli.

Dokąd właściwie biegłem? Nie mam pojęcia. Spojrzałem na zegarek. Dobiję do 15 minut i zawracam na najbliższym znaku, światłach, przystanku, czymkolwiek, choć trochę charakterystycznym. Piętnasta minuta wypadła przed Realem. Pierwszą myślą była zawrócenie dookoła przez parking, ale stwierdziłem, że mi się nie chce, więc zawróciłem na znaku. Dosłownie na znaku, bo w biegu się go złapałem i siłą rozpędu zatoczyłem koło. Zawróciłem.

Końcówka niby cięższa, bo trochę pod wiatr i trochę pod górę, ale miałem świadomość, że to pewnie ostatnie kilometry tego roku w Olsztynie. Przycisnąłem jeszcze trochę. Mogę powiedzieć, że ostatni podbieg, choć wielki nie był, pobiegłem bardzo aktywnie.

I to, by było na tyle biegania po Warmii i Mazurach.

Dopiero po powrocie do domu przemierzyłem wszystkie trasy w Google Earth i co mi wyszło? Że w 7 dni samego biegania wyszło 70 km. A, gdzie jeszcze inne urlopowe atrakcje? Gdzie spacery, gdzie kajaki, gdzie kilometry spędzone w autobusach oraz barach? Nic dziwnego, że po urlopie byłem taki wypruty.

Więcej o wakacjach w Olsztynie ’10

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *