Olsztyn ’10 – Warmio witaj!

Nie wiem, w którym to było momencie, ale podjąłem decyzję, że w tym roku wyjazd na wakacje, będzie moim obozem biegowym. Pojadę jak zwykle do Olsztyna, ale z nastawieniem, aby biegać. Zwiedzałem już tamte okolice samochodem i pieszo, a teraz będę po nich biegał. Uprzedziłem znajomych o moich zamiarach i w pierwszych dniach sierpnia zjawiłem się na Warmii.

REKLAMA

Zacząłem z grubej rury i już pierwszego popołudnia wyszedłem biegać. Nie miałem wiele koncepcji, gdzie można biegać, więc wybrałem się na przebieżkę po Olsztyńskich ulicach. Wiedziałem, że są szerokie chodniki i ścieżki rowerowe, więc będzie spokój. Spokój pod względem trasy był, choć z jednym zastrzeżeniem: światła na skrzyżowaniach, wybijały z rytmu. A żeby ten bieg nie był taki całkiem bez celu, postanowiłem dobiec do jeziora Kortowskiego.

Na Kortowo trafiłem bez problemu. W drodze powrotnej znowu światła, bo wracałem tą samą trasą. Zacząłem się zastanawiać, że może to i dobrze, bo w końcu teren lekko pofałdowany i albo trochę pod górę, albo trochę z górki, a światełka dawały chwilę na złapanie oddechu. Byłem zły na światła i na mniejszych uliczkach, jeśli nic nie jechało, przebiegałem na czerwonym. Na dużych skrzyżowaniach tak się nie dało, więc aby nie stać jak ten kołek, to się rozciągałem. Końcówka szybsza, bo mniejszą ulicą i bez świateł, ale za to pod górę. U siebie mogę biegać po ciężkim terenie, ale nie wiem jak bym się starał, to nawet takich łagodnych górek nie znajdę, co tutaj.

Nauczony pierwszym biegiem, że ze światłami lepiej nie igrać, na kolejny bieg zmieniłem trasę, bo zamiast chodników i ścieżek rowerowych, postanowiłem przedrzeć się przez las. Celu biegu nie zmieniłem, nadal było nim jezioro Kortowskie. Trasa okazała się rewelacyjna. No i cięższa, bo poza miastem górki większe, ale nic tam. Początek trasy znałem. Resztę znałem na zasadzie, że nauczyłem się mapy i powiedzmy, że wiedziałem, czego się spodziewać.

Warmio witaj!

Więc mogłem się spodziewać wszystkiego, ale nie spodziewałem się, dwóch rzeczy. Pierwszą było trafienie w lesie na dziwki, czekające na okazję. Niby nic wielkiego, ale zaskoczyło mnie to. Nie skorzystałem, pobiegłem dalej.

Kawałek dalej była druga niespodzianka. Bardziej męczącą, bo nie spodziewałem się, że będę się musiał przedzierać prawie nieistniejącą ścieżką po korzeniach i krzakach. Super. Pełna jazda, tylko byle gleby nie zaliczyć. Na dłuższą trasę przydałyby się długie nogawki i rękawy, ale wiedziałem, że daleko nie jest.

Wypadłem z lasu na Kortowo. Całkiem chcący pobiegłem na stadion. A raczej taki miałem zamiar, bo nigdy na nim nie byłem i nie miałem pojęcia, gdzie się dokładnie znajduje. Wiedziałem tylko, z pewnego źródła, że można bez problemu wejść i pobiegać.Olsztyn wita gości!

 

Na stadion trafiłem bez problemu. Myślałem, że będzie większy luz, ale nie, ludzi jest całkiem sporo. Biec tam, czy nie biec? Biec! No i nie zatrzymując się, ani nie zastanawiając wiele, wbiegłem na stadion.

Były grupy trenujące biegi normalne, były grupy płotkarzy, była grupa skoków w dal, a nawet byli tacy, których nie rozszyfrowałem, co trenują. Czułem się jakbym się władował między wódkę a zakąskę, ale wpakowałem się na pierwszy tor, na którym akurat nikogo nie było i zacząłem biegać w kółko. Pewnie to przez miękką tartanową nawierzchnię biegło mi się tak przyjemnie. Można bardzo szybko zrozumieć trenerów i bardziej profesjonalnych biegaczy, którzy robią na tartanie interwały i w ogóle odwalają tu całą pracę nad szybkością.

Wybiegłem ze stadionu i teoretycznie kierowałem się w stronę osiedla. Powrót mniejszymi uliczkami tak, aby na zbyt wiele świateł się nie wpakować. Udało się, choć końcówkę biegło się ciężko. I nie odważę się wskazać, dlaczego: czy górki, czy za szybko było na stadionie, czy może też za długo, bo łącznie całość zajęła ponad półtorej godziny. Pewnie wszystko po trochu.

Więcej o wakacjach w Olsztynie ’10

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *