Olsztyn ’10 – Unieszewo

Warmiński bieg numer cztery był najwolniejszy, ale też najbardziej męczący i szalony, by nie powiedzieć, że głupi.

REKLAMA

Wracając pociągiem z Ostródy, miałem w plecaku całość mojego biegowego ekwipunku. Jeszcze przed wejściem do pociągu zastanawiałem się czy nie wysiąść wcześniej i resztę drogi do Olsztyna przebiec. Kusiło mnie niesamowicie.

Wszelaki racjonalizm kazał mi jechać do Olsztyna, ale moja wrodzona chęć do podejmowania wyzwań mówiła co innego. Czy kiedyś jeszcze będę miał możliwość by zrobić taki bieg? Pewnie nie? Jestem zmęczony, ale co to będzie, jak po prostu uwalę się spać? Nic, prześpię swój urlop. Biłem się z myślami i stwarzałem przed samym sobą pozory racjonalności, ale wiedziałem, że wysiądę wcześniej i pobiegnę.

Wysiadłem w Unieszewie. W połowie drogi pomiędzy Ostródą i Olsztynem. Miejsce dobre jak każde inne. Nikt więcej nie wysiadł z pociągu ze mną. Nikt też nie wsiadł. Pociąg odjechał. Zrobiło się pusto. Teraz już nie ma odwrotu. Trzeba biec!

Nikogo nie było, więc przebrałem się na peronie. Świecenie tyłkiem było tutaj równie bezpieczne jak głęboko w krzakach. Po chwili, przebrany w odpowiedni strój, pobiegłem. Drogę z grubsza znałem, bo w zeszłym roku planowałem wymarsze w te okolice. Wymarszu nie było, ale w głowie mi coś zostało.

Bieg zacząłem powolutku, bo plecak ciążył, a gorąco lało się z nieba. Jeszcze zanim wytoczyłem się z Unieszewa, zakupiłem butelkę wody na drogę. Spakowałem ją do plecaka ? teraz już był ciężki jak diabli. Ciuchy plus woda. Skróciłem szelki do minimum, aby nie latał po plecach. To nie jest plecak do biegania.

Biegło się nieźle. Za Unieszewem był Sząbruk. Gorąco, ale oprócz tego, że się pociłem było dobrze. Piłem wodę, więc bilans płynów mi się zgadzał. Izotonik byłby lepszy, ale przez najbliższe kilkanaście kilometrów mogłem o nim zapomnieć. Nawet do plecaka już się przyzwyczajam. Jest z nim o tyle inaczej, że trzeba być lekko pochylonym podczas biegu do przodu, by zrównoważyć jego ciężar. A tak poza tym, byłem dobrej myśli.

Sząbruk

Sporo sił zostawiłem we wsi o adekwatnie brzmiącej nazwie – Siła. Domów widziałem jak na lekarstwo i gdyby nie zielona tabliczka to bym nie wiedział, że to jakaś ludzka osada. Był tam długi podbieg. Nie wiem ile miał długości, ale kilometr lub więcej było cały czas pod górę. W takiej ciepłocie czułem, że pływam. Koszulka lepiła się do pleców. Plecak ciągnął w dół. Jedna wielka masakra. Na ostatnich 100 metrach zwątpiłem. Myślałem że stanę, że nie wbiegnę do końca, lecz dałem radę. Na szczycie przerwa na marsz z butelką wody i ruszyłem dalej. Od tego podbiegu już nie było tak różowo. Od tego miejsca zaczęło być ciężko.

Dotarłem do Tomaszkowa gdzie straciłem orientację gdzie biec dalej. Musiałem skorzystać z pomocy chłopaka na skuterze, którego się spytałem o drogę na Bartąg. Wiedziałem, że stamtąd już trafię. Wyjaśnił mi trasę dosyć dokładnie i pobiegłem jakąś wijącą się po polach dróżką. Trasa była przyjemna, lecz zza horyzontu zaczęły się wyłaniać burzowe chmury. Może być zabawnie. No nic, nie mam wielkiego wyboru, choć w głowie zaczyna się kołatać myśl, co robić jak przyjdzie burza. Czy nie powinienem jakoś zmodyfikować trasy pod tą okoliczność? Tylko jak, skoro nie bardzo wiem gdzie biegnę i muszę ufać, że nie zostałem przez tego chłopaczka wpuszczony w maliny.

Podbieg przed Dorotiwem

Dobrnąłem do lasu zanim chmury dotarły do mnie. To podobno ten sam las, którym się przedzierałem na Kortowo. Podobno. Znowu musiałem ufać. Ale jest dobrze, bo wygląda na to, że gość miał rację i poprowadził mnie dobrą drogą. Niestety tylko, że im jestem bliżej celu to trasa gorsza. Przebiegłem przez las i wybiegłem na drogę, którą już biegałem wcześniej. To ta droga z paniami na rogatkach. Już czułem, że jestem w domu i byłem zadowolony. Wiem, że jeszcze jeden mocny podbieg mnie czeka, ale będzie dobrze.

Było prawie dobrze, bo gdy skończył się las, to zaczęło padać, a nawet przez chwilę lało. Biegłem dalej, bo co? Tyle już przetrwałem, to mam się deszczu przestraszyć? Nie ma mowy! Zresztą to już nawet się z deszczu cieszyłem, bo chyba tyle przeszkód na raz to jeszcze nie miałem podczas biegania. Będzie, co wspominać na stare lata.

Na szczęście wielki deszcz trwał bardzo krótko. Było już blisko, widziałem olsztyńskie zabudowania, ale już od paru kilometrów nie miałem wody. W lesie nie miałem jak kupić. W Bartągu, zamiast od razu skręcać w stronę Olsztyna, pobiegłem do sklepu. No żesz go! Zamknięty!

?Jest niedziela, a to jest mały wiejski sklepik gamoniu? ? pomyślałem, pukając się w czoło.

Ostatni podbieg robiłem bez wody i znowu w słońcu. Ale już nie biegiem, tylko marszobiegiem. Nawet maszerując było ciężko, ale już nie miałem siły cisnąć pod górę. Miałem za to chęć zejść z drogi i położyć się plackiem w trawie w słońcu i leżeć. Płaską końcówkę przebiegłem i zawitałem w końcu na osiedle.

W Olsztynie

Koniec na dziś, jestem wypruty. Dopadłem do osiedlowego sklepu i co tam, że wyglądam jak siedem nieszczęść ? kupiłem duuużą butelkę wody, duuużą coca-colę i położyłem się z nimi na trawniku przed sklepem. Finito!

Więcej o wakacjach w Olsztynie ’10

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *