Odkrywca lasu

Biegnę. A raczej szuram nogami. Bawię się telefonem. „Kurza twarz, dlaczego w rękawiczkach tak ciężko trafiać w klawisze” – myślę sobie. „Pewnie, dlatego że są dotykowe” – podpowiada głosik z tyłu głowy. Ale się nie poddaję. Pstrykam fotę. Ooo! Cóż za urocze zdjęcie ściółki leśnej! A może bym tak sobie zrobił zdjęcie? Więc próbuję. Robię kilka. Bawię się dalej. W biegu nakręcam krótki żenujący filmik, który skasuję po powrocie do domu.

REKLAMA

A potem widzę, że zawsze zarośnięty i zalany zielony szlak nie jest już zarośnięty. Wykarczowali go. Hmm… Ciekawe czy da się przebiec…

Pobiegłem. Przecież nic się nie stanie. To zwykła droga. Tylko zobaczę jak wygląda sytuacja. A wyglądała nieźle. Co prawda przy samych torach było dużo rozjeżdżonej ziemi i trochę błota, ale to nie to co bywa tu normalnie czyli woda po kostki. Albo głębiej.

Błoto na zielonym szlaku

Przedarłem się do torów. Przeskoczyłem przez rów i wdrapałem się na torowisko. Bułka z masłem. Wracać? Patrzę na kontynuację zielonego szlaku po drugiej stronie torów. W międzyczasie słyszę nadjeżdżający pociąg. Zastanawiam się chwilę i gdy pociąg mnie mija zbiegam w krzaki po drugiej stronie torów.

Biegnę dalej prosto zielonym szlakiem. Muszę uważać na nieduże, ale jednak gęste krzaki po obu stronach ścieżki. To rejon gdzie ludzie rzadko bywają, więc ścieżka jest, jaka jest. W sumie należy się cieszyć, że jest jakakolwiek. Dobiegłem do głównego skrzyżowania. W lewo mam główną przecinkę.

Wygląda nieźle, wody w lesie mało, więc postanowiłem zrobić rekonesans. Pobiegłem na wprost. Znałem tą drogę i byłem już raz na niej. Biegłem nią od drugiej strony i utknąłem w wodzie i krzakach. Z tej strony droga wygląda zdecydowanie inaczej. Szeroko, sucho, gładko. Nawet nie widać miejsc gdzie mogłyby się bajora robić. Pełen luksus.

Pozdrowienia z lasu

Dobiegam do skrzyżowania, które nazwałem sobie „rondo”. Czemu? Bo krzyżowało się tu pięć różnych dróg. A pośrodku tego skrzyżowania jest kępa z kilkoma sosenkami. Jak wysepka na rondzie. Przez rondo pobiegłem prosto, widząc już z daleka miejsce gdzie kiedyś utknąłem. Postanawiam pobiec tam, wrócić i sprawdzić pozostałe dróżki.

Dwieście metrów dalej widzę kolejną dróżkę. Kolejna droga w lewo, w stronę torów gdzie są największe bajora. No nic. Będzie do sprawdzenia. Miejsce, które kiedyś mnie skutecznie zatrzymało, mijam jak gdyby nigdy nic. Dobiegam do trasy Skierniewickiej. Wracam.

Nie dobiegam do ronda i skręcam w tą drogę w stronę torów, którą przed chwilą mijałem. Ubiegłem sto metrów i dobiegam do rozwidlenia. „Czy w tej części lasu każda droga się musi  r o z w i d l a ć ?!” Biegnę tą, która wygląda na główną. Nie dobiegam do torów. Droga skręca w lewo i staje się zaskakująco normalna jak na ten rejon lasu. Dziwnie się czuję. Mam wrażenie, że na tej drodze ludzie pojawiają się tak rzadko, że aż… rzadko! Biegnę tak kilkaset metrów. Zaczyna się błoto. Ale bez wody, więc daje radę. Nie takie błota się pokonywało. Na wirażu widzę też kupę. Tak, tak, dobrze czytacie. Widziałem wielką, czarną kupę! Rzekłbym, że tak dużej jeszcze nie widziałem. Przebiega mi przez myśl, że musiało ją zrobić jakieś wielkie, czarne zwierzę. Brrr… Może jednak nie będę o tym myślał. Kawałek dalej droga normalnieje i w końcu dobiegam do… ronda.

Na rondzie prosto. Kolejną zaskakująco komfortową ścieżką dobiegłem do szlabanu, za którym była trasa Skierniewicka. Ale to nie koniec. Po drugiej stronie też jest ścieżka. No to co? To biegniemy!

Ścieżka mnie prowadziła. Nie miałem wiele możliwości zboczenia z niej. Po prostu był jeden główny szlak, a wszystkie boczne dróżki były tak małe, że nie warte uwagi. W lesie namierzam „bliznę”. Długi, zygzakowaty, ale niezbyt głęboki dół. Jakby zapadlisko. Nie wiem jak to coś nazwać. Skojarzyło mi się z blizną, więc tak niech zostanie. Przynajmniej będę mógł to jakoś nazywać.

Leśne zapadlisko

Za blizną droga wiedzie mnie w kierunku znajomych polanek. Już tu kiedyś biegałem, ale nie pamiętam dokładnie jak. Tuż przed polankami widzę obiecującą drogę w prawo. Notuję ten fakt w pamięci i biegnę dalej. Za polankami droga się ciągnie. Lekko w prawo, lekko w lewo, potem znowu lekko w prawo… Ciekawe gdzie wybiegnę? Widzę jakieś prześwity. Droga mnie prowadzi w ich stronę. Zaraz się dowiemy gdzie dobiegłem. A dobiegłem do węzła na obwodnicy. Dociera też do mnie, że cały ten czas od polan biegłem tą samą drogą co kiedyś, ale jej nie poznałem.

Na zegarku dopiero co 40 minut, więc zawracam. Gdybym w tym miejscu chciał wracać do domu byłbym tam za jakieś 15 minut. Góra!

Wróciłem do polanek i już prawie miałem pobiec z powrotem przy bliźnie do szlabanu, gdy pomyślałem, że przecież nie wiem gdzie ta droga przy polankach prowadzi. Więc pobiegłem sprawdzić. Dobiegłem do głównej drogi leśnej, czyli jednej z tych, które biegną przez las na przestrzał. I znowu to samo co pół godziny temu – wiedziałem, co to za droga, ale znałem tylko jej przeciwległy kraniec. Z tej strony jestem pierwszy raz.

Pobiegłem prosto. Po kilku krótkich minutach przeciąłem drogę na Benenard i dalej biegłem prosto. Widziałem znowu budowę obwodnicy, gdy nagle dotarło do mnie, co to za kupa piachu, którą od jakiegoś czasu widziałem spośród drzew. To jest przejście dla zwierząt!!

Przejście dla zwierząt

Może się wydać dziwne, że przejście dla zwierząt wywołuje u mnie takie emocje, ale jest w tym jednak logika. Przejście jest wielką kupą piachu, która przetacza się przez obwodnicę. Zwierzęta, które będą chciały w tym miejscu przejść, będą musiały wejść pod górę z jednej strony i zejść z drugiej. I właśnie to jest to co mi się najbardziej podoba. Wejść i zejść, wbiec i zbiec. Już mi się mordka cieszy na myśl, jakie będę mógł tu robić podbiegi.

Cień na obwodnicy

Tylko musiałem znaleźć dobre miejsce, którym można się na przejście dostać. Znałem, co prawa wejścia od tamtej strony, ale skoro jestem „po tej drugiej” to czemu by tego nie sprawdzić. Droga, którą przed chwilą tutaj dobiegłem średnio się nadawała.

Pobiegłem z innej strony. To był strzał w dziesiątkę. Może ta druga dróżka nie była komfortowa, ale jednak była i prowadziła prosto pod przejście. Stanąłem u stóp podbiegu i patrzyłem się tak chwilę. Chwila chyba była za długa, bo zacząłem marznąć. Pierwszy zimny dreszcz skutecznie przypomniał mi o bieganiu.

Znowu wróciłem do polanek. Byłem tu już trzeci raz tego dnia i wreszcie zaświtało mi, z której strony przybiegłem tu kiedyś. Mapa w mojej głowie stała się kompletna. Już wszystko wiedziałem. Zostało jeszcze tylko sprawdzić jedną dróżkę.

Łąka w lesie

Obiegłem bliznę, minąłem szlaban, skręciłem na rondzie w prawo, potem w lewo i dobiegłem do tego rozwidlenia, które mnie intrygowało. Ostatnia droga do sprawdzenia na ten dzień. Pobiegłem. Droga kluczyła między drzewami. Wiedziałem, że biegnę w najbardziej niedostępny i najczęściej totalnie zalany, zakątek lasu. Dziś było wody mało, więc mogłem biec i się rozejrzeć. Dobiegłem do torów i wybiegłem na drogę wzdłuż torów. Lekko poszło. Odwracam się za siebie i próbuję zapamiętać cechy charakterystyczne tego miejsca. Polana po lewej, prześwit na wprost, no i drzewa… Mam wrażenie, że to na nic. Jak nie zadziała moja intuicja to w przyszłości przegapię ten skręt.

Pobiegłem wzdłuż torów. Kilkaset metrów dalej widzę dół. Tutaj pewnie normalnie płynie jeden z tych zapomnianych śródleśnych strumyków, który zalewa całą tą okolicę. Widzę, że przez ten strumyk przerzucone są drzewa. Coś mi się przypomina, że kolega kiedyś opowiadał o przedzieraniu się przez ten kawałek lasu i chyba mówił, że w najgorszym miejscu trzeba po drzewach przechodzić. Tak mi coś świta. W każdym razie dziś wody nie ma. Trochę błotka, ale takie trochę to tyle, co nic. Ciekawe jak tu jest w „porze deszczowej”? Ciekawe czy chcę to wiedzieć.

Dalej droga normalnieje z każdym krokiem. Dobiegam znowu do obwodnicy. Znowu mi się mordka cieszy. Widzę schody, które prowadzą w górę na nasyp. Schody… Można po nich pobiegać. Wolę, co prawda przejście dla zwierząt, ale tak w ramach walki z rutyną będzie można i po schodach się powspinać.

Nasyp obwodnicy

Przebiegam przez tory. Jestem znowu po „swojej stronie” lasu. Chcę obiec budowę nasypu. Biegnę z prawej strony, a tam wielka góra żółtego piachu. Nie da się jej obiec z żadnej strony. Mógłbym spróbować przez ten piach, pewnie by się dało, ale robotnicy są, sprzęt jeździ, nie chcę ryzykować.

Wracam pod wiadukt i obiegam z lewej. Nie obiegłem. Skręciłem w drogę wzdłuż torów. Znowu biegłem wzdłuż torów tylko tym razem po drugiej stronie. Droga szeroka, więc idzie nieźle. Z wybojami daję sobie radę. Biegnę tak kilkaset metrów i droga się zwęża. Uh! Ale biegnę dalej. Teraz już mnie krzaczki i trawa łaskocze. Im dalej tym gorzej, ale biec się da. Kolejne kilkaset metrów i ścieżka robi się bardzo nieprzystępna i raczej odpycha, niż zaprasza do biegu. Nauczony doświadczeniem, że drogi równoległe do torowiska są podwójne, uciekam przez krzaki na tą bardziej oddaloną od torów. Tam było idealnie, sucho, gładko i szeroko.

Biegnę dalej i zastanawiam się, dokąd będę musiał tak biec. W końcu biegnę w przeciwną stronę niż swój dom. Szukam skrętów w prawo, ale nie ma. Nie chodzi o to, że nie ma dróg, bo ich nie ma, ale nie ma też ścieżek, scieżynek, szcieżątek… Nie ma nic, w co można by było skręcić.

Nagle w najbardziej bagnistej części lasu (to samo miejsce gdzie po drugiej stronie torów jest rozlewisko i leżą drzewa nad strumykiem) widzę coś. To naprawdę jest coś. Ledwo widoczna ścieżka, prawie niewidoczny prześwit w drzewach. Ale skręcam i biegnę. Niemal od razu wbiegam na torf. O żesz… biegnę przez wyschnięte rozlewisko. Czuję miękkość pod nogami. Przelatuje mi myśl, że mi noga zaraz wpadnie po kolano lub, że zacznie się woda. Staram się o tym nie myśleć. Wiem, że daleko nie jest. Dam radę!

I nagle mnie zamurowało. Widzę drzewo przewalone w poprzek ścieżki. Wyjścia mam dwa. Albo obejść lub obiec drzewo, ale przy okazji mogę wpaść w jakieś bajoro. Albo przeczołgać się pod spodem po torfie…

Wybieram wariant trzeci. Zawracam!

Wróciłem do drogi wzdłuż torów. Biegnę dalej. Nawierzchnia coraz bardziej wątpliwa. Po co ja się tu pchałem?! Lekkie błoto i straszne wertepy. Przebiegam przez jakiś rów. Chyba to ten sam paskudny leśny ciek wodny. Tu też leżą jakieś gałęzie w poprzek. Przebiegam i znowu mnie zamurowało. Dwa przewalone drzewa w polu widzenia. I kolejne błocko.

Pierwsze drzewo niczym przeszkody na torze dla koni. Dwa pnie w poprzek drogi, jeden nad drugim. Za wysokie, by przeskoczyć. Schylam się i przechodzę pomiędzy. To jedyna opcja.

Drugie drzewo, że tak powiem klasycznie. Pojedynczy pień tuż nad ziemią. Przeskakuję górą. Lądowanie miękkie. Aż mi but w błocie zostaje. Ale biegnę twardo. Po prawej widzę młodnik, a przez młodnik jest droga która prowadzi do normalności. Tyle wiem, bo tam już biegałem. Zostało tylko to błoto. Więc prę do przodu. Mimo że większość lasu jest względnie sucha tu jest błoto. Wolę nie myśleć, co tu jest po deszczach.

Las sosnowy

Przedarłem się, błoto się skończyło. Skręcam w młodnik. Droga jest zgodnie z planem. Z pół roku nią nie biegłem, ale nic się nie zmieniło. Kilkaset metrów dalej wybiegam na czarną drogę. Tą drogę już znam na pamięć.

Dość! Koniec! Wracam do domu.

REKLAMA

Jedna myśl na temat “Odkrywca lasu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *