„Najlepszy” – konfrontacja książki z filmem

Najlepszy to historia Jerzego Górskiego – narkomana, który był na krawędzi. Cudem przeżył, a wychodząc z dna wspiął się na szczyt wygrywając Double Ironmana. Na kanwie tej historii powstał film i książka.

REKLAMA

W ciągu 24 godzin przeczytałem najpierw książkę a potem wylądowałem w kinie na seansie. I było warto!

Nie jest to historia lekka. Zacząłem od książki otwierając ją wieczorem. Wiedziałem, że będą dragi ale prolog mnie niemal zabił. Nie lubię, nie chcę sobie nawet wyobrażać tego jak mogło w rzeczywistości wyglądać wstrzykiwanie sobie czekolady do płuc. Wiedziałem też, a raczej mogłem się spodziewać, że to będzie też punkt zwrotny całej historii.

Pierwsza cześć książki i całej historii to powolne toczenie się na dno. Wychowanie w na ulicy. Imprezy, papierowy, alkohol, narkotyki. Wyrywanie się z domu aby tylko w nim nie być. Z czasem, właściwie nawet bardzo szybko historia nabiera rozpędu i ląduje po raz pierwszy na milicyjnym dołku, których potem było jeszcze wiele więcej. Psychiatryk. Więzienie. Z biegiem stron robi się coraz bardziej depresyjnie i wręcz trupio. Umierają koledzy, pojawia się heroina w coraz większych dawkach i coraz większe upodlenie. Choć nie jest to lekkie i przyjemne człowiek znając finał, zastanawia się jak to możliwe aby z takiego dołu wyjść. Przed oczami mamy wrak człowieka, który zrobi dosłownie wszystko za kolejną działkę. Człowieka który sam się zabija i w pewnym momencie już nie jest na dnie, ale przypieprza w nie z takim impetem ze ślady zostaną mu do śmierci.

I wtedy następuje ta lepsza część. Można rzecz, że następuje przemiana. Tak jak przez pierwsze kilkadziesiąt stron staczaliśmy się z bohaterem na dno tak powoli zaczynamy się z niego wygrzebywać. Podobnie jak w ćpaniu bohater tutaj też chce być najlepszy. Zaczyna się niewinnie od „Nie umiem pływać. Nie mam roweru. Kiepsko biegam… Może coś z tego będzie.” Z czasem wszystko zaczyna składać się w całość. Przypominają mu się dawne sukcesy sportowe. Co rozdział to dokonuje czegoś wielkiego. Coś czego po byłym narkomanie nikt normalny by się nie spodziewał. Jest to momentami, aż za piękne. Za szybkie. To taki „American dream” w naszym Polskim wydaniu.

Choć nie jest to lektura lekka i przyjemna to „wciągnąłem” książkę właściwie na raz. Kiedy skończyłem czytać było po północy. Wiedziałem, że za dwanaście godzin będę już siedział w kinie.

Najlepszy - Łukasz Grass

Tak też się stało. Dziwnie się ogląda film mając przed oczami sceny z książki. Nie jest natomiast dziwne, że historia pisana na ekranie jest nieco inna niż ta pisana w książce. Zmieniają się szczegóły, ale nie zmienia się historia. Pojawia się za to kilka nowych wątków. Przede wszystkim dziewczyna z czasów narkotyków i dziecko, które także staje się motorem zmian bohatera. A to nie jedyny romantyczny akcent, którego w książce próżno szukać.

Film też kładzie większy nacisk na część sportową. W książce połowa historii to dragi a drugie pół to wyjście z dołka i sport. W filmie narkotyczny etap został skrócony do trzeciej części filmu. Reszta to inspirująca walka bohatera z własnymi demonami i powolne pięcie się na szczyt. Pod tym kątem film został zrealizowany perfekcyjnie. Kadry, sceny, gra aktorska, wszystko to sprawiało, że czuło się wręcz ból i wysiłek Jurka aby wygrzebać się z narkotyków i być najlepszy w zupełnie czymś innym. W triathlonie. I dla tej drugiej części warto do kina iść.

Polecam też przeczytać książkę, bo po ostatnim dniu nie wyobrażam sobie filmu bez przeczytania książki, a książki bez obejrzenia filmu. Wiem też, że teraz książkę przeczytam jeszcze raz.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *