Może pana podwieźć?

Biegnę obwodnicą. Prace budowlane zbliżają się ku końcowi, więc pod stopami mam gładki, czarny asfalt – doskonałą nawierzchnię do równego, szybkiego biegu. Zbliżam się do końca obwodnicy. Widzę skrzyżowanie o ruchu okrężnym, zwane potocznie rondem, które kończy drogę. Dobiegnę do niego, obiegnę je dookoła i będę wracał z powrotem. Kilkaset metrów przed rondem słyszę za sobą warkot silnika. Jakiś skuter czy motor. W pierwszej chwili go ignoruję. Potem dźwięk się zbliża… i zbliża… i zbliża!!

REKLAMA

W głowie zapala mi się lampka ostrzegawcza. Odwracam się w biegu przez ramię, co to za motor za mną jedzie. A to nie motor tylko skuter. Na nim elegancko ubrany gość, który z szerokim uśmiechem, zadaje pytanie:
Może podwieźć? – Jego uśmiech trwa dalej. Widać, że się nabija.
– Nie no! Dzięki! – Odpowiadam równie szeroko szczerząc zęby.

Skuter zjeżdża z powrotem na prawą stronę, a ja biegnę lewą szczerząc się do siebie. Sytuacja była zabawna, więc się cieszę. Taki żart zdecydowanie ożywia i ubarwia trening.

Ten gość żartował… Ale kiedyś spotkałem takiego, który naprawdę chciał mnie podwieźć!

Było to ładnej i słonecznej, lecz nie upalnej, niedzieli. Wracałem przez Tomaszew z długiego wybiegania. A raczej byłem na długim wybieganiu. Za sobą miałem już jakieś 20 kilometrów. Do domu zostało jeszcze tylko około sześciu.

Droga prowadzi mnie skrajem lasu. Ciepłe słońce w zenicie świeci w moją twarz od strony zielonych łąk. W oddali widzę pojedyncze brzozy i świerkowy zagajnik. Na niebie przemykają leniwie chmury. Lekki wiatr wpada między drzewa szeleszcząc liśćmi. W polu widzenia nie mam ani jednego domostwa. Ostatnie widziałem jakiś kilometr wcześniej. Kolejne zobaczę za kolejny kilometr.

Nie ma domów, nie ma ludzi, nie słychać szczekających psów z oddali. Czasem tylko zapieje gdzieś kogut czy zaśpiewają ptaki na drzewach. Cisza, spokój i tylko ja sam z każdym krokiem będący bliżej swojego domu.

Słyszę delikatny szmer i szelest obuwia na ziemnej drodze. Na plecach mam plecak z bukłakiem, w którym cichutko przelewa się woda. Jeszcze ją mam. Jeszcze bulgoce. Słyszę swój rytmiczny oddech. To jedyne odgłosy, jakie mi towarzyszą.

Wsłuchuję się w dźwięki otaczającego świata i biegnę. Po prostu biegnę.

Z zadumy wyrywa mnie odgłos samochodu.

Przed sobą nic nie widzę, więc zerkam przez ramię. Faktycznie jedzie za mną samochód. W biegu nie widzę marki ani większych szczegółów, poza tym, że lata świetności to auto ma już chyba za sobą. Jest jeszcze jakieś kilkaset metrów za mną i jeszcze trochę czasu minie nim mnie dogoni. Póki co, jedzie bujając się na boki na nierównej drodze. Tędy łatwiej biegać niż jechać.

Co jakiś czas zerkam za siebie gdzie jest samochód. Za każdym razem jest bliżej, lecz zbliża się powoli. Dopóki mnie nie dogoni nie mam zamiary nic z tym faktem robić.

W końcu słyszę, że jest już blisko. Już jest bardzo blisko. Lustrując otoczenie drogi, oceniam czy zmieści się by mnie wyprzedzić oraz w które pobocze mogę ewentualnie zbiec czy zejść. Na szczęście dogania mnie w momencie, kiedy droga jest względnie równa i szeroka.

Zbiegam do lewej krawędzi łapiąc butami trochę igliwia, patyków i resztek zeszłorocznych liści. Widzę kątem oka, że zaczyna mnie wyprzedzać. Spokojnie zmieścimy się razem na drodze. Mogę się przyjrzeć teraz, co to za samochód jechał za mną od prawie kilometra.

Jest to niebieski Opel Astra, rocznika nienajświeższego. Zmatowiały na wierzchu, pewnie zardzewiały od spodu, myjni niewidzący od dłuższego czasu. Auto zdecydowanie z ubiegłego wieku, lecz jako samochód do jeżdżenia od wsi do wsi, idealny. Na niedzielny wyjazd do kościoła się nie nadaje.

Przemieszczamy się tak chwilę razem, ja biegnąć on jadąc, aż w końcu uchyla się szyba w samochodzie. Widzę spracowanego pana w średnim wieku za kierownicą, który się uprzejmie pyta:

Może pana podwieźć?

– Nie dziękuję, ja biegam.

– Podwiozę pana, nie będzie musiał pan tak biec!

– Ale ja właśnie chcę tak biec. Ja trenuję bieganie.

Chwila ciszy… Lekko chroboczący dźwięk pracującego silnika… Ja biegnę, on jedzie…

– Naprawdę nie musi mnie pan podwozić. Do Żyrardowa już nie daleko.

– I pan tak będzie biegł? To kawał drogi! Mogę pana podrzucić!

– Uhm (przecież to tylko jakieś 30 minut biegu). Tak, będę biegł. Ja tak trenuję!

Znowu cisza… Znowu tylko ten warkot spod maski…

– No to powodzenia życzę!

– Wzajemnie!

Potem przyśpieszył i po kilku chwilach tył niebieskiej Astry widziałem już przez sobą. Nadal się kołysał na wybojach i systematycznie oddalał się ode mnie. Ale czy to ważne?

On chyba naprawdę chciał mnie podwieźć!

REKLAMA

5 myśli na temat “Może pana podwieźć?

  • 26.07.2012 o 18:06
    Permalink

    haha! Zabawna historia 🙂 Pan chciał być miły, a nastepnym razem nikomu nie zaproponuje podwiezienia, bo uzna, że teraz wszyscy trenują bieganie 😀

    Odpowiedz
  • 27.07.2012 o 20:55
    Permalink

    eeee ja już też nie podwożę odkąd podwoziłem dwóch młodych kolesi a ten co usiadł z tyłu zaczął wygrzebywać z tylnego schowka monety które wrzuciła tam kiedyś moja Żona bo nie miała gdzie ich schować… jakież było jego zdziwienie kiedy wysiadając także wysiadłem i wskazałem mu tylko palcem schowek mówiąc żeby odłożył to co zabrał, a ten odłożył garść monet na to ja znów nie patrząc a wskazując tylko palcem ponownie schowek mówię – jeszcze – więc wyjął drugą garść monet i odłożył, a potem kazałem mu spier***… no oddalić się jak najszybciej 🙂 (a cała kwota zgadzała się co do grosza).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *