Maraton Inspiracji – moja historia

Maraton Inspiracji to projekt zbierający historie osób aktywnych fizycznie. W większości amatorów, dla których sport stał się inspiracją, pasją i stylem życia. Za ich pomocą strona mobilizuje innych do zdrowego stylu życia i do przysłowiowego ruszenia tyłka z kanapy.

REKLAMA
Dziś na (nieistniejącym już) portalu pojawiła się moja historia, do której serdecznie zapraszam.

Maraton Inspiracji

Biegam od 5 lat, przebiegłem w tym czasie 18 maratonów i jeden bieg ultra. Przebiegłem ponad 12 tysięcy kilometrów. Bieganiu podporządkowałem kilka aspektów mego życia i stało się ono moją wielką pasją. W miarę zdrowo się odżywiam. Piszę bloga o bieganiu, który cieszy się zainteresowaniem. Mam więcej butów do biegania niż wszystkich pozostałych razem wziętych. Chodzę spać o przyzwoitych porach, a na słowo impreza myślę o imprezie biegowej a nie tej w knajpie. To wszystko ładnie wygląda. Ale kiedy cofnę się o 6 lat wstecz niczego tego nie było. No może poza imprezami. Ale tymi w knajpie.

Moja przygoda z aktywnością fizyczną zaczęła się jeszcze w liceum. Lecz nie na w-fie. Lekcji wychowania fizycznego nie lubiłem i choć nie należałem do tych wiecznie zwolnionych z zajęć, to lekcje traktowałem jako coś, co trzeba po prostu odbębnić. Było to o tyle prostsze, że w-f najczęściej odbywał się znaną i lubianą metodą – ja wam rzucę piłkę a wy sobie pogracie! Sport w takiej formie nie porywał.

Porywał mnie natomiast rower. Był czymś pomiędzy sposobem na odreagowanie stresu a sposobem spędzania wolnego czasu. Zaczęło się niewinnie od tras po 10 kilometrów, ale z czasem doszedłem do takiej wprawy, że z 10 kilometrów zrobiło się 100. Więcej jednego dnia nigdy nie przejechałem. Lubiłem rower, ale większe dystanse były już dla mnie przesadą. Tym bardziej, że rower nie był istotą mojego życia. Na liście tego, co robiłem był daleko. Miałem przede wszystkim szkołę na głowie a poza tym imprezy, dziewczyny, alkohol i papierosy.

Dlatego też rower tak jak niewiadomo skąd w moim życiu się pojawił tak niewiadomo, kiedy zniknął. Natomiast imprezy, dziewczyny, alkohol i papierosy nie zniknęły.

Wczesną zimą 2008 roku z bardzo podobnego powodu, co niegdyś zacząłem jeździć, zacząłem biegać. Bez planu, bez specjalnych butów i w starych obskurnych dresach odbyłem swój pierwszy trening biegowy. Byłem zły i chciałem się jakoś wyładować. Padło na bieganie. To był dobry powód żeby uciec z domu na jakiś czas. A jako, że drugą rzeczą, którą robiłem automatycznie w chwilach kryzysu było przypalenie papierosa, idąc biegać wziąłem ze sobą paczkę papierosów i zapalniczkę. Bilans tego pierwszego biegu to jakieś 2,5 kilometra, trochę skłonów i wymachów a także…. 2 wypalone papierosy.

Później było lepiej. Im więcej biegałem tym mniej palenie pasowało do mojego biegania. Przecież biegacze nie palą! Biegacze trenując, dbają o swoje zdrowie! Dlatego im więcej biegałem, tym mniej paliłem. To nie był szybki proces. Pierwsze zawody i pierwszy maraton przebiegłem będąc okazjonalnym, ale jednak, palaczem. Nie paliłem na mecie, ale opijając z kolegą maraton – owszem. Podobnie było, kiedy kibicowałem znajomym podczas Biegu Niepodległości. Robiłem to z papierosem w ustach. Teraz się tego wstydzę, ale tak było.

Kiedy rzuciłem – sam nie wiem. Bieganie po prostu w pewnym momencie wyparło palenie całkowicie. Ot nie tyle rzuciłem palenie, co paliłem coraz rzadziej i rzadziej i w końcu nie zapaliłem tego kolejnego papierosa. Bo juz nie chciałem. Tak po prostu. Bieganie zajęło w moim życiu tyle miejsca, że na papierosy najzwyczajniej nie było już miejsca.

Ale na rzuceniu palenia nie poprzestałem. Ciąg do coraz zdrowszego życia został zapoczątkowany i trwa dalej. Kiedy już wypleniłem to co złe, staram się wplątać w życie to co dobre. Zrezygnowałem praktycznie z białego pieczywa, przerzucając się na chleby żytnie z ziarnami. Mniej smażę, jeśli już to na oliwie nie na smalcu a jeśli cos można usmażyć i gotować to… gotuję. Solę tyle, że wiele ludzi uznaje, że jem niesłone posiłki. Mniejszą ilość soli nadrabiam ziołami i innymi przyprawami. Słodyczy w domu, poza gorzką czekoladą, którą uwielbiam, nie mam…

Sporo tego, ale nigdy nie podejmowałem decyzji, że coś wprowadzam do diety, bądź z niej definitywnie usuwam. To wszystko działo się samo. Do każdej z tych drobnych zmian dojrzewałem oddzielnie. Razem złożyły się na dużo zdrowszą dietę niż kiedyś a i tak jest jeszcze sporo do poprawy.

Ale bieganie to nie tylko rzucanie palenia i zdrowsze odżywianie. To się udało przy okazji. Bieganie to przede wszystkim kolejne granice, które udaje się pokonywać. Najbardziej cieszą te, które jeszcze jakiś czas temu wydawały się nieosiągalne. Zaczynając biegać chciałem biegać tak po prostu. Rok później marzyłem o maratonie a ludzie, którzy go przebiegli byli w moich oczach kimś wielkim. Też chciałem taki być. Zacząłem biegać i trenować z myślą o maratonie. Brakiem sprzętu się nie przejmowałem. Zimą biegałem w bawełnianych dresach, latem w jakichś krótkich spodenkach. Na specjalne ciuchy i gadżety nie miałem pieniędzy. Dorobiłem się w końcu butów do biegania i koszulki technicznej. Oczywiście jedno i drugie było najtańszymi rzeczami na rynku. Ale nie zrażało mnie to i w końcu jesienią 2010 roku zostałem maratończykiem. Zostałem tym kimś, na kogo jeszcze niedawno patrzyłem z podziwem.

To nie był koniec. Kiedy osiągnąłem maraton chciałem być coraz lepszy, szybszy. Biegałem coraz więcej. Coraz szybciej. Rok po debiucie uzyskałem w maratonie czas 3:28. Kiedy debiutowałem taki wynik był nawet dalej niż moje najśmielsze marzenia i gdyby mi ktoś go przepowiedział to bym go wyśmiał – Ja?! Rok po debiucie, poprawie się o prawie godzinę i złamię 3:30?! Chyba zwariowałeś!!

Podobnie było z biegami górskimi. Kiedy już biegałem maratony i 42 kilometry nie stanowiło żadnego problemu wielkimi biegaczami byli ci którzy ukończyli Bieg Rzeźnika – prawie 80 kilometrowy bieg po Bieszczadach. Mam szczęście znać osobiście jednego z nich. Mieszka niedaleko mnie i wygrał ten bieg przebiegając 77 kilometrów w około 9 godzin. Mi się to w głowie nie mieściło. Nadal mi się nie mieści. Wtedy marzyłem, aby choć raz ten bieg ukończyć. Lecz stało się to samo, co w przypadku maratonu. Jednego lata twierdziłem, że to niemożliwe. Drugiego, w godzinach późnopopołudniowych osiągałem metę w Ustrzykach Górnych. Zajęło mi to 15 godzin, ale do mety dotarłem. Dokonałem tego, co jeszcze niedawno było dla mnie niemożliwe. Gdyby mi to ktoś przewidział rok temu – nie uwierzyłbym.

Idąc tym tropem gdyby mi ktoś 6 lat temu powiedział, że będę biegał maratony, nawet te górskie z ultramaratonami włącznie – nie uwierzyłbym.

Niebagatelną rolę w moim bieganiu odegrał też blog – www.pawelbiega.pl. Powstał z chęci pisania i najpierw był czymś co mnie w jakiś sposób motywowało, ale przede wszystkim pozwalało wyrażać emocje jakie towarzyszyły mi w biegu. Z czasem okazało się, że to, co piszę, czyta ktoś więcej niż tylko ja sam i najbliżsi znajomi. Okazało się, że to, co piszę dociera do ludzi, pomaga im, czasem motywuje. Ale motywuje też mnie, bo nie mogę pisać o czymś, czego nie znam, polecać czegoś, czego nie polecam i przede wszystkim pisać, że biegałem, kiedy nie biegałem. Oszukiwanie czytelników bloga jest jeszcze gorsze niż oszukiwanie siebie. Nie zrobiłem treningu to nie zrobiłem. Nic się nie stało. Blog motywuje też do szeroko pojętych prozdrowotnych zachowań. Kiedy miesiąc temu złapałem kontuzję kolana, aby nie wyjść na hipokrytę, od razu poleciałem do fizjoterapeuty. Nie mogę pisać o zdrowiu i badaniach, kiedy ja sam mam to gdzieś. To byłoby oszustwo i czytelników i samego siebie.

W ten sposób bieganie wpłynęło również na to, jaki jestem poza treningiem. Bieganie dało mi więcej pewności siebie i nauczyło pokory. Pozwala mi też uporządkować wiele spraw. Przede wszystkim własne myśli, ale też życie i harmonogram dnia, bo wymaga tego, aby wpleść je w codzienne obowiązki tak by nie kolidowało z resztą dnia. Dzięki temu jestem bardziej zorganizowany niż kiedyś. Bieganie uczy też, aby się nie poddawać, bo do wielkich rzeczy dochodzi się małymi kroczkami dzień po dniu. Nawet jak czasami po drodze się potykasz o korzenie.

Dlatego też zupełnie inaczej patrzę na swoje biegowe plany. Teraz wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Większość tego, co teraz wydaje mi się niemożliwe a jest, choć trochę realne jest do osiągnięcia. Małymi kroczkami. Wystarczy tylko popracować, a za rok będę w zupełnie innym, lepszym miejscu niż jestem teraz. Nie wiem dokładnie gdzie, ale wiem, że może być to coś, co dziś jest z pozoru niemożliwe. Może znowu spełni się jedno z moich głęboko skrywanych marzeń…

REKLAMA

Jedna myśl na temat “Maraton Inspiracji – moja historia

  • 12.12.2013 o 20:27
    Permalink

    Przeczytane, zrozumiane —> inspiracja do dalszej pracy :-)!
    Pzdr!
    Today And Tomorrow – In Running Power!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *