Majówka w Lesie Żyrardowskim

Ostatnio z bratem przyjął nam się nowy pomysł na spędzanie wspólnego wolnego czasu. Ja wychodząc z domu mówię, że „Idę pobiegać z bratem”. On pewnie mówi, że „Idzie pojeździć z bratem”. Układ jest prosty. Ja biegnę, bo jestem zdecydowanie lepszym biegaczem niż rowerzystą. On, jako że jest lepszym rowerzystą, jedzie na rowerze. I tak to wygląda. Tak mijają nam kolejne kilometry. Najczęściej długie, bo skoro już uda się nam razem wyrwać z domu to korzystamy.

REKLAMA

W trasie jesteśmy bytami niezależnymi pod tym względem, że każde z nas ma swój support w postaci plecaka, w którym trzyma to, co mu potrzebne. Ja noszę ze sobą to, co zawsze: woda w bukłaku, telefon, klucze i nieco papieru. Więcej nie potrzebuję.

Taki wypad był też tematem przewodnim tegorocznej majówki. Start zaplanowaliśmy na godzinę jedenastą. Godzina może niefortunna, bo mieliśmy wyruszyć w teren w największy skwar. Wychodząc z domu miałem na termometrze 26°C w cieniu. Ile było na słońcu? Nie wiem. Dużo!

Ubiegliśmy (brat pedałował) ze sto metrów jak się zapytałem:

– To gdzie biegniemy?

– Do lasu…

I to był właśnie cały plan na majówkę. Biegniemy do lasu. Tam będzie cień, tam będzie chłodniej, a przy okazji oprowadzę brata po kilku ciekawych miejscach w naszym lesie. Trasa się stworzy sama. Jak zwykle będę improwizował i na bieżąco korygował trasę. Będę szukał takich ścieżek, aby było ładnie, krajoznawczo i aby dało się tam wjechać rowerem.

Pierwszym pomysłem było „Biegniemy przed siebie!”. Tak wiem… Bardzo oryginalny pomysł. Jednak jedyny słuszny, bo przed nami był las a w nim obwodnica. Na skraju lasu, przed obwodnicą nie ma niczego tak ciekawego, co warto byłoby oglądać.

Podążaliśmy główną leśną drogą do momentu, kiedy poprowadziłem nas w prawo. Byliśmy już na terenie Bolimowskiego Parku Krajobrazowego. Kilkaset metrów stąd była ładna polanka ze świerkami. Dziś też była, ale zastawiona przez drwali, którzy robili wycinki w młodniku. Pobiegliśmy meandrującą ścieżką głębiej w las. Nie czekaliśmy długo aż pojawiły się zarośla. Jednocześnie też drzewa zamknęły niebo nad nami i okazało się, że biegniemy zielonym tunelem.

– Tutaj to już jest dziko... – stwierdził brat.

– Ja bym jeszcze powiedział, że jesteśmy w czarnej du… (kropce). Po prawej młodnik, po lewej bajora, a my musimy lecieć pomiędzy.

Dobiegliśmy aż do skraju lasu. Tam chwila przerwy, czas na zdjęcia, nawodnienie organizmów i mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Tylko…

– Gdzie dalej?

– A może pobiegniemy na jeszcze większe mokradła? – brałem pod uwagę jeszcze drugi kierunek, lecz mokradła były tym pierwszym – ciekawszym.

Leśne rozlewisko

Pobiegliśmy. Droga prowadziła nas przez środek zalanego lasu. Gdyby nie nawieźli tutaj ziemi i tłucznia, to droga też by zniknęła pod warstwą wody. Piękne i dzikie miejsce. Drzewa stoją w wodzie. Jeśli któreś się w tej wodzie przewróci to najczęściej leży. Ludzie tu zaglądają, lecz na szczęście, nikt w wodzie nie prowadzi wycinki drzew. Woda już zaczyna się zielenić. Tu i ówdzie w wodzie wyrastają jakieś zielone roślinki. Ptaki też lubią ten dziki zakątek. Nie dość, że słychać je cały czas to na wprost przed nami przeleciała piękna duża czapla.

– Gdzie dalej?

Most żelazny i dąb powstańców. Albo dąb powstańców i most żelazny. Kolejność dowolna, bo to obok siebie. – tym razem kierunek wydał mi się oczywisty.

Jako że wróciliśmy na główną leśną drogę to przed nami pojawili się ludzie. Rowerzyści. Najbliżsi zbliżali się dosyć szybko. Była ich dwójka. Ona i On. Nas też było dwóch, więc aby się jakoś minąć oni zjechali na swoją prawą jedno za drugim i my zrobiliśmy to samo. Ja biegłem przed bratem na rowerze. Spotkałem się wzrokiem z rowerzystą, dostrzegłem kask, okulary i typowo rowerową koszulkę. Zaświeciło mi w głowie „Oho! Pewnie ktoś więcej niż niedzielny rowerzysta.”.

– Cześć! – usłyszałem od niego w swoim kierunku.

– Cześć! – odpowiedziałem bez większego zaskoczenia.

– Trener? – zapytał przenosząc wzrok na brata.

– Nie – odparłem z uśmiechem – Raczej wsparcie…

Trwało to raptem kilka chwil, bo nikt z nas się nie zatrzymywał. Brat słyszał naszą wymianę słów i gdy już się minęliśmy zaczął na mnie pokrzykiwać:

Szybciej! Szybciej! Co tak wolno!

Kolejny szeroki uśmiech.

Bieg z plecakiem przez las

Dobiegliśmy do dębu powstańców, pod którym według tradycji odbywały się egzekucje powstańców Powstania Styczniowego w 1863 roku. Dąb lata świetności ma już za sobą, lecz nadal strzeże pamięci poległych.

– Gdzie dalej?

– Nie wiem. Na razie pobiegniemy kawałek po trasie mojej pętli.

Nie był to najlepszy odcinek trasy, lecz z tego, co wiem był najłatwiejszy by przedostać się z powrotem w rejony obwodnicy Żyrardowa. Nawierzchnia zmieniała się jak w kalejdoskopie. Trochę zielonej trawy, trochę niedużego błota, trochę korzeni i trochę piachu. Brat bez większych problemów przedzierał się trasą wytyczaną przeze mnie. Prowadziłem nas do budowanego węzła Żyrardów na obwodnicy.

Kiedy w końcu wybiegliśmy na obwodnicę dało się poczuć żar lejący się z nieba. To pierwsze tak nasłonecznione miejsce na trasie naszej wycieczki. Miałem pomysł by pobiec środkiem obwodnicy, górą przez wiadukty, ale mimo święta na budowie dało dostrzec się ruch ciężarówek i koparek. Zrezygnowałem. Pierwszy wiadukt pobiegliśmy dołem, ale zbliżając się do ślimaka prowadzącego na górę, zobaczyliśmy rowerzystę jadącego obwodnicą. Nie wyglądał jak budowlaniec.

– Lecimy na górę! – podjąłem szybką decyzję. Skoro on może to i my możemy.

W ten sposób wbiegliśmy ślimakiem na nasyp i tory pokonaliśmy wiaduktem. Potem ostatnia długa, słoneczna prosta środkiem obwodnicy. Grzało niesamowicie, a pod podeszwami mieliśmy żółty piach, lecz z kilku powodów biegło się dobrze. Raz, że to już prawie koniec. Dwa, że mieliśmy z górki. I trzy, że wiał lekki wiatr w twarz, który przyjemnie chłodził. Gorzej zrobiło się, kiedy nasyp się skończył i znowu zrobiło się płasko, ale na szczęście daleko nie było. W końcu dobiegliśmy do tego samego miejsca gdzie byliśmy niecałe 2 godziny temu zaczynając naszą wycieczkę.

Ostatni kilometr to już powrót do cywilizacji, która powitała nas przystankiem autobusowym. Tam można było w cieniu usiąść i pociągnąć ostatni sowity łyk wody z bukłaka. Ostatni… Bo bukłak był już pusty.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *