Majowe wybieganie

Maj był miesiącem, kiedy zacząłem biegać regularnie coś, co się nazywa „długie wybiegania”. Trenerzy i fachowcy radzą je biegać w tempie minutę na kilometr wolniejszym niż krótsze biegi a ja zawsze je biegałem na zasadzie czucia, że posiadam jakąś rezerwę by biec dalej i szybciej. Tempo nigdy nie wychodziło takie jakby to powinno wyglądać we wzorcu, ale nigdy się tym nie przejmowałem.

REKLAMA
Jeżeli bym w swoim dzienniczku treningowym robił wpisy typu OWB1, WB2, itp. itd., To te weekendowe biegi zasługują na WB, ale nie jako wytrzymałość biegowa tylko jako wycieczka biegowa. Bo o ile trasy do 10km mogę biegać gdziekolwiek nawet na małych pętlach to już kilkanaście kilometrów wymaga biegania nieco dalej. No dobra, nie nieco. Wymaga biegania znacznie dalej. Dalej i zawsze jako wycieczka, bo biegałem coraz dalej i dalej, zwiedzając kolejne wioski i coraz dalsze leśne ostępy (no dobra z tymi ostępami przesadziłem).

Pierwsze z tych wybiegań było niemal wzorowe. Asfaltowa trasa dookoła miasta. Podbiegów zero, ale w mojej małej części świata trzeba się nieźle natrudzić by trenować podbiegi. Temperatura 15 stopni Celsjuszai przyjemne słoneczko. Jednym słowem ideał.

A jak było na drugim? Wesoło! Lekko mżyło, ale to mnie w żadnym stopniu nie powstrzymywało. Mży to niech mży, zawsze mogło być gorzej. Koncepcja biegania po otwartej przestrzeni jednak odpadała. Po pierwsze biegałem tak tydzień temu, a po drugie to w lesie nie będzie tak odczuwalna ta mżawka. To wymyśliłem, że obiegnę pewien obszar lasu a potem wrócę przez las do domu. Z początku nie było źle. Jakoś specjalnie nie padało, ale i tak dosyć szybko przemokłem. Przez tą mżawkę po raz ostatni klucze do mieszkania trzymałem w kieszonce spodni. Majtający się, co chwile w przód i w tył kawałek metalu obcierał mi o udo. Nie było to komfortowe, ale nie przeszkadzało na tyle bym musiał z tym coś na szybko zrobić.

Zabawa zaczęła się w momencie powrotu przez las. Początek był jeszcze znośny i faktycznie, że tej mżawki w lesie się prawie nie odczuwa. Ale to był taki maj, że padało niemal codziennie. No i nie wziąłem pod uwagę, że las jednak ma miękkie podłoże, które bardzo chętnie chłonie wodę a po wchłonięciu jej odpowiedniej ilości tworzy bardzo gustowne kałuże. I się zaczęło! Kałuża na kałuży. W zasadzie to cała droga czy ścieżka (jakby jej nie nazywać) była jedną wielką kałużą. Jasny gwint! Biegnę, skaczę, znowu biegnę.

Las Żyrardowski ma taką jedną cechę charakterystyczną, że co jakiś kawałek przechodzą takie bagienne pasy. Ogólnie da się nawet i przez nie przedostać nawet bezdrożami, ale po takich deszczach w rejonie tych bagien droga, co może być dziwne, ale była jeszcze większym bagnem niż normalnie. Lecę dalej. Plus błota? Przestałem czuć klucze żłobiące mi dziurę w nodze. Co kawałek chciałem skręcić i biec innymi ścieżkami, ale za każdym razem zostawałem na pierwotnym szlaku. Skąd mogę wiedzieć czy tam nie jest jeszcze gorzej? Nie mogę. A aktualna droga jest, jaka jest, ale jest najkrótszą by przebiec przez las, bo idealnie w linii prostej. Nawet będąc już blisko domu nie skręciłem przez las do ścieżki, która wybiega z lasu niedaleko mojego domu tylko leciałem cały czas prosto. Aby wybiec z lasu jak najszybciej. Końcówka znowu na otwartej przestrzeni to już idylla.

Dowlokłem się do domu. Jak zwykle po takim biegu jednak zadowolony. I lekko kontuzjowany, bo kluczom udało się wyskrobać moją nogę do krwi. Nieciekawie to wygląda. Krew zmieszana z deszczówką rozmazana na udzie. No, ale zdarza się.

Już nigdy nie włożę kluczy do kieszonki.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *