Lubię biegać nocą po lesie!

Do lasu zawsze dobiec jest najprościej. Szeroka, niedawno wyremontowana ulica, nawet podczas zamieci śnieżnej jest dobra do biegana. Dziś jest spokojnie i cicho. Nie ma ani zamieci ani nawet małego zefirka. Cisza… i tylko ten wszędobylski żółty blask latarni stojących grzecznie przy krawężniku. Natomiast na wprost widzę ciemność. Tam latarnie nie sięgają. Tam, za kurtyną ciemności, jest mój las. Właśnie do niego zmierzam, na nocne rozbieganie.

REKLAMA
Latarnie kończą się kilkadziesiąt metrów przed końcem ulicy. Włączam czołówkę. Na początku, mimo że nadal biegnę po asfalcie, a droga jest znana mi na wylot włączam maksymalny tryb świecenia. Zawsze tak robię, bo oczy muszą się przyzwyczaić do ciemności. Muszę przez pierwsze minuty widzieć więcej. Potem się przyzwyczaję i przełączę się na dużo słabszy tryb Eco. Robię tak zawsze biegnąc nocą do lasu.

Z świecącą na maksimum czołówką wpadam do lasu. Nie lubię tego, bo na skraju lasu droga jest rozorana we wszystkie możliwe strony i o wywrotkę nie trudno. Lecz nie dziś. Tracę co prawda na chwilę równowagę, ale udaje mi się pokonać wszystkie przeszkody. Jestem w lesie.

Nie lubię pierwszego kilometra. Zawsze czuję się dziwnie i strasznie. Pierwszy kilometr ścieżki nie jest komfortowy w dzień a co dopiero w nocy. Sporo błota i kolein. Czasami kałuże i lód. Nawet przy maksymalnym trybie świecenia czołówki nie jest lekko. Poza tym ta wszędobylska i niekomfortowa ciemność. Ten strach czający się za każdym czarnym pniem drzewa i za każdym załamaniem terenu. I te wszystkie dźwięki… Grunt to o tym nie myśleć i pokonać pierwszy strach. Potem jest lepiej.

Po dwóch kilometrach pętli, a pierwszym pełnym kilometrze w ciemnym lesie, przełączam czołówkę na tryb Eco. W pierwszej chwili znowu czuję się ślepy, lecz to szybko mija. A jak nie, to pomagam sobie mówiąc w myślach że: „Przecież zawsze biegasz na Eco. Nawet jak nie ma pełni, a na ziemi zalega lód.”

I dalej już jakoś leci. Dalej jestem znowu tylko ja i ten mały kawałek lasu, który oświetla czołówka. Nie widzę więcej. Cały świat przede mną, to tyle ile oświetla czołówka. Widzę ziemię jakieś od 10 do 1 metra przed sobą. Ostatni metr pod moimi nagami jest odcięty czarną linią. Nie wiedzę go. Widzę do czego się zbliżam i w co mam zamiar wdepnąć, ale nie widzę jak w to wdeptuję. Doskonały sposób na koordynację oko-stopa.

A, poza tym doskonały sposób na skupienie się i myślenie tylko o tych najbliższych metrach. W ciemnym lesie nie da się biec z wzrokiem wlepionym w horyzont. Z ciemnym lesie trzeba patrzyć na ziemię. Trzeba analizować co jest przed tobą i czy warto to omijać, czy biec środkiem. Czy ten blask na ziemi to kałuża? Czy tamten kształt to wystający korzeń? A jeśli tak, to czy postawię na nich stopę czy nie? Szybkie pytanie, jeszcze szybsza odpowiedź. Bieganie nocą przez las składa się właśnie z takich małych pytań. O to co już. Co teraz. W nocy bieganie nie wprowadza mnie w stan medytacji. W nocy bieganie skupia mnie na najprostszych czynnościach. A tak na prawdę na jednej czynności. Na pokonaniu kolejnego metra.

Po 60 minutach taki bieg to już nie wyzwanie fizyczne. To wyzwanie psychiczne. To trening siły umysłu, który nie może sobie pozwolić na chwilę słabości. Umysł musi być non stop skupiony na kolejnych metrach, a nie na przykład na dywagacjach co dobrego zjem po powrocie z treningu. Skupienie się na apetycznej kolacji może skutkować skręconą kostką czy upadkiem. Tego wolałbym uniknąć.

Nocą w lesie z księżycem w pełni

Las nocą potrafi też zaskakiwać. Potrafi jednego dnia być piękny jak wtedy kiedy biegam przy pełni księżyca. A potrafi też być straszny, kiedy to późnym wieczorem w środku lasu złapała mnie burza z piorunami. Ucieczka nocą z lasu przed burzą nie należała do najprzyjemniejszych.

Na szczęście, na co dzień takie atrakcje się nie zdarzają. Na co dzień największym zmartwieniem są tajemnicze trzaski dobywające się z ciemnej ściany lasu. Wyobraźnia potrafi podsunąć, wtedy takie obrazki, że włos się na głowie jeży. Ale to też zależy od tego czy jej na to pozwolimy. Na początku każda złamana gałązka powodowała skok tętna jakbym robił interwały. Teraz już wiem, że trzaski po prostu są. One są też w dzień. Tylko, że w dzień ich nie słyszę, bo kto by zwracał uwagę na takie drobiazgi?

Czasami oprócz trzasków pojawiają się oczy. Dwoje świecących oczu bez ciała. Oczy takie przerażają. Lecz one też są jak trzaski. Są, bo są. W dzień ich nie widzę, bo nie świecą. W jasny dzień gapiący się na mnie zza drzewa borsuk pozostaje niezauważony. Nie mam czasu dla niego. Więc czemu mam przejmować się nim w nocy?

Ale są też większe niespodzianki. Do trzasków i małych świecących oczu można przywyknąć i nie traktować ich jako zbliżającej się inwazji obcych. Natomiast nie da się przywyknąć i przygotować na sarny, które wypłoszone biegną przez zarośla wzdłuż drogi lub ją przed Tobą przebiegają. Niby to tylko sarna, ale wykres tętna skacze jak szalony. Takie momenty są najpiękniejsze i najbardziej stresujące. Biegniesz czarną nocą przez las i czujesz, że przez krzaki obok ciebie przemyka zwierzyna. Nie wiesz czy jedna, czy dwie. Nie widzisz jej ani przez chwilę, lecz słyszysz ją tak blisko… Tak jakby biegła tuż obok ciebie. A może ona właśnie tak biegnie? To cały urok i kwintesencja nocnego biegania po lesie.

Ale co dobre szybko się kończy. Prędzej czy później znowu w oddali zamajaczą światła zabudowań. Najpierw nieśmiało jedna lampa gdzieś tam pomiędzy drzewami. Potem druga i trzecia. Ostatnią część nocnego wybiegania często pokonuję przy zgaszonej czołówce. Dróżki, którymi wracam są równe i mogę sobie ma to pozwolić. Wtedy w pierwszej chwili mam to samo uczcicie jak przy przełączaniu się z trybu Max na Eco. W pierwszej chwili nic nie widzę i muszę przekonać sam siebie, że dam sobie radę!

Natomiast po chwili, widzę wszystko dobrze i wyraźnie. Mogę biec bez światła przez ciemny las. Mogę się tym delektować i pławić w ciemnościach. Znam drogę. Wystarczy się tylko skupić i w strzępkach światła wypatrywać ścieżki. A przecież robię to od kilkunastu kilometrów.

Ciemność kończy się wraz z końcem lasu. Żegnam się z nią i wracam do świata jasności. Do świata lamp ulicznych. Do świata widocznych i równych chodników.

Do domu…

REKLAMA

6 myśli na temat “Lubię biegać nocą po lesie!

  • 28.12.2012 o 16:44
    Permalink

    Cześć,

    tak sobie czytam ten wpis i dociera do mnie fakt, że za mało biegam w nocy po lesie. Trzeba będzie to zmienić, tym bardziej, że teraz mam blisko do lasu – niewielkiego lasu.

    Pozdrawiam Brać biegającą 🙂
    Mateusz

    Odpowiedz
    • 28.12.2012 o 19:26
      Permalink

      W imieniu Braci dziękuję i również pozdrawiam 🙂

      I zapraszam nocą do lasu! Nocne bieganie to bardzo ciekawy sposób na przełamanie biegowej rutyny 🙂

      Odpowiedz
  • 28.12.2012 o 23:21
    Permalink

    Dla mnie las często jest wyzwaniem w dzień, a co dopiero w nocy. Zwariowałabym chyba ze strachu. Podziwiam 🙂

    Odpowiedz
  • 18.01.2014 o 22:19
    Permalink

    Witam. Przez przypadek wpadam na bloga i jakbym przeczytał sam o sobie. Jestem fanem biegania i na szlak wyruszam przed świtem. Od późnej jesieni do wiosny odpalam czołówkę i pokonuję kilometry w leśnym, tajemniczym świecie za dnia tak dobrze mi znanym. To co piszesz to fantastyczne przeżycia, a emocje jakie towarzyszą biegowi w takich okolicznościach są niezapomniane i niezrozumiałe dla wielu – także biegaczy. Cieszę się, że nie jestem w tych doświadczeniach osamotniony. Życzę nowych, pozytywnych wrażeń. No to w ciemny las…

    Odpowiedz
  • 03.03.2016 o 22:32
    Permalink

    Do biegania w nocy przydaje się wszystko co zwiększa naszą widoczność na drodze. Nie przepadam za odblaskowymi rzeczami ale lubię za to żarówiaste kolory i wpadły mi w oko fajne buty New Balance. Wściekle pomarańczowe że aż z kilometra rzucają się w oczy. Są do biegania i jednocześnie poprawiają bezpieczeństwo podczas biegania w nocy.

    Odpowiedz
  • 28.09.2016 o 12:42
    Permalink

    Do listy ciekawych rzeczy, które można zobaczyć nocą w lesie dorzuciłbym światełka, które co jakiś czas pojawiają się w różnych kierunkach i równie szybko znikają. Po jakimś czasie ukułem sobie teorię roboczą, które się trzymam, że to odrobiny śniegu lub innej wilgoci, może z drzew wpadają do oka i przez chwilę powodują „efekt światełka” 🙂 Czasem jednak spotka się człowieka, który z bliżej nierozpoznanych powodów w środku świeci przez chwilę w moim kierunku, po czym gasi lampkę lub zbacza z drogi. W takich sytuacjach pomaga podgłośnienie muzyki w słuchawkach 😀 😀

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *