Jak na Wierchy biegałem, czyli gdzie biegać w Polańczyku

Jedź w góry i nie biegać to grzech! Być na Festiwalu Rzeźnika i nie biegać to zbrodnia!! Dlatego jeszcze zanim zameldowaliśmy się w Polańczyku miałem już obczajone gdzie iść biegać. A raczej na jaką górę.

REKLAMA

Więc na jaką?

Jeśli się nad tym zastanowić to jest bardzo oczywiste. Z jednej strony Polańczyka jest tylko jezioro Solińskie, więc zostaje tylko jedna, przeciwna do jeziora, strona. Tam w zasięgu około 10 kilometrów biegu w obydwie strony jest Myczków i jakieś góry na południowy-zachód od Polańczyka. Mapy pokazują tam właściwie jedno istotne wzniesienie – Wierchy. Mało to oryginalna nazwa, ale google do kompletu pokazało mi całkiem ładny widok ze szczytu i mnie namówiło. Biegnę na Wierchy!

Trasa właściwie też sama się ułożyła. Najprościej pobiec tam głównym asfaltem i potem skręcić w boczną drogę. Natomiast aby nie wracać tą samą drogą można zbiec lasem… No właśnie…

Generalnie pierwsze 3 km trasy jest najmniej spektakularne bo biegnąc od strony jeziora nie da się ominąć asfaltu. Nie jest to na szczęście jakaś bardzo oblegana droga. Ja w dodatku biegałem tamtędy z reguły około 6-7 rano więc ruch był wybitnie niewielki.

Polańczyk - podjazd

Ale, żeby nie było za miło… Po pierwszych kilkuset metrach, które od Polańczyka prowadzą w dół zaczęła się góra. Zobaczyłem mój ulubiony znak przy którym ktoś z litości zdjął tabliczkę ile to ten podjazd ma nachylenia. Sądząc po tym że tuż za nim zaczynają się serpentyny to niemało. Od tego miejsca zaczęło się szuranie pod górę. Jeden ostry zakręt, drugi ostry zakręt. O! Teraz kawałek prostej. Także pod górę! W końcu doszurałem do czegoś co można nazwać końcem podbiegu i co ktoś nawet oznaczył linią na asfalcie. Myślę, że kolarze mają tu niezłą zabawę. Przez ostatnie dwa kilometry wspiąłem się z wysokości 436 metrów na 552 metry.

Polańczyk - szutrowa droga

Tam kończy się asfalt, bo reszta drogi do szczytu prowadzi właściwie szutrową drogą. Powiedziałbym że dosyć łatwą bo dosyć płaską i z ładnymi widokami. Do właściwych Bieszczad brakuje jakieś 20 kilometrów ale patrząc na to co dookoła klimat już jest.

Polańczyk - góry

Przed samym szczytem jeszcze jeden ostry podbieg czy podejście i voila! Jestem na Wierchu. Całe 635 metrów nad poziomem morza. Szczyt taki, że gdybym go nie widział na mapie to bym pewnie przez niego przebiegł jak gdyby nigdy nic. Ale szczyt to szczyt. Można polecieć w dół.

W dół pobiegłem lasem. A tam już jakże bieszczadzko. Pierwszy zbieg i jeb! Noga wpadła w błoto. Potem wcale nie było znacznie lepiej. Błoto czarne, błoto w koleinach, błoto gliniaste. Zbiegu przez las było jakieś 2 km ale rodzajów błota co najmniej kilka. Wiedziałem, że jutro na Biegu Rzeźnika zawodnicy będą mieć jeszcze gorzej.

Polańczyk - błoto po raz pierwszy

Wybiegłem z lasu gdzieś na dalekich obrzeżach Myczkowa. GPS prowadził w prawo do Polańczyka. Wgrywając trasę do zegarka nie odnotowałem tylko, że po drodze będzie jeszcze jedna górka. A była!!

Urok GPS jest też taki, że czasem na mapie widać normalny szlak a w rzeczywistości to zarośnięta miedza lub inne chaszcze. Tak zdarzyło się tym razem. Na ostatniej górce GPS pokazywał prosto w dół a tam było pole, miedza i czyjeś gospodarstwo. I co, teraz prosto?! Pytałem się swojego zegarka szukając potwierdzenia. W sumie… na dole jest dalszy ciąg drogi…

Polańczyk - łąka

Tak znów dotarłem do cywilizowanego asfaltu. Końcówka czyli ostatnie półtora kilometra to już tylko dosyć ostry zbieg w dół po asfalcie i voila!! Pętla zrobiona. Dziesięć kilometrów i ponad trzysta metrów przewyższeń weszło w nogi.

Nie miałem dla tej pętli alternatywy więc następnego dnia była powtórka.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *