IV Maraton Gór Stołowych

Maraton Gór Stołowych to najtrudniejszy górski maraton. Poprowadzony pół na pół w Polsce i w Czechach. W tym roku wydłużony został do 46 kilometrów, lecz tak samo jak w ubiegłych latach startowaliśmy z Pasterki, a przed samą metą czekało na nas 665 kamiennych schodów prowadzących na szczyt Szczelińca Wielkiego. Było ciężko!

REKLAMA

Plan był prosty – dobiec do mety. W czasie dowolnie krótszym od 8,5 godziny, bo tyle wynosił limit czasu na pokonanie trasy. Wiedziałem też, że łatwo nie będzie…

W Góry Stołowe wybraliśmy się w piątkę. W tą samą piątkę, z którą wojowaliśmy miesiąc temu w Bieszczadach. Wtedy byliśmy podzieleni na Rzeźników i Rzeźniczków, teraz wszyscy biegliśmy razem.

Poza moją ekipą na starcie stanęło sporo innych znajomych biegaczy. Znalazłem dwójkę Blogaczy: Hanię i Radka. Znalazłem kolegę z klubu – Emka. Rozmawiałem jeszcze z kilkoma innymi znajomymi – Tamarą, Michałem, Markiem i… pewnie jeszcze z kimś. W każdym razie wśród znajomych czułem się trochę jak u siebie. Lubię taką atmosferę.

IV Maraton Gór Stołowych - na starcie

Start odbył się z łąki spod schroniska PTTK „Pasterka”. Było ciasno. Było trochę przepychanek. Stanąłem bliżej końca niż początku, a i tak wszyscy mnie wyprzedzali. Po starcie aż obejrzałem się czy jeszcze ktoś za mną został. Nie jest źle. Za mną jest jeszcze ogonek biegaczy.

Pierwsze kilka kilometrów dosyć spokojne pod względem terenowym. Jest dosyć szeroko i ci, którzy chcą wyprzedzać, mają to gdzie zrobić. Ciasno zaczyna się robić dopiero przy skałach. Tam zaczyna się czeska część trasy. Tam zostaje tylko jedna ścieżka i wyprzedzanie jest mocno utrudnione jak nie niemożliwe. Od tego miejsca zaczyna się techniczne bieganie. Bieganie z wzrokiem wbitym w kamienie i korzenie na ścieżce. Z uwagą skupioną na powalonych drzewach, przez które przechodzi się albo górą albo dołem. Widoki w takich warunkach schodzą na drugi plan.

Jest natomiast coś czego nie sposób nie zauważyć – oznaczenie trasy. Jak na bieg terenowy jest perfekcyjne. W co gorszych miejscach stoją wolontariusze z tabliczkami, a co 100, 200 metrów na drzewach wiszą czerwone taśmy Salomona. Jest ich tak dużo, że przez całą trasę ani razu nie miałem wątpliwości że jestem na trasie.

IV Maraton Gór Stołowych - Broumovske Steny

Po pierwszych kilometrach stawka już się ułożyła, więc biegniemy gęsiego. Skałka, kamień, korzeń, drzewo, znowu jakaś skała. I na zmianę to w górę to w dół. Ciężko podziwiać widoki, bo trzeba skupiać się na trasie. Plus jest taki, że nie ma żadnych straszliwych podejść. Tylko kamienie… Dużo kamieni…

Tak też dobiegamy do pierwszego bufetu. Wody nie uzupełniam, bo jest dosyć chłodno i piję niewiele. Poza tym czuję, że plecak jest dosyć ciężki, więc mam co pić. Chwytam garść rodzynek, kubek wody i po krótkiej chwili biegnę dalej.

Odcinek między drugim a trzecim bufetem jest najbardziej urokliwy. Pełno wielkich kamieni, kamienne wąwozy, kamienna brama… Najładniejszy odcinek z całej trasy tym bardziej, że organizm jeszcze nie jest zmęczony i potrafi to piękno przyjąć do świadomości.

IV Maraton Gór Stołowych - Broumovske Steny

Odcinek ten był tak urokliwy, że gdzieś na którymś pięknym kamienistym (na szczęście niezbyt stromym) zbiegu, moja lewa stopa postanowiła mi zrobić psikus. Stopa została, a reszta ciała nadal pędziła na dół. Zanim się zorientowałem improwizowałem lądowanie na czeskich kamieniach. Tylko nie na kolana! Nie na kolana!!! Odruch przetoczenia się przez prawe ramię na szczęście tym razem zadziałał.

Sekundę, może dwie później, leżałem na ziemi otrzepując kolana. Lewe jest lekko starte i krew się trochę sączy, ale nie jest źle. Nic wewnątrz kolan nie boli. Zaczynam truchtać. Starte kolano boli, ale to tylko powierzchowna rana. Można lecieć dalej.

Do drugiego bufetu docieram w niezłym stylu. Spotykam Radka i stołujemy się razem. Znowu chwytam garść rodzynek i zapijam wodą. Tym razem uzupełniam też wodę w bukłaku. Biegniemy dalej razem z Radkiem.

IV Maraton Gór Stołowych - bufet

Po bufecie spory odcinek asfaltu. Uskuteczniam marszobieg. Co ciekawe idąc robię to szybciej niż inni biegną. Szybko idąc zostawiam Radka za sobą i wyprzedzam jeszcze kilku innych. Ale mimo tego wyprzedzania, jest to pierwszy odcinek, na którym zaczęło mnie łamać. Niby jest płasko, ale miałem wrażenie, że jest ciężko. Może napełniony plecak mi ciążył? Może słońce, które w tym czasie zaczęło dogrzewać? Nie wiem, ale ten asfalt źle na mnie działał. W lesie na szlaku było lepiej.

Długi zbieg na 20 kilometrze wyczerpywał psychicznie. Kilka, może kilkanaście długich minut, trzeba było biec analizując nawierzchnię tak, by nie zbiegać jak najszybciej. Przyjąłem założenie, że skoro mi nieźle idzie to mogę „puścić” się nieco w dół i nadrobić trochę czasu. Nadrobiłem, bo przesunąłem się o dwa, może trzy miejsca do przodu. Po zbiegu znalazłem się w najniższym miejscu trasy.

Logicznym, że potem zaczął się kolejny podbieg… tfu… podejście. Długie i dosyć łagodne. Wchodziło się całkiem nieźle, choć zaczęło mnie już powoli wszystko boleć. Zapomniałem o startym kolanie, bo ogólne zmęczenie zaczęło być większe. Pod górę wchodziłem, w dół zbiegałem. Kiedy zobaczyłem słupek graniczny wiedziałem że już blisko do Pasterki.

IV Maraton Gór Stołowych - Broumovske Steny

Do trzeciego bufetu w Pasterce dotarłem zmęczony, w czasie 3:52. Czas nawet niezły, ale wiedziałem że najgorsze  przede mną. Przełknąłem kolejną garść rodzynek, popiłem wodą i poszedłem dalej. Pierwszy kilometr za bufetem przeszedłem. Znowu po bufecie miałem doła i było ciężej. Biec zacząłem w lesie. Powiedziałem sobie, że jeśli nie będę biegł po płaskim, to nie będę biegł nigdzie. Skoro nie przetruchtam płaskich odcinków, to pod górę tym bardziej tego nie zrobię.

Tak dobiegłem do Szczelińca. Wspinaczka była trudna. Nagle zrobiło się cholernie trudno. Widok z góry na Pasterkę jakoś nie cieszył. Nie cieszył też fakt, że słychać było spikera z mety, który witał kolejnych zawodników z czołówki. W ten właśnie sposób dowiedziałem się, że wybrał Marcin Świerc (co za zaskoczenie!!) z czasem 3:53. Natomiast przede mną było jeszcze kilkanaście trudnych kilometrów.

Tak samo jak wejście, tak trudne było zejście. Warunki spartańskie. Zejście to było kluczenie pomiędzy nagimi powalonymi drzewami i kamieniami wielkości samochodów. Ciężko, ale na szczęście dosyć krótko. Potem znowu asfalt i kolejna łąka.

Na łące ten sam scenariusz, co wcześniej, czyli ?skoro nie przetruchtam płaskich odcinków to pod górę tym bardziej tego nie zrobię?. Więc biegnę. Byle do przodu i z rosnącą w sercu obawą, że przede mną Błędne Skały – według profilu trasy, najgorsze miejsce.

Błędne Skały krzywdy wielkiej nie zrobiły. U podnóża jacyś ludzie częstowali wodą. Skorzystałem, a potem zacząłem się wspinać. Powoli, ale do przodu. Zaczęli mnie wyprzedzać, ale udawało mi się cały czas dosyć równo pod górę maszerować. Pod samym szczytem miałem już dosyć tej góry, ale do bufetu na szczycie dotarłem łatwiej niż przypuszczałem.

Na szczycie Błędnych Skał dolałem wody i ruszyłem dalej. Zegar pokazywał 6 godzin. Do mety zostało jakieś 6 kilometrów, ale nie przypuszczałem, że uwinę się poniżej 7 godzin.

IV Maraton Gór Stołowych - medal

Za bufetem skok w krzaki. Raz, dwa zrobiłem, co musiałem i mogłem biec dalej. Wcześniej współbiegacz mówił, że na szczycie jest płasko i można nadrobić. Więc chciałem nadrobić i truchtałem, ale zamiast nadrabiać zacząłem tracić. Zrobiło się ciężko jak nigdy. Wszystko bolało ? uda, łydki i podbicia stóp. Starte kolano z początku trasy było niczym. Kamienne podłoże zaczęło przypominać mi Połoninę Caryńską. Zresztą moje samopoczucie było podobne. Zacząłem więcej iść niż biec. W końcu miałem wrażanie, że nie mam siły nawet iść. Ze zmęczenia robiło mi się niedobrze, ale nie wymiotowałem, przynajmniej nie od razu.

Tak w końcu dogonił mnie Michał, z którym dzieliłem nocleg. Z tego, co mówił po zawodach, „byłem gdzieś indziej, w innej rzeczywistości”, bo zamiast odpowiadać na jego pytania, opowiadałem jakieś bzdury. Zresztą to mało ważne, bo w tym samym czasie zacząłem wymiotować i to tak na poważnie. Wylądowałem w trawie ze zwieszoną głową. Michał „pobiegł” dalej, a ja czekałem aż przestanę żygać. Trochę to trwało…

Co ciekawe po tych kilku minutach wymiotowania w trawie zrobiło mi się dużo lepiej. Do biegu poderwała mnie jakaś dziewczyna. Zacząłem truchtać i było mi dużo lepiej niż jeszcze kilkanaście minut temu. W końcu zaczęliśmy zbiegać w dół.

Na kilka kilometrów przed metą zza zakrętu wyłonił się Szczelinec Wielki. Widać było cały szczyt i schronisko na jego szczycie. Uroczy widok gdyby nie to, że pomiędzy mną a nim znajduje się jeszcze dolina.

Przez Karłów asfaltem w większości przebiegłem. Znowu wmówiłem sobie, że muszę przebiec ten asfalt, bo na schodach na pewno nie pobiegnę. Do plusów asfaltu zaliczyć można fakt, że w oddali zobaczyłem Michała. A przynajmniej kogoś, kto był bardzo podobnie do niego ubrany. To pomagało.

Nie pomagały za to kierunkowe strzałki, które na kilometr przed końcem, zamiast wskazywać prawo czy lewo, wskazywały w górę. To dawało do myślenia…

IV Maraton Gór Stołowych - Wejście na Szczeliniec Wielki

Na górę prowadziły schody. Wycieńczające 665 stopni na sam szczyt. Dobrze, że z poręczami, bo dzięki temu było łatwiej. Dzięki temu wchodzenie bardziej przypominało wciąganie się po poręczach niż marsz. Co jakiś czas zwieszałem się na poręczy aby chwilę odpocząć. Biegacz przede mną robił to samo a jakiś inny schodzący z góry skomentował „też tak robiłem”. A z góry cały czas wracali z medalami. Dopingowali. Mówili,  że już blisko… W końcu ktoś powiedział, że ostatnie 200 m jest po płaskim. To mnie wreszcie ucieszyło. Tak wiec ostatnie 200 m przetruchtałem, a nawet przebiegłem i w czasie 7:31:26 ukończyłem IV Maraton Gór Stołowych.

IV Maraton Gór Stołowych - meta
fot. datasport.pl

Ufff…

Wszystkie zdjęcia

REKLAMA

10 myśli na temat “IV Maraton Gór Stołowych

  • 08.07.2013 o 22:18
    Permalink

    Wstrząsający materiał video z Pawłowego emesis dostępny na stronie pawelzyga.pl …. 🙂
    było ciężko.. fakt jest faktem 🙂
    ale za to jak fajnie mnie teraz wszystko boli 🙂

    Odpowiedz
    • 08.07.2013 o 22:36
      Permalink

      Materiał byłby dużo bardziej wstrząsający gdybyś został ze mną w tej trawie 😉 Na moje szczęście uprzejmie oddaliłeś się 🙂

      Odpowiedz
  • 09.07.2013 o 21:50
    Permalink

    Rozmawiałeś też ze mną, w schronisku na Szczelińcu, przed prysznicami 😉
    Mnie izotoniki zaszkodziły, ale udało się dobiec do końca bez wizyty w krzaczkach.

    Odpowiedz
  • 10.07.2013 o 09:03
    Permalink

    Gratuluję Paweł ukończenia i sukcesu na mecie 🙂
    Widać po relacji, że było ciężko ale dałeś radę i to najważniejsze. Ciekawi mnie skąd u Ciebie problemy żołądkowe podczas zawodów. Bo to jednak drugi raz z rzędu.
    Piszesz o doskonale oznaczonej trasy. To sam Marcin „Mistrz” Świerc poprawiał oznaczenia 🙂

    Odpowiedz
    • 10.07.2013 o 09:29
      Permalink

      Dzięki 🙂

      Widocznie mam słaby żołądek, choć tym razem to nie był jakiś wielki problem. Posiedziałem, zwróciłem co miałem zwrócić i pobiegłem (potruchtałem) dalej.

      Czytałem o poprawianiu przez Marcina oznaczeń 🙂 Mistrzostwo wygrać i jeszcze poprawiać oznaczenia, których naprawdę było od groma i ciut ciut 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *