III Maraton Kampinoski – czyli jak biegać i kostki nie skręcić

Bieg Łosia – pobiegł dwa razy i zawsze z moim udziałem. Maraton Kampinoski jak na razie również biegł dwa razy i również zawsze ze mną na starcie. Dlatego też tym razem znowu nie mogło mnie zabraknąć. Po raz drugi stanąłem na starcie półmaratonu. I po raz pierwszy na trasie przeżyłem taką chwilę grozy…

REKLAMA

Maraton Kampinoski to zawsze było moje zakończenie sezonu. To po nim robiłem sobie 2-3 tygodnie wolnego od biegania i zaczynałem myślenie o kolejnym roku. W tym roku wolne zrobiłem sobie po Maratonie Warszawskim. Całe dwa tygodnie bez biegania. Zacząłem się ruszać w tygodniu poprzedzającym półmaraton, ale przebiegłem w nim raptem 22 kilometry. I to wszystko, co przebiegłem w październiku…

Tak, więc planować nie miałem czego. Ot przebiec się po Puszczy Kampinoskiej. Ale w granicach przyzwoitości! Dwugodzinna wycieczka biegowa jakoś mnie nie rajcuje w takich przypadkach.

III Maraton Kampinoski - z numerem

Na start dojechałem rowerem. Ale nie z Żyrardowa (to by jakieś 60km wyszło), ale z Żoliborza. Z przerwą na śniadanie. Gdyby nie śniadanie to pewnie bez problemu dojechałbym na start maratonu, który odbywał się o 9:00. Ale ja wolałem jeść kanapkę z jajkiem i wypić kawę. W sumie nie żałuję.

To też było nowością. Maraton Kampinoski to tak na prawdę dwie imprezy. Jedna to Maraton, czyli bieg na około 42 kilometry. Drugi to półmaraton na około 21 kilometrów. W poprzednich latach startowaliśmy razem a finiszowaliśmy oddzielnie to znaczy, że najpierw dobiegli ci z krótszego dystansu (półmaratonu) a potem finiszował maraton.

III Maraton Kampinoski - Nessi

W tym roku zrobiono odwrotnie. To start odbył się w różnych godzinach a finisz wypadł mniej więcej równo. Maraton startował o 9:00, półmaraton o 11:00, więc finiszowaliśmy mniej więcej razem. Ten pomysł mi się podoba! I mam nadzieję, że na następne lata tak zostanie.

Wystartowałem z Wojtkiem – kolegą z pracy. Zaczęliśmy tak lekko poniżej 5:00. Wychodziło nam to tak 4:50. 4:58… Biegło się równo, warunki były dobre, było wilgotno, ale bez kałuż i błota, więc biegło się bez większych problemów. Aczkolwiek dla mnie trochę za szybko. Za szybko na dziś… Pociągnąłem z Wojtkiem pierwsze 3-4 kilometry i zwolniłem do około 5:10 min/km. Było lepiej. Brałem kolejne kilometry jak swoje, a Wojtka cały czas widziałem przed sobą. Bieg układał się planowo i bez historii.

III Maraton Kampinoski - start

Ósmy kilometr – chwila grozy!

Było wszystko ładnie aż do chwili grozy na ósmym kilometrze. Tam w pewnym momencie mało nie skręciłem kostki. Jak stanąłem nie wiem. Nie zwalę na liście, bo tych w tym miejscu było mało. Piachu było dużo, ale na piachu był tak nie poleciał. Może jakiś korzeń, nie wiem. Nie wnikam.

W każdym razie lewa stopa mi uciekła i wygięła się pod jakimś ekwilibrystycznym kątem. Nie wiem kurna jak i nie chcę wiedzieć. Wiem, że zabolało to tak, że najpierw mało nie zaliczyłem pięknej gleby, a potem jak już się zatrzymałem to w pierwszej chwili na lewej stopie nie mogłem stanąć. Kurwa mać!

Od razu usłyszałem pytania czy wszystko w porządku od tych, co mnie wyprzedzali. Tych było sporo i zanim zacząłem pomału kuśtykać to pewnie z dwadzieścia osób mnie wyprzedziło. W każdym razie pierwszy ból minął. Zacząłem kuśtykać. Stopa bolała, ale kostka wyglądała na całą. Zacząłem dreptać. Dodreptałem tak do wodopoju. Tam chwila marszu a wręcz postoju i chwila, w której przewijała mi się przez głowę myśl, aby profilaktycznie zrezygnować. Z drugiej strony czułem, że stopa mnie boli coraz mniej. Dobra! Powoli pobiegnę!

Po ósmym

Więc zacząłem biec. Po ósmym kilometrze mieliśmy do pokonania odcinek, którego w ubiegłych latach nie było. W ubiegłych latach zawracaliśmy „na drzewie” o 180 stopni. Tym razem mieliśmy do obiegnięcia cmentarz Palmiry. Było inaczej i było… ciekawie. Ścieżka wokół Palmir dosyć mocno meandruje tak na boki jak w górę i w dół. Czy to lepsze niż długa prosta i zawracanie na drzewie? Myślę, że tak. Szkoda tylko, że po tych zmianach dystans się nieco skrócił i jak zapowiadali organizatorzy łącznie do przebiegnięcia było 20,5 kilometra.

III Maraton Kampinoski - medal

Na górkach czułem stopę, ale zadziwiająco szybko wróciłem do biegania po 5:10 km/km. Nawet nie wiem, kiedy pojawił się drugi wodopój. Znowu się na chwilę zatrzymałem. Poczęstowałem się morelą popiłem wodą i pobiegłem dalej. Na punkcie były jeszcze ciastka, ale za ciastkami jakoś nie przepadam.

Końcówka coraz cięższa. Wyszło, że nie praktycznie nie biegałem od 3 tygodni. Dopingują mocno harcerze, których jest więcej niż w ubiegłych latach. Dopingują również przypadkowi ludzie. Ja raczej wyprzedzam innych niż to mnie wyprzedzają. Dopiero na ostatnim kilometrze, kiedy widać już metę na długiej prostej bierze mnie kilku biegaczy. Próbuję z powrotem znaleźć się przed nimi, ale nie udaje mi się to. Tak, więc w większej grupie wbiegamy na metę.

III Maraton Kampinoski - meta

Czas 1:44:02 jest przyzwoity, chociaż tutaj trochę pomogła ta nieco krótsza niż pełny półmaraton trasa. Czas ten też jest całkiem niezły jak na pierwsze poważne bieganie po trzytygodniowej przerwie. Biegło się fajnie z fajną atmosferą i finalnie jednak kostki nie skręciłem. A to też plus!

Stopa żyje!

Wieczorem po biegu czuję coś w lewej stopie, ale nie wykracza to poza delikatny dyskomfort. Chodzę normalnie, choć podczas chodzenia czuję lewą stopę mocniej. Pewnie coś sobie ponaciągałem czy nadwyrężyłem. Niemniej jednak nic nie spuchło, nic nie zsiniało… Jak jutro wstanę i będzie OK to zapomnę o sprawie.

No i do zobaczenia wiosną w Puszczy Kampinoskiej!

REKLAMA

4 myśli na temat “III Maraton Kampinoski – czyli jak biegać i kostki nie skręcić

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *