II Bieg STO-nogi w Milanówku

Milanówek ma szczęście do dżdżystej pogody. Rok temu jechaliśmy na start w strugach deszczu. W tym roku było lepiej aczkolwiek całą noc coś padało. Nie wiem, co ale z tego co pamiętam przez sen to dzwoniło mi w rynnie jeszcze nad ranem. Na szczęście przed wyjazdem do Milanówka przestało, więc zapowiadało się lepiej.

REKLAMA

Biuro zawodów w Milanówku to niemal stare śmieci. Układ niemal ten sam, co w zeszłym roku. W tym samym miejscu były pakiety, w tym samym szatnie, w tym samym toalety. Były też te same krówki z Milanówka. Poczęstowałem się ponad stan, bo dwie zjadłem odbierając pakiet, a potem już ubrany na start i jakieś 10 minut przed nim, wpadłem po jeszcze jedną.

Pakeit natomiast poza stertą ulotek (niektóre te same, co w Książenicach) zawierał koszulkę techniczną. Wzór ten sam, co rok temu tylko bawełnę zastąpił jakiś elastan czy coś innego niechłonącego wilgoci. Zmieniła się chyba tylko trochę rozmiarówka. W zeszłym roku wziąłem bawełniane M, w tym roku techniczne M zamieniłem na L. Uśmiechnięta wolontariuszka w biurze zawodów nie robiła z tego problemu.

Bieg po same czwórki

Sam bieg to totalne deja-vu z zeszłego roku. Start tylko ciaśniejszy, bo więcej osób na starcie. W zeszłym roku 180 w tym ciut ponad 300. Różnica była, to znaczy tłok do linii startu był większy. Fajnie, że organizatorzy pomyśleli i rodem większych biegów ustawili tabliczki na „30 min”, „40min” i „50 min”. Dzięki temu, choć trochę udało się zapanować nad tłumem biegaczy. Ja stanąłem gdzieś pomiędzy 40 a 50 minutami i czekałem na start.

Ten był lekko niespodziewany, bo miało być odliczanie a zamiast niego po prostu strzelił starter i poszliii…

Bieg STO-nogi w Milanówku - 1

Pierwsza prosta ciasna. Raz, że sporo biegaczy. Dwa, że dokładnie tak samo jak rok temu ulica pokryta była kałużami. Wiedziałem z doświadczenia, że woda jest głównie po lewej, więc biegłem prawą. Miałem dzięki temu uniknąć kałuż a i tak w tłumie od razu zrobiłem „Plask!!” i poczułem jak stopę oblewa mi woda z kałuży. A żeby było śmieszniej biegłem we Flyknitach, w których każde takie plask czy to teraz czy później czułem doskonale. Bardziej przepuszczających wodę butów zabrać ze sobą nie mogłem…

Pierwszy kilometr pobiegłem w 4:11. Za szybko, bo to tempo na życiówkę a mi do życiówkowej formy daleko. Tak, więc wchodząc w pierwszy nawrót biegłem już bardziej rozsądnym tempem na poziomie 4:20.

Tak też przebiegłem całe pierwsze okrążenie, czyli prosto, nawrót, prosto, nawrót. Generalnie cała trasa biegu STO-nogi to jedno wielkie Y tak, więc mamy albo długą prostą albo nawrót. Proste lubię, z nawrotami gorzej, co pokazał mi już ten pierwszy. Chciałem go wziąć niczym bolid Formuł 1, czyli na maksymalnej dla tego nawrotu prędkości, a wziąłem go tak, że wybiegłem dobry metr w trawnik. Kolejne nawroty robiłem lepiej.

Bieg STO-nogi w Milanówku - 2

Dzięki tym kilku nawrotom, co chwilę widziałem zarówno czołówkę biegu jak i tych za mną. Czołówka interesowała mnie mniej, choć od startu do mety prowadził zwycięzca biegu czyli Michał Kaczmarek (w zeszłym roku również wygrał). Natomiast za mną biegł mój tata, dla którego były to drugie zawody w życiu. Na pierwszych nawrotach dopingowaliśmy się nawzajem. Potem skupiłem się na biegu.

W tym miejscu też chciałbym nieco przeprosić tych, co mnie pozdrawiali a ja nie odpowiadałem. Raz, że czasami widziałem Was za późno, aby poznać, kto mnie pozdrawia. Dwa, że z każdym kilometrem coraz więcej energii wkładałem w trzymanie tempa i nie chciałem jej rozdrabniać na machanie.

W każdym razie pierwsze kółko minęło w miarę przyzwoicie i równym tempie. Za półmetkiem miałem też po raz pierwszy przebłysk, że tempem 4:20 jestem w stanie dobiec aż do samej mety.

Kryzys miałem około 6-7 kilometra. Nie wiem skąd złapała mnie kolka. Zatrzymać się nie miałem zamiaru, więc biegłem starając się zmienić rytm oddychania. To najczęściej działa, ale niestety też chwilę trwa. W tym czasie obok pojawił się akurat inny biegacz biegnący podobnym tempem, więc biegliśmy razem. Miałem dodatkową mobilizację do trzymania tempa. Wytrzymałem, przetrzymałem, kolka puściła, ale tak z 1,5 kilometra zamiast 4:20 leciałem 4:40. Trochę do ideału straciłem.

Bieg STO-nogi w Milanówku - 3

Straciłem też, na nawrocie 2 kilometry przed metą, biegacza obok. Po prostu został z tyłu, kiedy ja znowu zacząłem biec po te 4:20. Ostatnie dwa kilometry wyszły w odpowiednio 4:16 i 4:20 a więc dobrze. Wyprzedziłem nawet kogoś na tej końcówce, ale średnio o to dbałem. Chciałem po prostu dociągnąć do końca w tym tempie.

No i dobiegłem. Ostatnia prosta ciągnęła się niemiłosiernie, bo ma jakieś 800 metrów. Na finiszu biegu na dychę to niemal kosmos. Biegnę, biegnę a ta dmuchana brama się w ogóle nie przybliża.

W końcu jednak spełniła moje prośby i się przybliżyła tak że do niej dobiegłem. Ostatecznie bieg zakończyłem w czasie 44:01. Szkoda mi tej sekundy. Nie, dlatego że byłby okrągły wynik. Dlatego że biegłem z numerem 44… Byłyby same czwórki!

Bieg STO-nogi w Milanówku - na mecie

Tata z życiówką!

Dziesięć minut po mnie na metę biegu wbiegł również mój tata. Kilka tygodni temu w Książenicach ustanowił swój rekord w biegu na 10 kilometrów – 56:14. Rekord nie przetrwał długo. W Milanówku tata pobiegł 54:07, czyli stary rekord pobił o ponad 2 minuty. Gratulacje tato! I wyniku i dobrego stylu, bo obydwie połowy pobiegłeś równo, a nawet tą drugą trochę szybciej. W tym tempie strach pomyśleć, co będzie w kolejnych zawodach.

A Milanówkowi mówię tymczasem – Do zobaczenia za rok!

REKLAMA

Jeden komentarz

  • Jarek
    27.04.2014 at 23:13
    Permalink

    Twój tata jest rewelacyjny! Prawdziwy terminator:) pozdrów go od Międzyborowa:)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *