I Półmaraton św. Jerzego w Ostródzie

21 kwietnia 2012 roku po raz pierwszy w swojej historii Ostróda gościła półmaraton. Jego motywem przewodnim był smok oraz patron Ostródy – św. Jerzy. Biuro zawodów zostało umieszczone na zamku, a start i meta przy molo nad samym brzegiem jeziora Drwęckiego.

REKLAMA

Trasa półmaratonu poprowadzona została po trzech pętlach, po siedem kilometrów każda. Początek brzegiem jeziora. Wiedziałem, że co kilkaset metrów czeka nas mostek. Większość z nich nie była duża, poza jednym. Ten największy jest wysoki na tyle, by pod nim mogły bezpiecznie pływać statki. Oznaczało to kilkanaście schodków w górę i w dół. Dalej trasa prowadziła na Wałdowo, o którym poza tym, że znałem co nieco ze słyszenia, nie wiedziałem wiele. Potem Szosa Elbląska, która powinna być dobrym, bo płaskim miejscem, aby pobiec kawałek dobrym szybkim rytmem. Na koniec jeszcze kilka zakrętów i powrót przy zamku nad jezioro.

Tyle wiedziałem stojąc na starcie.

Pogoda na szczęście była dobra. Lekki wiaterek od jeziora i lekko pochmurne niebo, przez które co chwilę przedzierało się słońce. Wyglądało, że będzie dobrze.

Ruszyliśmy.

I Półmaraton Ostrodzki - start

Do pierwszego mostku biegłem w tłumie biegaczy. Za pierwszym mostkiem wyprzedziłem grupę wolniejszych i dogoniłem tych biegnących na podobny wynik, co i ja. A na jaki wynik ja właściwie biegłem? Nie wiem… Nawet pulsometr w ostatniej chwili został w domu. Został mi tylko nieubłaganie upływający czas i własne samopoczucie.

O ile dwa pierwsze mostki były bezproblemowe, to na trzecim, największym, miałem mały problem. Wbiegłem na niego lekko, ale na zbiegu mi się schodki zlały w jedną wielką drewnianą masę. Zawahałem się na chwilę i prawdopodobnie przeskoczyłem o jeden schodek na raz za dużo, ale sytuację opanowałem.

Czwarty mostek też pamiętliwy. Był mały, ale tuż za nim znalazł się wąski zakręt w prawo. Na pierwszym okrążeniu tego nie wiedziałem i wyrzuciło mnie trochę za mocno na zewnątrz. Na kolejnych okrążeniach byłem mądrzejszy.

Wałdowo minęło spokojnie i po płaskim asfalcie. Rzucał się w oczy i w uszy ksiądz, który klaskaniem i okrzykami dopingował kolejnych biegaczy. Wałdowo skończyło się zakrętem w aleję Lipową. Na jej początku znalazł się pierwszy punkt nawadniania. Każda z trzech dziewczyn trzymała dwa kubki. W jednym była woda w drugim izotonik. Wszystko działało jak w zegarku. Zgodnie ze swoją taktyką złapałem kubek izotonika i wypiłem.

Za bardzo ładną i przyjemną aleją Lipową wybiegliśmy na Szosę Elbląską. To był długi, bo kilometrowy odcinek asfaltowej prostej. Trasa, aby nie blokować głównej ulicy, prowadziła chodnikiem. Ja natomiast, trochę złamałem zasady i biegłem najczęściej lewym skrajem asfaltu. Wolałem mieć asfalt pod nogami niż kostkę chodnikową. Nie byłem pod tym względem jedyny. Kilkaset metrów przede mną też widziałem biegacza na skraju asfaltu.

Na piątym kilometrze zbiegliśmy z Szosy Elbląskiej w jakąś boczną uliczkę. Pod nogami pojawiła się ziemia a przed nami… podbieg. I to taki całkiem spory. Ruszyłem na niego mając jeszcze zapas sił. Podbieg początkowo ziemny zmienił się w podbieg betonowy i ciągnął się coraz dłużej. Wreszcie po kolejnym zakręcie beton ustąpił miejsca asfaltowi, a podbieg zbiegowi. W tym miejscu zaczynał się najprzyjemniejszy odcinek trasy – 400 metrowy zbieg.

Zbieg zakończył się na moście na rzece Drwęcy. Od tego kręcenia się po mieście kompletnie straciłem orientacje przestrzenną, w której części Ostródy jestem. Zorientowałem się chwilę później, kiedy nie wiedząc jak, znalazłem się na Placu Tysiąclecia. Stąd już tylko kilka kroków nad jezioro.

Pierwszą pętle obiegłem w 31 minut z groszami. Szybko! Za szybko!

I Półmaraton Ostrodzki - 8 km

Druga pętla była mądrzejsza. Było zdecydowanie luźniej na nabrzeżu i wiedziałem jak pokonywać kolejne mostki. Miłym akcentem była pani, która na Wałdowie podawała biegaczom wodę. Ksiądz też był. Nadal twardo i z entuzjazmem kibicował Nam, biegaczom.

Przez większość biegu ignorowałem tabliczki kilometrowe. Gdzieś mi tam mrygnęło „4 km”, wiedziałem, że przy molo na końcu pętli było 7 km, ale nie wyciągałem na tej podstawie żadnych wniosków. Pierwszą tabliczką, z której zrobiłem użytek było „10 km”. Zerknąłem na zegarek i widząc czas 45:10 przeliczyłem, że jak dotąd biegłem w tempie 4:31 min/km. Znowu przeleciało mi przez głowę, że „Za szybko!”.

Drugi raz na podbiegu był najprzyjemniejszy. Chyba dlatego, że już wiedziałem co mnie czeka. Wiedziałem gdzie jest szczyt podbiegu i że za nim jest długi asfaltowy zbieg. Podbiegłem, zbiegłem, minąłem punkt z wodą (ten punkt zawsze mijałem, piłem tylko na Wałdowie) i pognałem nad jezioro.

Na drugiej pętli okazało się też, że na Placu Tysiąclecia jest leciutki podbieg. Bardzo mały, ale już na drugim okrążeniu dawał się we znaki. Przeleciało mi przez głowę, że zarówno przez jeden jak i drugi podbieg będę musiał się przedrzeć jeszcze raz. I to przed samą metą!

Po drugim okrążeniu miałem na zegarku 63 minuty z groszami. Nie miałem już głowy przeliczać tempa. Wiedziałem tylko, że drugie okrążenie było wolniejsze. Zostało jeszcze jedno… Jeszcze 7 kilometrów do mety.

I Półmaraton Ostrodzki - druga pętla

Trzecie okrążenie było ciężkie. Wbiegając na Wałdowo złapałem się za plecami biegacza i biegaczki.Postanowiłem nie pozwolić im mnie zostawić i biegłem tylko z tą myślą, aby mi nie uciekli. Jak zaczynali mi odbiegać, to przyśpieszałem. Jak byłem blisko, to kontrolowałem tempo. Tak zleciało całe Wałdowo.

Do alei Lipowej nasza trójka się nie utrzymała. Podczas wybiegu z Wałdowa, oni postanowili chwycić wodę, ja nie. Mało zostało do końca i ten łyk wody mi już nie pomoże. W ten sposób znalazłem się przed nimi. Nie patrzyłem gdzie są. Kilkanaście metrów przede mną był kolejny biegacz, a ja w głowie miałem już tylko metę i to na tym celu się koncentrowałem.

Na Szosie Elbląskiej wyłączyłem się całkowicie. Nie wiem, kiedy zleciała. Nie myślałem, że zaraz będzie podbieg, albo że mnie uda bolą. Biegłem. Prawa, lewa, prawa… Obok mnie pojawiła się znowu biegaczka, za którą biegłem przez całe Wałdowo. Biegliśmy podobnym tempem.

Razem też wbiegaliśmy pod górę. Ostatni podbieg był ciężki, ale nie miałem zamiaru się zatrzymać. Na drugiej, betonowej części podbiegu biegaczka zaczęła mi uciekać. Nie miałem siły gonić. Biegłem swoje.

Sam nie trzymając się niczyich pleców dobiegłem nad jezioro. Na łuku w lewo przy kibicach złapałem jeszcze trochę werwy na finisz. Od tego miejsca zostało jakieś 200 metrów do mety. Delikatnie przyspieszyłem, ale do 100 metrów przed metą nie miałem sił na szalony finisz. 100 metrów przed metą zobaczyłem, że obok mnie finiszuje sprintem jakiś biegacz. Zadziałałem automatycznie i wręcz odruchowo przyśpieszyłem. On też przyśpieszył nie chcąc przegrać ze mną finiszu. Ja tak łatwo nie miałem zamiaru się poddać, ale finalnie ten finisz o dwie sekundy przegrałem.

Na metę wpadłem w czasie 1:37:04, czym poprawiłem swój rekord życiowy o 7 i pół minuty. Udało mi się też załapać do najlepszej dziesiątki w swojej kategorii wiekowej. Zająłem w niej 9 miejsce na 44 uczestników. To druga „dziesiątka” w mojej karierze (po ubiegłorocznym maratonie w Sielpi). Mam prawo i jestem z tego wyniku zadowolony.

I Półmaraton Ostrodzki - koszulka i medal

Na pochwałę zasługuje też catering na mecie. Na pierwszy ogień szła solidna grochówka. Za nią czekał własnoręcznie pieczony chleb oraz udka kurczaka podawane wprost z podgrzewacza. Do tego dwie surówki i słodka bułka. Można było się najeść smacznie i solidnie.

Potem jeszcze tylko wymiana emocji, odpoczynek, dekoracja i losowanie nagród. Tym razem szczęście się i do mnie uśmiechnęło. Po raz pierwszy udało mi się coś wygrać w losowaniu, a była to… waga łazienkowa! Nie miałem takowej w domu, więc… Dziękuję!

I to wszystko. Pozostaje tylko podnieść kciuk w górę, powiedzieć „Good Job!” i czekać na kolejny Półmaraton św. Jerzego.

Więcej zdjęć

REKLAMA

7 myśli na temat “I Półmaraton św. Jerzego w Ostródzie

  • 23.04.2012 o 17:47
    Permalink

    Świetna relacja z udanej imprezy, co potwierdzam jak uczestnik aktywny :). Gratuluje wyniku, ja człapałem trochę wolniej, ale celem nie było łamanie rekordów. Zbyt świeżo czułem ubiegłotygodniowy maraton, żeby dać z siebie wszystko. Udział w pierwszej tego typu imprezie w moim rodzinnym mieście traktowałem jako sprawę oczywistą, ale biegłem z głową i lekkim zapasem:).
    Mam nadzieję, że będzie to początek cyklicznych imprez tego typu w Ostródzie.

    Odpowiedz
    • 23.04.2012 o 17:53
      Permalink

      Też mam taką nadzieję 🙂 Mi niestety zeszłotygodniowy maraton „nie wyszedł” więc w Ostródzie mogłem pobiec mocno. I wyszło bardzo ładnie z czego się cieszę 🙂

      Pozdrawiam

      Odpowiedz
  • 24.04.2012 o 00:04
    Permalink

    Bym na trasie zobaczył kibicującego księdza też by mi życiówka wyszła 😉 A 9ty w grupie wiekowej?! Liczyłem, ze bedzie lepiej 😛

    Odpowiedz
  • 24.04.2012 o 17:10
    Permalink

    a ja wbiegłem na metę 4 sek przed Tobą, może to my się ścigaliśmy ? Ciekawa relacja, Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *