I Maraton Kampinoski

Na biegowej mapie polski pojawił się nowy punkt – Maraton Kampinoski. Zawody te zorganizowanie zostały przez portal ekobiegi.pl, znany przede wszystkim z cyklu Ekobiegów na warszawskim Targówku i w okolicach warszawy. Dystanse tych biegów to najczęściej 10 kilometrów. To był pierwszy tak długi Ekobieg.

REKLAMA

Słowem wstępu

Start zaplanowany został na skraju Kampinoskiego Parku Narodowego w Dziekanowie Leśnym. Oprócz dystansu pełnego maratonu, na który zapisało się 60 osób, rozgrywany był też półmaraton. Oba dystanse startowały wspólnie i do 11 kilometra biegły razem. Tam zorganizowana była zawrotka dla zawodników półmaratonu. Maratończycy mieli biec dalej. Ich zawrotka przygotowana była w Roztoce – 10 kilometrów dalej.

Trasa poprowadzona została pieszymi szlakami Puszczy Kampinoskiej. Najpierw, do półmetka, czerwonym. Potem nawrót w zielony. Potem w lewo w żółty, którym dwukrotnie przetniemy czerwony i na końcu znowu zielony. Na schemacie szlaków wyglądało to bardzo ładnie i prosto, lecz jak powszechnie wiadomo, w przyrodzie szlaki raczej rzadko biegną liniami prostymi. Te nie były inne.

I Maraton Kampinoski - schemat trasy

To właśnie na podstawie kolorów szlaków i wiszących biało czerwonych tasiemek mieliśmy odnajdywać drogę.

Do półmetka

Wystartowaliśmy o 9:00. Niemal do samego strzału startera rozmawiałem ze znajomymi. Najpierw z Weroniką i Sylwią. Potem z Mirkiem. Artura tradycyjnie widziałem z przodu – ale on może tutaj powalczyć nawet o zwycięstwo.

Ruszyliśmy szeroką drogą. Mój start z końca jednak nie był takim dobrym pomysłem i musiałem się uporać ze sporą grupą przed sobą. Więc wyprzedzałem raz jednym poboczem, raz drugim, czasem środkiem… Witam się z Tamarą i dalej ciągnę do przodu. Po niecałym kilometrze skręcamy z szerokiej drogi i ścieżka coraz bardziej się zwęża.

Od czasu do czasu kogoś wyprzedzam, ale staram się trzymać równe tempo i nie dać się ponieść innym. Z tego, co widzę wokół siebie, to wokół mnie są sami półmaratończycy – oni sobie zawrócą na 11km, a ja zostanę sam z całą resztą trasy. Jakieś sto metrów przede mną widzę dwójkę z klubu Bóbr Tłuszcz. Nie wiem, jaki dystans biegną, ale trzymam się z nimi na kontakt wzrokowy.

Krajobraz się zmienia. Zamiast zwykłego zarośniętego lasu przebiegamy mostkiem przez pas mokradeł. Ale to nie trwa długo. Zaczynają się wydmy. Zaczyna ją się kojenie podbiegi i siodełka. Taktyka jest prosta. Pod górę – skracać krok, a jak trzeba to wręcz drobić. W dół – puszczać się luzem i patrzeć pod nogi. Wydmy wielkiej krzywdy nie robią poza jedną, która wznosiła się z kilkanaście, w porywach kilkadziesiąt, metrów w górę. Moja pierwszą myślą: było: „No, to się zaczyna…”. A potem wbiegłem, zbiegłem i czekałem na kolejną.

Niedaleko Cmentarza Palmiry pierwszy wodopój. Chwytam kubek wody, wypijam i lecę dalej. Trasa robi się lżejsza. Jest mniej pagórków, mniej piachu, mniej korzeni. Teraz wyczekuję miejsca, gdzie zostawi nas półmaraton. Zaczynam się zastanawiać, kto przed mną zostanie. Czy będzie, za kim biec czy to już od tego miejsca zostanę sam?

Za zawrotką półmaratonu zostałem prawie sam. Po rozdzieleniu maratonu i półmaratonu przede mną zostają raptem dwie osoby. Biegaczka z 12tri.pl i biegacz z kitką. Biegnę za kolegą z kitką. Tempo trochę spadło, ale jest nieźle. Droga, co jakiś przechodzi przez jakąś wydmę, ale ten odcinek jest raczej spokojny.

I Maraton Kampinoski - trasa

Przelatuję przez kolejny wodopój. Ten jest na wzniesieniu. Trzeba do niego lekko podbiec. Zauważam, że tuż obok punktu stoi duży kamienny krzyż, ale nie mam czasu na zwiedzanie. Szybko łapię kubek i biegnę dalej.

Po 16 kilometrach zostawiam biegacza z kitką. Jego tempo jest jednak trochę za wolne jak dla mnie. Na szerokim dukcie zostawiam go za sobą. W oddali przede sobą mam biegacza w koszulce z Biegu Rzeźnika, ale nie gonię go. Biegnę swoje.

Zerkam w końcu na zegarek, który pokazuje już 1:30 biegu. Jak dotąd patrzyłem tylko co jakiś czas na tempo wskazywane przez Nike SportBand. Czas mnie nie interesował – chciałem po prostu biegać. Bez jakiejkolwiek spinki. Udawało mi się to bez problemu, tym bardziej, że teren jest wymagający oraz, że nie ma znaczników kilometrowych. Jestem tylko ja i szlak.

Jeden czy dwa kilometry przed półmetkiem czerwony szlak skręca z szerokiej drogi w małą ścieżkę. Robi się wąsko i nierówno. Meandruję między kolejnymi drzewami. Przebiegam pod gałęziami wiszącymi nad głową. Lubię takie dróżki i mam wrażenie, że lekko przyspieszyłem. A ścieżka się dale wije po lesie. W końcu biegnę nią wzdłuż szerokiego leśnego duktu.

Jak się okazało chwile później nasza trasa w którymś momencie wracała właśnie na ten szeroki dukt. Tym duktem mieliśmy dobiec „jak normalni ludzie” do punktu odżywczego na półmetku. Ale, skoro biegłem tą wąską ścieżką między drzewami to do punktu w wodą dobiegłem od tyłu. Złapałem dwa banany i kubek wody i pobiegłem dalej. Kiedy biegłem widziałem kolejnych dwóch za mną. Oni też do punktu dobiegali od tyłu tą wąską ścieżką.

Za półmetkiem

Zaczął się zielony szlak. Węższy i nieco zarośnięty, ale całkiem sympatyczny. Droga w miarę płaska i z długimi prostymi. Proste są na tyle długie , że widzę biegacza w oddali. Widzę żółtą koszulkę. Moja pierwsza myśl to , że to któryś z „Bobrów”, ale z tego, co zauważyłem tamta dwójka, za którą biegłem skręciła w półmaraton. No nic. Biegnę i mimo że nie stawiałem sobie za punkt honoru gonienie żółtej koszulki, to dystans między nami się zmniejszał.

Nie zdążyłem przyzwyczaić się do zielonego szlaku jak skręciliśmy w żółty. Na początku żółtego na poboczu siedzi grupka turystów z rowerami. Słyszę urywek ich rozmowy. Starszy pan mówi: „Oni biegają szybciej niż ja jeżdżę”. Uśmiecham się do siebie.

Wybiegamy na chwilę z lasu. Zaczyna się asfalt i wieś Wiersze. Na zakręcie w prawo doganiam żółtego biegacza. To jednak nie Bóbr Tłuszcz, ale KB Galeria. Zaczynamy biec razem obok siebie. Po kilometrze czy dwóch asfaltowej drogi znowu wpadamy w las. Znowu zaczyna się piach.

Na szczęście widzę punkt z wodą przy kamiennym krzyżu. Cholera, dlaczego punkt z wodą znowu jest na wzniesieniu? Szybko wyciągam żel, odrywam złotko i wciągam go na raz. Czuję jak się zaklejam. Zatrzymuję się i wypijam dwa kubki wody. Muszę popić i przepłukać usta po tym żelu. Biegacz z KB Galeria trochę mi ucieka. W końcu ruszam za nim i dopiero po kilkuset metrach oświeca mnie. Przecież to ta sama górka z kamiennym krzyżem i wodopojem, co na 15 kilometrze! Przypomina mi się, że jeden z punktów miał być właśnie na takim skrzyżowaniu.

Doganiam biegacza w żółtym. Znowu biegniemy razem. Tym razem po zboczu wydmy. Jesteśmy na jednej z bardziej malowniczych dróg na tej trasie. Po prawej teren się wznosi, po lewej opada. Całość dosyć przestronna, bo pokryta dorodnymi świerkami, które nie ograniczają widoków. Ziemia natomiast to jeden wielki dywan z mchu. Piękny odcinek!

Pytam się kolegi, ile właściwie już biegniemy. Mówi, że 29 kilometrów i że już niedaleko. Przyjmuję to do wiadomości. To pierwszy raz na tej trasie, kiedy wiem, na którym kilometrze jestem.

I Maraton Kampinoski - finisz

Nie wiem kiedy, ale zostawiam biegacza w żółtej koszulce za sobą. Biegnie mi się cały czas dobrze i lecę do przodu. Jedną z kolejnych dróg poznaję. Biegaliśmy tędy w zimę.

Znowu zmieniamy szlak na zielony. Zaczyna się ścieżka, która na mapach jest podpisana jako „Kręta Droga”. Faktycznie jest kręta. Prowadzi zygzakami po lesie, co chwilę w górę i w dół. Mimo że podbiegi nie są długie to męczą. Pierwszy raz poczułem się na tej trasie zmęczony.

A przed sobą widzę kolejnego biegacza. Tym razem w zieleni. Ciekawe jest to, że na żółtym szlaku goniłem biegacza w żółtej koszulce, a na zielonym szlaku gonię biegacza w zielonej koszulce. Tego doganiam jednak dużo szybciej.

Już jestem dziesięć-dwadzieścia metrów za nim. I już widzę pot na jego koszulce, kiedy moja lewa stopa trafia w wystający korzeń. Poczułem się jakby ktoś złapał mnie od tyłu za kostki i mocno pociągnął. Nie miałem szans ustać na nogach. Runąłem na ziemię. Dobrze, że odruchowo skręciłem się w lewo i upadłem na prawy bok, a potem przez ten bok się przetoczyłem. Lecz mimo wszytko zabolało. Szybko wstałem i obejrzałem kolana. Są upaprane w ziemi, ale nie widzę, żeby były starte. Zginać się zginają i raczej nie bolą. Ręce i reszta ciała też zapiaszczona, ale cała. Można biec dalej.

Rozpędzam się powoli, lecz w końcu doganiam biegacza w zieleni. Zamieniam z nim kilka słów i lecę dalej. Dopadam w końcu do ostatniego wodopoju. Znowu łapię dwa banany i kubek wody. Wiem, że to już ostatni wodopój i teraz już, aby tylko do mety.

Znowu zaczynają się wydmy. Czuję, że nogi przestają iść, ale dalej biegnę. Na jednej z większych piaszczystych wydm, pod którą podchodziłem, przegania mnie biegacz w czerwonym. Biegnie takim tempem, że nie ma, co biec za nim. Od szczytu wydmy biegnę po swojemu.

Trasa zaczyna mi się dłużyć. Nogi coraz bardziej nie chcą współpracować. Chyba chcą powiedzieć, że trzeci maraton w ciągu tygodnia to trochę za dużo i że chcą wreszcie odpocząć. Kolejne zakosy i dalej ta sama droga. Nie mam pojęcia, ile jeszcze do mety! W pewnym momencie nawet nie wiem, czy dobrze biegnę. Aby być pewnym, pytam się o to pierwszych napotkanych rowerzystów. Potwierdzają, że tam z przodu biegną. Czyli jest dobrze. Jestem na trasie.

Ostatnie 2 kilometry to bieg przez mokradła. Z pobocza uśmiecha się do mnie tabliczka z napisem „2km do mety”. Od razu chce mi się nieco przyśpieszyć. Nie mam już wiele sił, ale próbuję, choć trochę. Po kilku, ciągnących się w nieskończoność minutach, widzę następną tabliczkę: „1km do mety”. Znowu chcę, choć trochę przyśpieszyć i znowu nie mam już na to siły.

Ostatnia prosta to już formalność. Nogi mówią dość, a ja im mówię, że za tą białą dmuchaną bramą dam im odpocząć. Mówię im i sobie, że to już ostatni start w tym roku i że za tą metą czeka mnie upragniony odpoczynek.

Biała brama jest coraz bliżej. Jeszcze sto metrów. Jeszcze pięćdziesiąt. Jeszcze dwadzieścia. Unoszę ręce w górę i kończę maraton. Zegar wskazuje 3:46:31. Cieszę się!

I Maraton Kampinoski - na mecie

To najlepszy mój wynik w maratonie w tym roku, a zrobiłem go na zdecydowanie najtrudniejszej technicznie trasie. Jestem zadowolony tym bardziej, że to był trzeci maraton w przeciągu 8 dni. Trudno o lepsze zakończenie sezonu.

Teraz z czystym sumieniem można sobie zafundować kilka tygodni odpoczynku od biegania.

Wszystkie zdjęcia

REKLAMA

6 myśli na temat “I Maraton Kampinoski

  • 22.10.2012 o 11:15
    Permalink

    Gratulacje… Po dwóch maratonach trzeci ze znakomitym czasem….fju fju. 🙂 Jest moc!!! 🙂

    Odpowiedz
  • 24.07.2013 o 23:13
    Permalink

    Hej, zastanawiam się nad udziałem w półmaratonie Kampinowskim w tym roku. to byłby mój pierwszy półmaraton w ogóle… polecasz czy odradzasz tą trasę dla początkującej osoby? z góry dzięki za komentarz! 🙂

    Odpowiedz
    • 25.07.2013 o 15:01
      Permalink

      Jak na debiut to dosyć oryginalnie. Trasa jest bardzo ładna i urozmaicona ale nie jest bardzo trudna. Pamiętaj tylko że to teren i nie pobiegniesz tak szybko jak po asfalcie. Najlepiej w ogóle się tym nie przejmuj, ciesz się biegiem i swoim pierwszym półmaratonem 🙂

      Odpowiedz
      • 17.10.2013 o 08:52
        Permalink

        dla mnie to będzie pierwszy półmaraton.. i szczerze powiedziawszy nie jestem pewna czy to dobry pomysł.. mam nadzieję, że się nigdzie tam nie zgubię 😛

      • 17.10.2013 o 14:22
        Permalink

        Nie zgubisz się. Nawrotka będzie oznaczona i zapewne obsadzona wolontariuszem (tak było rok temu) a poza tym nie będziesz sama na trasie 🙂

      • 18.10.2013 o 08:53
        Permalink

        Oooj, w tym tempie w jakim biegam to mogę być sama 😛
        Miejmy nadzieję, ze oznaczone, bo jak byłam w tym roku na Świder Trail to była masakra pod tym względem..
        No, ale jeszcze sama nie wiem czy w końcu pojadę, więc na razie się nie martwię 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *