Hrobacza Łąka po raz pierwszy

Po XIV Półmaratonie dookoła Jeziora Żywieckiego nie wróciłem od razu do Żyrardowa. Wykorzystałem kilka dni wolnego oraz gościnność Agi i zostałem w Beskidach. Chciałem wykorzystać fakt bycia na Podbeskidziu aby choć trochę pobiegać po górach. Cel znalazłem sobie jeszcze przed przyjazdem. Cel, na 828 metrów nad poziomem morza. Taki nazywający się Hrobacza Łąka.

REKLAMA

Planów biegania po Beskidach było wiele. Był nawet taki zakładający bieg na Hrobaczą Łąkę z samych Kęt. To byłoby największe wyzwanie, choć niekoniecznie mądre dzień po półmaratonie. Inne pomysły były prostsze. I właśnie taki prostszy, a nawet najprostszy, pomysł wcieliliśmy w życie.

W Beskidy wybraliśmy się we trójkę. Ja chciałem wbiec na górę by liznąć trochę Beskidu. Kolega, choć nie biega regularnie, tez chciał wbiec. Koleżanka natomiast, zakładała od początku, że pójdzie spokojnie za nami.

Na Hrobaczą mieliśmy się dostać od strony Jeziora Międzybrodzkiego, drogą przez Żarnówkę Dużą. Pierwsze dwa kilometry asfaltowe podjechaliśmy samochodem. Zatrzymaliśmy się na skraju lasu. Dalej samochodem już się nie da wjechać. A na pewno nie osobowym. Dalej mieliśmy stromy, zawalony śniegiem, podbieg.

Droga na Hrobaczą Łąkę

Po krótkiej rozgrzewce pobiegliśmy do góry. Lekko nie było. Czułem w nogach półmaraton, lecz nie było źle. Nie dałem rady cały czas podbiegać, wiec co jakiś czas przechodziłem na kilka kroków w marsz. A potem znowu biegiem. Dobrze ze dzień wcześniej była ładna pogoda i ludzie wchodzili na Hrobaczą. Wydeptali trochę śladów, z czego jeden był całkiem dobrą ścieżką. Właśnie tym wydeptanym korytem biegło się najlepiej.

Droga na szczyt zajęła mi 15 minut. W tyle czasu dobiegłem do krzyża na szczycie Hrobaczej Łąki. Chwile za mną na szczycie zjawił się Tomek, a kilka minut później Aga. Byliśmy w komplecie, a ja, jak chciałem, tak na Hrobaczą Łąkę wbiegłem.

Hrobacza Łąka - szczyt

Zbieg był przyjemniejszy. Na zbiegu się nie oszczędzałem. Choć kilka razy zachwiałem się na śliskiej nawierzchni biegłem cały czas szybko na dół. Szybko się przekonałem, że zbieg wydeptaną ścieżką nie był najlepszym wyjściem. Biegnąc ścieżką w dół, było zbyt ślisko. Wiec biegłem po innych śladach, a czasem przez kopny śnieg. Tak było dużo lepiej i tak czułem się na zbiegu pewniej.

Na dół do końca lasu zbiegłem w 8 minut. To polowa czasu, który spędziłem prąc pod górę.

A kiedy już wszyscy byliśmy przy samochodzie wpadłem na kolejny pomysł – jedzcie na dół samochodem, a ja sobie zbiegnę. To tylko dwa kilometry ostro w dół po asfalcie.

Jak pomyślałem tak zrobiłem. Zbiegłem na sam dol. I to była o tyle dobra decyzja, że dzięki temu miałem okazję w całej krasie popatrzeć na górę Żar i jezioro Międzybrodzkie:

Jezioro Międzybrodzkie

A także w ogóle na Beskid Mały:

Beskid Mały z Hrobaczej Łąki

Jedynym minusem takiego zbiegu były buty. To, co sprawdza się w bieganiu po górach nie musi być dobre do asfaltowego zbiegania w dół. Raz, że stromy zbieg sam w sobie męczy, to jeszcze biegnąc w typowo trailowych Kanadiach czułem się jak w PRL-owskich klapkach masujących. Tak, tych takich pomarańczowych, co miały pełno gumowych wypustek. Teraz bardzo podobnie masowały mnie pazurki na podeszwach Adidasów, co na dłuższą metę nie było najprzyjemniejsze.

Droga przez Żarnowkę Dużą

Ale to i tak jest mało ważne. Chciałem zaliczyć Hrobaczą Łąkę – zaliczyłem. Na gorę, to nic ze najprostsza drogą, i tylko od połowy, ale wbiegłem. Zdjęcie ze szczytu mam. Z Beskidem Małym się zapoznałem. Ja go polubiłem. Ciekawe, czy on mnie tez?!

Fajnie by było kiedyś przyjechać i pobiegać po nim więcej, dużo więcej…

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *