Ekobieg Niepodległości – na hurra i w bojówkach

Po XXIII Biegu Niepodległości mogłem zrobić dwie rzeczy. Mogłem wrócić do domu, albo mogłem pojechać na warszawski Targówek na Ekobieg Niepodległości. Wszystko zależało od transportu, bo przejazd przez pół Warszawy komunikacją miejską, mi się nie uśmiechał. Transport jednak, dzięki Andrzejowi, miałem, więc na Targówek pojechałem. Miałem kibicować…

REKLAMA
Dotarliśmy na miejsce rozgrywania Ekobiegu Niepodległości. Mała kameralna impreza w bardzo przyjemnym Lasku Bródnowskim, gdzie wpisowym były dwie puszki i dwie puste butelki. Bez wpisowego w postaci gotówki. Na tym właśnie opiera się cała idea tych zawodów: na propagowaniu świadomości ekologicznej i dbałości o środowisko. Przynosisz plastykowe butelki czy puszki i w nagrodę bierzesz udział w biegu na 10 kilometrów.

Podczas gdy znajomi obierali swoje pakiety, ja stałem sobie jak gdyby nigdy nic z kolegą i mówiłem mu, że ja tu tylko przyjechałem tak sobie, że ja dziś nie biegnę. Ale gdy chwilę później wracaliśmy do samochodu padło stwierdzenie, że nawet tych butelek, które były wpisowym obowiązkowo nie chcieli i że nawet ja mógłbym się zapisać. Nawet ja?!

Minutę później wracałem do biura zawodów z puszkami, po Coca-Coli. Miały być moim wpisowym. Zostało jakieś 10 czy 5 minut do startu. W namiocie pustki, byłem tylko ja, ale się zapisałem. Dostałem numer 186 na 200 zaplanowanych. Ale jak się później okazało nie byłem ostatni. Na liście znalazła się jeszcze dwójka biegaczy, która swoje numery odebrała jeszcze później. Teraz już mogłem biec. Tylko, jak?! Tylko, w czym?!

Podczas przebieranki w samochodzie okazuje się, że Andrzej (znowu wszystko dzięki niemu) też nosi numer 46 i że może mi pożyczyć trailowe New Balance’y. No to wziąłem. Wypakowałem wszysko, co się dało z kieszeni, zawiązałem bandanę na głowie, komin na szyi (też pożyczony, ale od Weroniki) i ruszyłem na start. Tak poza butami, bandaną i kominem miałem na sobie mocno nie biegowe ciuchy. Dół – spodnie bojówki, góra – zdecydowanie nie biegowa bluza. No i rękawiczki, oczywiście na dłoniach.

Ekobieg Niepodległości - trasa

Na starcie wyróżniałem się jak nigdy. Sto coś par biegających nóg w super szybkich spodenkach biegowych wszelakiej maści i ja – w bojówkach. Można by rzec, że byłem do startu nastawiony najbardziej „bojowo”. Czułem się dziwnie, ale mimo wszystko bawiłem się dobrze. Tylko nie wiedziałem właściwie, co mam biec. Od czterech tygodni nie biegałem żadnego mocnego treningu, tylko spokojne bieganie. Iść szybko czy jednak zostać sobie z tyłu i przebiec to spokojnie? To dopiero był dylemat! Do samego strzału startera stałem z tyłu, ale gdy już ruszyliśmy powiedziałem sam do siebie „Jak się bawić to się bawić!” i postanowiłem pokazać że nie szata czyni biegacza. Wyrwałem do przodu.

Pierwsze kilkaset metrów na szczęście szeroko, więc minąłem tych, którzy jednak biegną wolniej niż ja. Pomachałem koleżance i biegłem do przodu. Trasa po lesie, po ziemi, po liściach, po korzeniach. Dla mnie bomba! Po pierwszej szerokiej prostej droga zaczęła meandrować. Rozwalił mnie dzieciak gdzieś koło pierwszego kilometra. Chłopaczek gdy mnie zobaczył, od razu namierzył mnie palcem i krzyknął coś w stylu: „Mamo, zobacz, ale ten pan śmiesznie wygląda”. Mama raczej się z zachowania syna nie ucieszyła i go skarciła, ale mnie to rozbawiło strasznie. Następne kilkaset metrów biegłem z bananem na twarzy.

Potem powrót w rejon biura zawodów i w inną stronę lasu. Trasa poprowadzona była po trzech pętlach po 3,35 km każda. Pierwsza, z powodu przesuniętego startu, minimalnie krótsza, ale pozostałe dwie już równe. Pętli, jak łatwo zauważyć, były do przebiegnięcia trzy. No i ogólnie trasa przypominała ósemkę. Na środku było sto czy dwieście metrów mijanki gdzie jedni biegli w „tę” a drudzy w „tamtą”. Drugie oczko tej ósemkowej pętli było zdecydowanie krótsze. Ale za to bardziej urozmaicone. O ile na pierwszym oczku było pod podeszwami jednolicie leśnie to tu był z jednej strony kawałek asfaltu, ale z drugiej kawałek piachu gdzie nogi lekko uciekały.

Potem przebieg przez linię start/meta i na kolejne kółko. Po pierwszym miałem 15:20 na zegarku. Rękawiczki, w których biegłem pierwszą pętlę, wyrzuciłem w pobocze trasy.

Drugie kółko bardziej męczące, bo to niby to już drugie, ale jednocześnie dopiero drugie. Jeszcze trzeba było trzecie obiec. Plusem było to, że przestało mi przeszkadzać bieganie w bojówkach. Choć nadal widać było, że powoduję lekki uśmieszek kibiców, to przestałem na to zwracać uwagę. Też bym się pewnie uśmiechał. Jeszcze w swojej małej karierze nie widziałem biegacza na jakichkolwiek zawodach w bojówkach. A ja po prostu biegłem.

Gdzieś w rejonie półmetka zacząłem w nogach odczuwać skutki ostatnich czterech luźnych tygodni. Czułem, że dawno w takim tempie nie biegałem i zastanawiałem się czy nie lepiej było pobiec sobie spokojnie gdzieś w końcówce. Zastanawianie, zastanawianiem, ale po drugiej pętli miałem czas 30:50. Drugą pętlę obiegłem, w 15:30 czyli tylko o 10 sekund wolniej od pierwszej. Ale pierwsza była minimalnie krótsza.

Trzecia pętla, ostatnia. Biegło się już zdecydowanie lepiej, bo to ostatnia i już tylko do mety. Na dwa kilometry przed metą mijam jednego z biegaczy, za którym biegłem od jakiegoś czasu i łapię się pleców koleżanki. Wiem, że jest mocna, ale biegnę za nią. Na mijance już kompletny młyn. My dublujemy tych, co są na drugiej pętli, z przeciwka też biegną, i też się dublują. Ciężko się połapać, co, kto i gdzie.

Na pół kilometra przed metą miałem upatrzone miejsce gdzie chciałem zacząć finisz. Upatrzyłem je sobie na poprzednich kółkach. Było tak, że po długiej prostej wbiegało się na sto metrów między drzewa i po pokonaniu slalomem tej ścieżki wybiegało się na szeroką, aczkolwiek piaszczystą, drogę. Piach pod podeszwami średnio się na finisz nadawał, ale przecież cała trasa jest crossowa, więc nie ma co narzekać. Przynajmniej jest smaczek.

Przyśpieszyłem lekko zgodnie z, nakreślonym na szybko, planem. Koleżankę zostawiłem. Kilkadziesiąt metrów przed sobą miałem koszulkę KM Aktywni Sochaczew. Więc goniłem. Przegoniłem. Dalej już było prosto do mety. Jeszcze na sto metrów przed końcem musiałem krzyknąć, że „Lewa wolna!”, bo było zwężenie, a przede mną czwórka biegaczy, których dublowałem. Większość mnie usłyszała i zbiegła na bok. Minąłem ich i już widziałem metę. Dobiegłem w 46:21. Czyli trzecia pętla w tyle samo, co druga (15:30) i ogólnie równe tempo przez całe zawody.

Ekobieg Niepodległości - numer startowy

Na mecie mały wypas, bo oprócz nagród, pucharów i upominków każdy uczestnik dostał flagę narodową, a nawet dwie. Jedną małą taką, którą można sobie wsadzić w kubek z długopisami i drugą, dużą, na kiju, o wymiarach 0,75 x 1,10 metra. Jeszcze nie widziałem, by tyle flag było na dekoracji zwycięzców. Piękny widok.

Za rok miło byłoby wrócić do Lasku Bródnowskiego. Tylko trzeba się ubrać jakoś stosowniej…

No i na koniec główny wniosek z Ekobiegu: W bieganiu najważniejsze są buty. Mając buty, możesz biegać nawet w bojówkach!

REKLAMA

4 myśli na temat “Ekobieg Niepodległości – na hurra i w bojówkach

  • 14.11.2011 o 00:43
    Permalink

    Kurdę… odrobinę żałuję, że nie pobiegłem z Wami 😉

    Odpowiedz
  • 22.11.2011 o 21:52
    Permalink

    a my się zastanawialiśmy z kumplem co za luzak leci w bojówkach 😉

    Odpowiedz
    • 22.11.2011 o 22:10
      Permalink

      Hehe, przynajmniej teraz jestem znany 🙂 Przeczytałem jeszcze raz Twoją relację i się zastanawiam? Czy to czasem nie Wy byliście tą grupką, którą dublowałem sto metrów przed metą?

      Odpowiedz
  • 23.11.2011 o 09:45
    Permalink

    nie wiem, bo my Cię zauważyliśmy chyba na tej mijance dwukierunkowej, co nawet nie jest takie pozbawione sensu. Wrzucę zdjęcia to sam ocenisz, czy to my 🙂 Fajny opis. Ten lasek to mój teren, na piechotę tam poszliśmy. Na tyle blisko żeby chodzić tam w weekend, ale za daleko na przed/po pracy.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *