City Trail Warszawa 19/20 po raz pierwszy

Dzień dobry City Trailu! Miło znów Cię widzieć. Miło, że powitałeś nas pięknym słońcem i ciepłem. Pierwszy z sześciu biegów tej edycji odbył się w takich warunkach pogodowych na które nikt nie mógł narzekać. Świeciło słońce i było ciepło. Ale nie za ciepło.

REKLAMA

Ale rano nie było tak kolorowo…

Wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że dzień wcześniej, ba! wieczór wcześniej startowałem w The Night Mile. Dystans może nieduży, ale za to szybki. Potem afterparty – może nie obfite, ale zakończone po północy. Rano gapiąc się w kubek z kawą jedyne co mi przechodziło przez głowę to:

– To będzie ciężkie bieganie.

– Czemu?

– Bo ostatnie na co mam ochotę to biegać…

Miałem chęć na wszystko poza bieganiem, ale zebrałem się w końcu i niewiele myśląc, na „autopilocie” pojechałem na start. Dobrze, że w parku na Młocinach byłem już wielokrotnie. Nie musiałem googlować jak mam dojechać. Tu w metro. Tam w autobus…

fot. Karolina Krawczyk

Dojechałem i odebrałem pakiet. Sądząc po czarnych koszulkach z napisami The Night Mile nie tylko ja mam intensywny weekend. Grupa osób która w ostatnie 24 godziny zalicza kolejną już imprezę jest doskonale widoczna. Czy im się nie chce tak bardzo jak mi?! Nie zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić, bo już powinienem się rozgrzewać. Tą samą siłą rozpędu która przywiodła mnie na Młociny podreptałem na rozgrzewkę. Zrobiłem co miałem zrobić. Rozpędziłem się kilkukrotnie do nieco większych prędkości i… stwierdziłem, że nie jest najgorzej.

Punktualnie o 11:00 wystartowaliśmy. Zacząłem jak zwykle szybko. Może nawet za szybko bo pierwszy kilometr wszedł w 4:13. Niemniej jednak przez polankę przebiegłem jeszcze na świeżości. Ciężko zrobiło się około drugiego kilometra. Musiałem trochę powalczyć aby w miarę utrzymać aktualne tempo. Powiedziałbym, że zrobiło się ciężko ale stabilnie. Na szczęście kilometry nie ciągnęły się w nieskończoność i za drugim dość szybko pojawił się trzeci, kawałek dalej czwarty… Bez nagłych zwrotów akcji robiłem swoje. Wreszcie na ostatniej prostej na ile mogłem to jeszcze trochę przyspieszyłem. W końcu to już ostatnia prosta i co mi tam zależy…

fot. Karolina Krawczyk

Na metę wpadłem po 21 minutach i 29 sekundach. To dobrze? Czy źle? Uważam, że całkiem dobrze. Rano nie miałem ochoty podbiec do autobusu, na śniadanie przyjąłem jedynie kawę a jadąc na start z lekka powłóczyłem nogami. Kilka godzin później pobiegłem tak, że w sumie zrobiłem życiówkę.

Nie, nie, nie… Nie życiówkę na 5 kilometrów. Pobiegłem o 10 sekund szybciej niż w lipcu na City Trail on Tour a co za tym idzie zrobiłem swój mały rekord trasy warszawskiego City Traila. A że było ciężko i na dużym zmęczeniu? To tylko całkiem niezły prognostyk przed kolejnymi startami.

Następny już 9 listopada o 11:11.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *