City Trail on Tour – to się miało nie udać…

Nie, to się nie uda. Dziwna niemoc w całym organizmie. Próba rozpędzenia się na rozgrzewce do zakładanych 4’20/km i słuchanie od nóg i płuc, że nie wytrzymają tak pięciu kilometrów. W dodatku jeszcze ten deszcz…

REKLAMA

Ale wracając do początku. Lubię City Trail i to nawet jeśli ani razu w nim nie wystartowałem, a moja obecność ograniczała się do noszenia kurtek i plecaków na linii start-meta. Lubię też City Trail za pomysł na ogólnokrajową akcję biegów na 5 kilometrów. Zawsze po tej samej trailowej trasie, na której miejscowi biegacze czują się u siebie, bo na niej dzień w dzień trenują. Tak właśnie olsztyniacy startują nad Jeziorem Długim, poznaniacy w Lasku Marcelińskim, a warszawiacy na Młocinach.

Poza zimową edycją jest też edycja letnia City Trail on Tour, kiedy każdego dnia, dzień po dniu odbywa się jeden bieg w jednym kolejnym mieście. W tym roku zabawę rozpoczął Lublin, a jako druga biegła Warszawa. Tam też i ja wystartowałem.

W drodze na Młociny nie czułem się najlepiej. Nie wiem czemu, bo nie znajdowałem żadnego racjonalnego powodu. Po prostu było źle. Na domiar złego nad Młocinami zawisła czarna chmura.

Spadnie deszcz?

Czy nie spadnie?

Deszcz spadł pół godziny przed startem. Właśnie w tym momencie kiedy miałem rozpocząć rozgrzewkę. Ech…

City Trail on Tour - deszcz

Na deszcz nie miałem wpływu. Zacząłem się rozgrzewać. Najpierw trochę truchtu. Deszcz leje. Kilka serii skipów. Deszcz napieprza. Trochę wymachów pod koroną drzew. Pada tak, że pod drzewem jest równie mokro jak na polanie. Na koniec znów trucht i kilka przyspieszeń. Deszcz, deszczem ale nogi średnio chcą ze mną współpracować… To się nie uda!

Na kilka minut przed startem kolega był blisko aby namówić mnie abym pobiegł z nim na 23 minuty. A potem bomba poszła w górę.

Citytrailowy pociąg ruszył, a ja tylko ze sto metrów wytrzymałem w miejscu w jakim startowałem….

Jest za wolno!! Wyprzedzam!!

Kolejne kilkaset metrów to wyprzedzanie po zewnętrznej. Nie wiem w którym miejscu, po iluset metrach wyprzedzać skończyłem, ale wróciłem na ubitą ziemię. Wtem nagle zobaczyłem znak pierwszego kilometra. Na jego wysokości zerknąłem na zegarek – 4:17. Grubo!! Za szybko!! Albo to pociągnę albo porzygam się w krzakach.

Leciałem dalej. Czasami doganiałem kogoś kto biegł przede mną. Czasami „podwoziłem” się na czyichś plecach. Nie za bardzo natomiast interesowało mnie czy ktoś chce się „złapać” za moimi plecami. Biegłem swoje. Robiłem swoje.

City Trail on Tour - medal

Drugi kilometr w 4:22, trzeci 4:21. Nogi i płuca coraz bardziej paliły, ale w głowie trwało tylko odliczanie do kolejnego drzewa, do kolejnego znajomego miejsca, do tej cholernej tabliczki z numerem 4. Kiedy w końcu ją zobaczyłem na zegarze było 17:30.

Byłem zbyt zmeczony aby liczyć na jaki czas biegnę, więc cisnąłem aby dogonić jeszcze jednego biegacza. Jeszcze pięćset, czterysta, trzysta. Na jakieś dwieście metrów do mety dowaliłem do pieca i wyprzedziłem biegacza którego goniłem przez ostatni kilometr. Zegarek pokazał chwilowe tempo w okolicach 3’00/km.

Nie wiem czy ów biegacz był w stanie odpowiedzieć na mój finisz, bo jak tylko zobaczyłem na zegarze czas grubo poniżej 22 minut to mordka od razu zaczęła się cieszyć. Miało być źle, miało nic z tego nie wyjść, a wyszło 21:39.

Jestem bardziej niż zadowolony!

City Trail on Tour - z medalem

Ogromnie gratuluję też Emilii Mazek, bo w tym czasie kiedy ja walczyłem o swoje „21 coś”, ona robiła jakiś kosmos w przedzie stawki. Nie dość, że wygrała całe zawody to jeszcze zrobiła to w czasie 17:56. Kosmos! 

Tak zakończyła się edycja City Trail on Tour w Warszawie. City Trailowa karawana pojechała dalej (do Olsztyna), a ja ze swojej debiutanckiej edycji wracam z tarczą. Było mocno, fajnie i chyba nie miałbym nic przeciwko aby wystartować tu także jesienią i zimą.

Czas pokaże.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *