Biegowe „mantry” – a może by tak liczyć?!

Kilkukrotnie pytano się mnie o czym myślę jak biegam. Nigdy nie byłem w stanie sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Mówię wtedy, że o niczym, że myśli błądzą po niewiadomo jakich rejonach czasami przynosząc szalone pomysły. Natomiast odkąd wróciłem do zorganizowanego treningu to często nie myślę… a liczę!

REKLAMA

Ale jak to liczę?!

Normalnie, co nie znaczy że liczę od jednego do miliona. To nie liczenie baranów przed snem, choć to jest zapewne mniej męczące. Liczenie najlepiej widać na zawodach. Przykład? Proszę bardzo!

Podczas półmaratonu praskiego celem było 1:40:00 na mecie. Licząc co do sekundy to tempo 4’44 na kilometr. Liczbę 44 do 44 dodaje się łatwo leżąc na kanapie, ale w biegu nie jest to najlepszy pomysł. Podczas zawodów i intensywnego wysiłku będzie to bardzo trudne i na pewno coś pomylę. Ustawiam więc swój wewnętrzny tempomat na 4’40 na kilometr.

Strzał startera i zaczynam pierwszy z dwudziestu jeden kilometrów. Przez pierwszy kilometr powtarzam w głowie „cztery czterdzieści, cztery czterdzieści”. Dopasowuję to do rytmu kroków i mój tempomat w głowie odlicza „cztery czterdzieści, cztery czterdzieści”. Po kilometrze dodaję 4:40 do 4:40 i przez kolejny kilometr w głowie mam „dziewięć dwadzieścia, dziewięć dwadzieścia”. Kilometr dalej „czternaście zero zero, czternaście zero zero” i tak w koło macieju. Co kilometr to inne liczby.

Jeśli tempo nie jest wymagające (a 4’40 w pierwszej części półmaratonu nie jest) to liczenie w głowie jest mniej intensywne. Im zmęczenie większe tym dzwon w głowie uderza mocniej. Na szesnastym kilometrze „czternaście czterdzieści, czternaście czterdzieści” tłucze się w mojej głownie niczym gigantyczny dzwon. Kilometr dalej dzwoni jeszcze mocniej „dziewiętnaście dwadzieścia, dziewiętnaście dwadzieścia…”

Co mi to daje?

Jak się nad tym głębiej zastanowię to daje mi to wiele rzeczy. Przede wszystkim pomaga utrzymać zakładane tempo i mając w nogach kolejny kilometr mocnego treningu (czy zawodów) wiem czy wykonałem go w takim tempie jak powinienem. Jak za szybko to nie chcąc się „zarzynać” mogę lekko zwolnić, a jak za wolno to wiem, że powinienem przyspieszyć. W ten sposób to też element wewnętrznej kontroli ile mam sekund zapasu lub straty do ideału.

Daje mi też motywację. Bo co innego powtarzanie sobie motywacyjnych haseł „dasz radę!”, które na mnie nie działają, a co innego wyznaczenie konkretnego celu na kolejnym kilometrze. Powtarzając swoją cyfrową mantrę mogę powiedzieć, że cały czas mam cel na wyciągnięcie ręki (czy raczej nogi).

Po trzecie powtarzanie cyferek w głowie dziesiątki, jak nie setki czy tysiące, razy sprawia, że nie myślę o zmęczeniu. Dlatego na pierwszych kilometrach półmaratonu powtarzam cyfry mniej intensywnie niż na ostatnich. Nie myślę też jak bardzo kuszące jest przerwanie biegu i położenie się na chodniku. Cyfry zagłuszają je dosyć skutecznie.

Nie tylko na zawodach

W moim przypadku praktyka ta sprawdza się zarówno podczas zawodów jak i treningów tempowych. Szczególnie kiedy mam do zrobienia na przykład kilka dłuższych kilkukilometrowych odcinków. Przydaje się też podczas na przykład „dwójek”, ale wtedy często odliczam sobie też pierwsze pięćset metrów co pozwala mi nie zacząć za szybko. Robiąc trening na stadionie odliczam czas na jedno koło. Generalnie, przychodzi to samo.

Najnudniejsze są pod tym kątem rozbiegania. Tam nie ma sztywnego tempa którego trzeba się trzymać. Dziś biegam je najczęściej w tempie ok 5’10/km ale jeśli mam gorszy dzień to jest to 5’20/km (a czasem i wolniej) a jak mam dzień konia to na jeszcze większym luzie biegnę po 5’00/km. Na rozbieganiach nie ma znaczenia tempo a „wyrobione” kilometry. Nie mam więc co liczyć.

Nie wiem czy ktoś z was stosuje taką metodę. Zapewne tak bo niemożliwe jest aby przy tylu tysiącach biegaczy nikt inny tak nie robił. Jeśli natomiast macie inne sprawdzone sposoby to też dobrze. Bo przecież każdy sposób jest dobry jeśli prowadzi to osiągnięcia celu.

I tego wam życzę.

REKLAMA

Jedna myśl na temat “Biegowe „mantry” – a może by tak liczyć?!

  • 14.10.2019 o 07:15
    Permalink

    Dobrze wiedzieć, że nie jestem sam, robię dokładnie tak samo. Na stadionie liczę co 100/200 metrów 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *