Biegiem przez Wzgórza Dylewskie

Zaczęło się w sobotę, kiedy to późnym popołudniem pojechaliśmy do Starych Jabłonek pobiegać po tamtejszych górkach i lesie. Było sympatycznie, choć drugą połowę trasy pokonywaliśmy w ciemnościach. Było dobrze, ale gdy po treningu zastanawialiśmy się gdzie biegać następnego dnia byłem za opcją Wzgórz Dylewskich.

REKLAMA

O tych wzgórzach słyszałem już wiele i wiedząc, że nie jest to lekki teren do biegania, chciałem się o tym przekonać na własnej skórze. I jak się okazało – przekonałem się!

Prostsza połowa

Wystartowaliśmy we czwórkę. Ich troje i Ona jedna. Trójka, że tak powiem miejscowych, ja – przyjezdny. Zaczęło się całkiem niewinnie od asfaltowego zbiegu. Nie nacieszyłem się długo asfaltem, gdy zza pleców padło hasło – w lewo. Tu? – spytałem pokazując na pewną zarośniętą dróżkę. Tak, tu – usłyszałem w odpowiedzi. Zaczął się trail.

Chwilę później, gdy dobiegamy do stromego wzgórza, ktoś rzuca – To może wpadniemy na groby? Kolega przyśpiesza i biegnie pod górę. To ja też! Krótki sprint po stromym zboczu i jesteśmy na szczycie, gdzie znajduje się mały zapomniany cmentarz. Obiegamy go dookoła i wracamy. W dół straszna stromizna. Wolałem ją podbiegać, niż zbiegać, ale skoro dostałem się na górę, to musiałem jakoś wrócić na dół.

Dalej znowu tą samą zarośniętą dróżką poprzez zagajniki i polanki. W polu widzenia pojawiają się kamienne fundamenty starych domostw. Zalatuje średniowieczem przez chwile, a potem las definitywnie się kończy. Skręcamy w polną drogę. Biegniemy łąkami oganiając się od gałązek krzaków, które próbują zarastać naszą drogę. Potem na asfalt, który zaczyna prowadzić nas pod górę i po kilkunastu minutach z powrotem dobiegamy do drogi, którą tu przyjechaliśmy. Tylko, że jesteśmy kilometr dalej i kilkanaście/kilkadziesiąt metrów niżej niż nasz samochód. Ale nie mamy zamiaru wracać. Dopiero teraz biegniemy na prawdziwe wzgórza.

Skręcamy w drogę oznaczoną strzałką „Dylewska Góra – 312 m n.p.m.” Jak łatwo zgadnąć, nadal mieliśmy pod górę. Biegniemy w stronę masztu antenowego. To najwyższe wzniesienie Wzgórz Dylewskich i jednocześnie całej północno-wschodniej Polski. Gdy dobiegamy do szczytu kolega słusznie stwierdza, że wyżej już się nie da. Ma rację. Po drugiej stronie wzgórza zaczyna się las i długi zbieg w dół. Pod nogami piękny dywan czerwonych liści, ale trzeba uważać na ukryte niespodzianki, o które łatwo na leśnej drodze. Biegnąc rozmawiamy o półmaratonie, który jest organizowany wiosną na Wzgórzach Dylewskich, o Cross Maratonie w Sielpi i oczywiście o Biegu Rzeźnika. Ktoś zauważa, że na razie droga jest spokojna, ale gdzieś dalej będzie kawałek, który będzie przypominał wspomnianego Rzeźnika. Jestem tu pierwszy raz, więc wierzę na słowo. A to, jak się jeszcze miało okazać, były prorocze słowa.

Kilometr dalej jezioro Francuskie. Najwyżej położone jezioro Polski północno-wschodzniej. Dookoła jeziora rezerwat przyrody. Słyszę, że można je obiec, ale dziś nie będziemy tego robić, bo droga może być niedostępna. No cóż, trudno się mówi, choć gdybym ja miał wybierać to pewnie podjąłbym wyzwanie.

W trakcie względnie płaskiego odcinka po szerokiej drodze, kolega zapowiada, że będzie podbieg. Mówi, że podobny do tego, który biegliśmy wczoraj w Starych Jabłonkach – długi i po płytach. Mi, choć jeszcze nie wiem gdzie ten podbieg będzie, już tętno idzie w górę. Już chcę go zdobyć. Skręcamy ostro w lewo i jest! Długi rząd płyt prowadzący pod górę. Z miejsca przyśpieszyłem. Jeszcze tylko usłyszałem, jak za moimi plecami kolega mówi coś o moim odchodzeniu i zostawiłem współbiegaczy daleko za sobą. Wrzuciłem wyższy bieg i wbiegałem pod tą górę. Po pierwszych stu metrach podbieg łagodnie skręcał. Nie widziałem szczytu, więc nie chciałem przeszarżować, ale nadal biegłem szybko. I nagle… podbieg się skończył. Był, był, i nie ma. Mogłem zwolnić i się zatrzymać. Poczekać na resztę. Po prawej miałem las, jaki oglądałem już od jakiegoś czasu, a po lewej głęboki wąwóz, do którego nie chciałbym spaść. Gdzieś tam w dole pewnie jest jezioro.

Potem dłuższy kawałek odsapki. Biegliśmy szeroką prostą drogą. Po obu stronach nieprzebrany las. Raz lekko w górę, raz lekko w dół, ale przewyższeń nie czuć w nogach. W końcu pada hasło – w prawo. Zaczęło być lekko pod górę. Kolega postanawia pobiec tu nieco szybciej. Przyśpiesza. To ja też przyśpieszam. Oddalamy się od pozostałej dwójki. Podbieg nie jest stromy, ale ciągnie się długo. Co zakręt to wydaje się, że już jest szczyt, a tu dalej się wznosi. Dobiegając do szczytu mamy około sto metrów przewagi.

I wtedy zaczął się zbieg! I to jaki zbieg! Nogi same lecą, więc i my lecimy w dół. Trochę się hamuję, żeby się nie rozpędzić za bardzo, nie wpaść na jakiś zbłąkany korzeń lub kamień i nie runąć w dół. Zbieg się lekko wypłaszczył, więc zwalniamy, ale za chwilę na powrót jest ostro w dół. Więc znowu grawitacja bierze górę i przyśpieszamy. I tak w kółko. Cały zbieg tak wygląda: na zmianę ostro i łagodnie, ostro i łagodnie. Trzy ostre odcinki poprzedzielane łagodnymi. Łącznie jakieś 300 metrów lub więcej długości i 20 metrów pod górę. Podobał mi się ten podbieg i już sobie wyobrażałem, jaki stromy jest w drugą stronę. Zaczęła mi kiełkować pewna myśl. Zbiegliśmy na dół. Kolega, z którym odbiegłem od reszty, czekał na pozostałą dwójkę, a ja korzystając z okazji, zawróciłem i pobiegłem pod górę.

Początek podbiegu ostro. Ostro w górę i ostre tempo. Miałem siłę przycisnąć. Widzę znajomych zbiegających w dół. Koleżanka krzyczy – Wiedziałam! Wiedziałam, że ci się spodoba! Pytam szybko gdzie biegną dalej, żeby wiedzieć gdzie ich szukać, ale odpowiadają, że poczekają na mnie na dole. Super! Pędzę dalej pod tą górę. Na drugim ostrym jest ciężko, ale nie zwalniam. Na trzecim, ostatnim, tuż przed szczytem czuję jak mnie palą mięśnie ud, łydek i achillesy. Zaciskam zęby, wytrzymuję i wbiegam na samą górę. Krótka chwila z głową w dole i zbieg w dół. Powoli, byle się nie przewrócić. Staram się uspokoić oddech i rozszalałe serce. Na dole czuję się już dobrze. Znajomi czekają. Dołączają i biegniemy dalej.

Znowu mamy odcinek szerokiej leśnej drogi. Znowu odsapka. I znowu w pewnym momencie słyszę zza pleców – skręcamy w prawo.

I wtedy się zaczęło!

Wbiegliśmy w wąską ścieżkę. Jakieś koleiny, pełno korzeni i kamieni. Momentalnie zaczyna być ciężko. Nie da się biec dwójkami, więc biegniemy gęsiego.  Biegnę z przodu i staram się trzymać głównej ścieżki. Nie jest to proste. Z tyłu zaczynam słyszeć wątpliwości na temat tego, czy to na pewno jest TA droga?! Przemy dalej. Raz jest lepiej, raz gorzej. Kolega, który jak dotąd nas prowadził przez wzgórza stwierdza, że „od tej chwili nie bierze odpowiedzialności za trasę”. Biegniemy środkiem jakiegoś pozarastanego wąwozu. Co chwilę mamy, co innego pod nogami: błoto, kamienie, korzenie, gałęzie. Nogi uciekają, więc trzeba uważać. Ale biegniemy! Ścieżka jest ledwo widoczna i sądząc po zaroślach nie jest raczej zbyt popularna.

Mi się odezwała kolka. Lekka, nie musiałem się zatrzymywać, ale chyba jednak za dużo tego szarpania po lesie jak na jeden weekend. Mogłem nie robić tamtego podbiegu, to bym teraz był w lepszej kondycji. No, ale co. Chciało się szaleć, chciało! Nic nikomu nie mówiąc, puszczam bardziej zorientowanych przodem, niech szukają drogi, a ja nieco z tyłu uspokajam oddech. Kolka powoli przechodzi.

Wybiegamy w końcu z wąwozu. Wbiegamy ja jakieś wzgórze i nagle, stop! Pogubiliśmy się. Nikt nie jest pewien gdzie teraz właściwie mamy biec. Nasz przewodnik, który „nie bierze odpowiedzialności za trasę” prowadzi prosto, koleżanka posiłkując się GPSem, proponuje skręt i zbieg w dół. Po kilku minutach dyskusji, która ostatecznie pozwoliła mi uspokoić przeponę do tego stopnia, że kolka przeszła, postanowiliśmy skręcić i pobiec w dół.

Trasa treningu po wzgorzach dylewskich

Tym razem sto metrów totalnego offroadowego zbiegu. Po gałęziach i korzeniach. Między drzewami. Na ścieżkę wróciliśmy dopiero u podnóża wzgórza. Wróciliśmy też z powrotem do wąwozu. Zaczynałem mieć go dość, ale twardo biegliśmy przed siebie.

Drugie stop musieliśmy zrobić, kiedy nasz wąwóz zaczął skręcać w prawo, a nasz GPS wskazywał, że mamy biec prosto. I może nie było nic trudnego w wybiegnięciu z wąwozu gdyby nie to, że ścieżka prowadziła w jakieś zarośnięte mokradła na dnie wąwozu, a po jego drugiej stronie stało ogrodzenie. Pomysłu nikt nie miał. Improwizowaliśmy. Chłopaki pobiegli przodem dalej w wąwóz, a gdy się okazało, że nie ma żadnej humanitarnej drogi, to zacząłem się przedzierać na azymut. Najpierw przez wysoką trawę, gdzie obawiałem się o zalegającą wodę, a potem pod górę, niemal wspinając się pomiędzy zaroślami. Reszta podążyła za mną.

Na górze odwróciłem się na chwilę i spojrzałem w dół. Miałem cały wąwóz przed sobą – piękny widok. Ale czy wiemy gdzie jesteśmy? No, tak nie do końca. Biegniemy w kierunku, który wskazuje nam GPS.

Słyszymy traktor. Jesteśmy niedaleko skraju lasu. Ktoś rzuca, że będziemy biegli kilometr po zaoranym polu. Próbuję sobie to wyobrazić, ale nie potrafię. Śmieję się z tego. Inni też się śmieją. Śmiejemy się tak do momentu, gdy wybiegamy na… zaorane pole. Teraz to już nie jest żart. Teraz to fakt. Na polu jakiś rolnik orze. Ciekawe, co sobie myśli taki człowiek, gdy pracuje sobie na polu, a tu nagle z pomiędzy drzew wybiega grupka osób ubrana w różnorakie kolorowe śmieszne ubranka i biegnie gdzie popadnie?!

Biegniemy dalej. Najpierw wzdłuż lasu, ale gdy dociera do nas, że nie ma tam żadnej normalnej drogi to biegniemy przez pole. Jeden z nas próbował biec miedzą, ale sądząc po jego okrzykach, nie był to najlepszy pomysł. Będąc w połowie pola, widać już charakterystyczny płot po jego drugiej stronie. Przy takim właśnie płocie stoi nasze auto. Jesteśmy blisko! I cały czas, jakby było mało tego, że nogi wpadają w miękką ziemię, biegniemy pod górę. Tętno szaleje, ale w końcu dopadamy do płotu. Przechodzimy przez niego i jesteśmy w domu. To znaczy przy samochodzie.

Dobiegliśmy! Upaćkani w błocie, przemoczeni, przepoceni i uśmiechnięci. Było ciężko, ale to właśnie o to chodzi. Dla takich treningów warto biegać.

REKLAMA

2 myśli na temat “Biegiem przez Wzgórza Dylewskie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *