Bieganie z tirami

Wracam z Wiskitek przez Stare Kozłowice. To długa wieś ciągnąca się wzdłuż drogi krajowej nr 50. Jeszcze drogi krajowej nr 50, bo po otwarciu obwodnicy będzie to zwykła droga powiatowa.

REKLAMA

Biegnę chodnikiem, który ciągnie się kilometrami od początku Wiskitek do samego Żyrardowa. Równy, gładki i jednolity chodnik z kostki brukowej. Jest to najdłuższy chodnik do biegania, jaki znam w najbliższej okolicy.

Po prawej mam domy. W większości domy. Pól lub pustych działek jest tu stosunkowo mało. Na pewno znacznie mniej niż tych zabudowanych i ogrodzonych. Psów wiele tu nie ma. A raczej są, ale nie dość, że raczej nieliczne, to niemal zawsze za płotami.

Po lewej mam drogę. Drogę krajową numer 50. Tranzytowa obwodnica Warszawy. Droga, która wielkim półkolem obejmuje Warszawę od zachodu, południa i wschodu. Drogę, która zaczyna się daleko w Ciechanowie, biegnie przez Płońsk, Żyrardów, Grójec, Mińsk Mazowiecki aż do Ostrowi Mazowieckiej. Drogę, po której koło za kołem sunie sznur tirów.

Dziś też jadą. Rzadko ma się okazję oglądania tej drogi bez wielkich ciężarówek. Dosłownie tylko „od święta, do święta”, bo tylko wtedy większość tirów zostaje uziemiona na parkingach.

Dziś święta nie ma. Dziś jadą. A ja biegnę i zbliżam się do granicy swojego miasta.

Mijam ją. Jestem w Żyrardowie. Nie wiedząc, czemu przybijam „piątkę” z wielką tablicą „Żyrardów Wita!” i biegnę dalej. Wiem że zostało mi około 2,5 kilometra do domu.

Mijam kolejne zabudowania. Patrzę na kolejne mijające mnie ciężarówki. Nagle zaczynają mijać mnie wolniej, aż w końcu zaczynam poruszać się z podobną prędkością jak sunąca obok mnie ciężarówka. To już tutaj się dziś korek zaczyna?! Szybko szacując dystans mam jakieś 1,5 kilometra do najbliższych świateł. Zerkam w lewo. Niebieski ciągnik niewiadomo, jakiej marki i naczepa pewnego znanego, choć może niekoniecznie przez wszystkich lubianego supermarketu.

Biegnę chwilę z podobną prędkością co tir. Nagle on przyśpieszył. Myślę sobie, że pewnie gdzieś tam daleko, zapaliło się zielone światło i korek się przesuwa do przodu. Bardzo powoli oddala się ode mnie. Widzę tył jego naczepy. Za nim sunie kolejny. Ten jest biały, ale co ma na naczepie, nie wiem. Nie chce mi się odwracać.

Tym bardziej, że znowu doganiam niebieski „supermarket”. Znowu się z nim zrównuję. Przed nim wielka kolumna samochodów stojących w korku. A do świateł daleko. Bardzo daleko. Dzisiaj korek jest większy niż zwykle.

Przy stacji benzynowej zaczynam zostawiać niebieski „supermarket” za sobą. Zaczyna się tak ścisły korek, że poruszam się szybciej niż samochody.

Ciężarówki się toczą. A ja przesuwam się coraz bardziej do przodu. Powoli po powoli, ale sukcesywnie mijam kolejne tiry. Czytam napisy na kontenerach. Większości z nich nie znam, choć niektóre wydają mi się znajome. No cóż, mieszkając tyle lat w mieście położonym przy drodze tranzytowej, można się napatrzeć.

Dobiegam tak do kolejnej stacji benzynowej. I jakby nawiązując do tematu petrochemicznego kolejnym tirem jest cysterna. Duża, lśniąca i z zielonymi akcentami. Trochę nie pasująca do tych smutnych, odrapanych kontenerów, które mijałem wcześniej. Gdy prawie zrównuję się z jej tylnymi kołami, ona rusza. Zielone się zapaliło! No, co?! Przecież nie będę gonił na siłę tej cysterny.

Zaczynam i ja wreszcie widzieć światła. Zielone zmieniło się w czerwone. Cysterna stanęła, lecz ja biegnę. Mnie czerwone nie obowiązuje. Dobiegam do cysterny i znowu w momencie, gdy już prawie jestem przed nią, zapala się zielone i mi odjeżdża. Na szczęście tym razem dobiegłem znacznie dalej niż jej tylne koła. Tym razem zrównałem się z ciągnikiem.

Zostało mi jakieś 100-150 metrów do świateł, gdy po raz kolejny zapala się czerwone. Sznur ciężarówek znowu stanął. Cysterna stoi, jako druga pod sygnalizatorem. Nie przyśpieszając tym razem spokojnie do niej dobiegam i tym razem mijam. Zanim czerwone zgasło minąłem też ciężarówkę stojąca, jako pierwszą w kolejce do zielonego światła.

Koniec tego ganiania się z tirami! Tutaj pod tym oto sygnalizatorem nasze drugi się rozchodzą. Tiry jadą dalej prosto, ja skręcam w prawo do domu.

Już będąc na normalnej ulicy zastanawiam się, jak daleko z tyłu za mną został niebieski „supermarket”. Ciekawe, ile tirów w ciągu ostatniego 1,5 kilometra wyprzedziłem. Kilkanaście na pewno. Mozę więcej. Nie wiem.

Ale, co by o tym nie mówić, było ciekawe doświadczenie.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *